II wojna światowaLarry Thorne - superżołnierz Waffen-SS trafił do US Army

Larry Thorne - superżołnierz Waffen-SS trafił do US Army

Dodano 1

Jeden z największych fińskich bohaterów wojennych został tak potraktowany przez rodaków?

To było typowe dla tamtych czasów. Sąd uznał, że Törni, wchodząc w konszachty z gestapo, dopuścił się zdrady głównej, i wymierzył mu karę sześciu lat więzienia. Oczywiście on nie zamierzał się temu podporządkować i podjął wiele prób ucieczki. Za każdym razem jednak go łapano. Wreszcie, w grudniu 1948 r., został ułaskawiony i wyszedł na wolność. To już były nieco inne czasy. Finlandia rok wcześniej podpisała pokój ze Związkiem Sowieckim i komisja Żdanowa wróciła do domu. Valpo zostało rozwiązane. Suwerenność Finlandii – choć ograniczona – została utrzymana. Sytuacja w kraju powoli się normalizowała.

Törni nie czuł się już jednak w nim dobrze.

To prawda. Nie potrafił odnaleźć się w nowej sytuacji. Jedyne, co potrafił, to walczyć. Chciał dalej bić znienawidzonych komunistów, ale w Finlandii oczywiście robić tego nie mógł. Dlatego zdecydował się wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Trwała zimna wojna i Törni miał nadzieję, że w szeregach US Army będzie mógł znowu stawić czoło czerwonym. Wielu innych fińskich oficerów zostało już wcześniej wcielonych do amerykańskich sił specjalnych. Postanowił pójść ich drogą. W brawurowy sposób uciekł z Finlandii – terroryzując pistoletem taksówkarza – i w 1950 r., z przystankiem w Wenezueli, trafił do Stanów.

Legalnie?

Nie. Po prostu wyskoczył z pokładu statku przepływającego wzdłuż wybrzeży Alabamy i wpław dostał się do brzegu.

Przyjęli go tam do wojska?

Nie od razu. Groziła mu deportacja. To, że niegdyś nosił mundur Waffen-SS, nie nastrajało do niego specjalnie pozytywnie. Pomógł mu jednak William J. Donovan, były szef amerykańskiego wywiadu, który dostrzegł w nim wspaniałego żołnierza. W efekcie presji Donovana Kongres USA przyjął specjalną ustawę, w której przyznał Törniemu – wtedy już Larry’emu Thorne’owi – obywatelstwo. Oczywiście natychmiast zaciągnął się do sił specjalnych.

Domyślam się, że dał sobie w nich radę.

Znakomicie. Chociaż nie był już najmłodszym mężczyzną, sprawnością fizyczną przewyższał najbardziej wytrzymałych rekrutów. Uzyskiwał doskonałe wyniki podczas ćwiczeń. W 1962 r. stał zaś na czele misji, która w irańskich górach Zagros miała odnaleźć szczątki amerykańskiego samolotu szpiegowskiego i jego załogi. Misję wykonał bezbłędnie. Ciała znalazł, a wrak, który był wyposażony w ściśle tajny, nowoczesny sprzęt, wysadził w powietrze.

Thorne był wspaniałym żołnierzem, trudno go jednak nazwać „grzecznym chłopcem”.

(śmiech) Zdecydowanie tak. Jego żywiołem była wojna, wtedy działał bez zarzutu. W czasach pokoju sprawiał jednak swoim przełożonym spore problemy. Jego garnizonowa służba była pasmem brutalnych barowych bójek, wypadków samochodowych i innych wybryków. Wszystko to działo się na ogół na rauszu, bo – jak mówili zgodnie ludzie, którzy go znali – gdy Thorne pił, wstępował w niego diabeł.

W 1963 r. pojechał do Wietnamu

Thorne – już jako kapitan US Army – był w Wietnamie w dwóch turach. Służbę zaczął w 1963 r. I znowu robił to, co potrafił najlepiej – przygotowywał zasadzki, rajdy na tyły wroga i wysadzanie w powietrze wrogich obozów. Tym razem rozgrywało się to nie w pokrytej śniegiem scenerii południowej Finlandii, ale w parnych, wietnamskich dżunglach. Wróg był jednak ten sam – komuniści. Thorne dostał dwa Purpurowe Serca i zaszczytny order Brązowej Gwiazdy.

Znowu przeszedł do legendy.

To prawda. Chociaż był o 20 lat starszy, znowu jego postać otaczała nadzwyczajna wojenna sława. Unieśmiertelnił go w swojej słynnej książce „Zielone berety” Robin Moore. Ze względu na zachowanie tajemnicy wojskowej Thorne występuje w niej pod nazwiskiem Sven Kornie. W książce znajdujemy barwny opis kierowanej przez Thorne’a zaciętej obrony amerykańskiej bazy przed przytłaczającymi siłami Wietkongu. Całość została później zekranizowana, a główną rolę odegrał John Wayne. Film „Zielone berety”, w przeciwieństwie do książki, miał już jednak niewiele wspólnego z prawdą.

Wojna ta zakończyła się dla Thorne’a tragicznie.

18 października 1965 r. brał udział w kolejnej akcji bojowej. Był na pokładzie śmigłowca CH-34. Nadzorował odwrót swoich ludzi, jak zwykle pole walki opuścił jako ostatni. Nad dżunglą zebrały się tymczasem gęste chmury i rozpoczęła się nawałnica. W pewnym momencie ze śmigłowcem Thorne’a urwała się łączność. Po maszynie zaginął wszelki ślad. Mimo zorganizowania kilkudziesięciu misji poszukiwawczych nie udało się jej odnaleźć.

Sprawiło to, że wielu ludzi uważało, iż Thorne cudem uniknął śmierci.

Tak, opowiadano rozmaite niestworzone historie. Jedni twierdzili, że uciekł i żyje gdzieś w azjatyckich dżunglach. Inni mówili, że został porwany przez Sowietów, którzy nie zapomnieli mu jego dokonań z czasu II wojny światowej. Ludzie, którzy znali tego superżołnierza, po prostu nie mogli uwierzyć, że mógł zginąć w zwykłym wypadku śmigłowca. Przypominało to nieco to, co mówi się do dziś o Elvisie Presleyu czy Marilyn Monroe. Sprawa wyjaśniła się jednak w 1999 r., gdy szczątki CH-34 i jego załogi odnaleziono na zboczu wystającego z dżungli wzgórza. Wkrótce potem na lotnisku w Hanoi Larry’emu Thorne’owi hołd oddała pani Madeleine Albright.

J. Michael Cleverley jest historykiem i byłym wieloletnim pracownikiem Departamentu Stanu USA. Jego książka „Urodzony żołnierz” to światowy bestseller.


J. Michael Cleverley
Urodzony żołnierz. Czasy i życie Larry’ego Thorne’a”
Replika


Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 9/2014
Artykuł został opublikowany w 9/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Piotr IP
    Super facet. Jak Simo. W ogóle, kto zwalcza zarazę świata to Bohater.
    Dodaj odpowiedź 12 1
      Odpowiedzi: 0