II wojna światowaShigeko Sasamori przeżyła wybuch bomby atomowej w Hiroszimie

Shigeko Sasamori przeżyła wybuch bomby atomowej w Hiroszimie

Dodano 8

Ilu bliskich pani straciła?

Zginęli moi wujkowie, ciocie, kuzynki. Tego dnia zginęło sześć osób z mojej bliskiej rodziny. W wyniku choroby popromiennej zmarli w niedługim czasie inni moi krewni. Moi sąsiedzi kilka tygodni po ataku zaczęli krwawić z dziąseł, wypadały im włosy i często wymiotowali. Z chorobą popromienną borykała się zresztą cała moja rodzina. Moi rodzice zmarli na raka. Ja również cierpię na tę chorobę. Ci ludzie szybko umarli. Moje rodzeństwo – dwie siostry i brat – przeżyli, ponieważ nie było ich w Hiroszimie. Większość moich kolegów i koleżanek ze szkoły zginęła jednak wtedy na miejscu.

Co się stało z tą dziewczynką, która stała wtedy koło pani?

Jej matka szukała jej bardzo długo. Bezskutecznie. Po jakimś czasie znalazłam jej nazwisko na liście osób, które zginęły w tym ataku...

Wyprowadziliście się z Hiroszimy?

Nie. Wyremontowaliśmy nasz dom i próbowaliśmy ułożyć sobie życie na zgliszczach od nowa. Mieszkałam w Hiroszimie do 1955 r. Dostałam wtedy propozycję wyjazdu do USA i skorzystałam z niej.

Jak to się stało?

W 1953 r. nawróciłam się na chrześcijaństwo. Norman Cousins, znany amerykański aktywista działający na rzecz pokoju, przyjechał do Hiroszimy i uruchomił wraz z księdzem z mojego kościoła program dla młodych kobiet, które potrzebowały operacji plastycznych twarzy. W ten sposób powstał tzw. Projekt Hiroszima. W 1955 r. wyjechałyśmy do USA na leczenie. Cały program trwał trzy lata. Przechodziłam operację za operacją.

Amerykanie na koniec spytali mnie, co chciałabym robić w życiu. Odpowiedziałam, że moim marzeniem było zostać pielęgniarką i troszczyć się o innych tak, jak o mnie się troszczono po ataku atomowym. Zaoferowano mi stypendium, trafiłam pod opiekę wspaniałej amerykańskiej rodziny i w ten sposób rozpoczęłam zupełnie nowy rozdział mojego życia. Często jednak wracałam do Japonii, żeby odwiedzać rodzinę. Na stałe jednak osiadłam w Ameryce.

Co pani myśli o ludziach, którzy zrzucili bombę atomową na Hiroszimę?

Poznałam kiedyś jednego z członków załogi bombowca „Enola Gay”. Nie pamiętam jego nazwiska, ale ten człowiek zmarł w zeszłym roku.

Chodzi pani zapewne o Theodore’a Van Kirka, nawigatora tego bombowca. Nasz miesięcznik opublikował w pierwszym numerze wywiad z tym człowiekiem.

Tak, to właśnie Van Kirka miałam na myśli. Spotkaliśmy się przy okazji premiery filmu dokumentalnego na temat ataku na Hiroszimę. Oboje pojawiliśmy się w tym filmie, więc zaproszono nas na premierę. Oczywiście wydźwięk filmu był jednoznaczny: nigdy więcej wojny atomowej. Byłam bardzo szczęśliwa, że oto człowiek, który zrzucił tę bombę na moje miasto, na starość walczy o pokój na świecie. Po filmie rozgorzała dyskusja. Jednym z jej uczestników był właśnie Theodore Van Kirk. Usłyszał z sali pytanie: „Jeżeli jeszcze raz miałby pan przeżyć ten dzień, to czy zrobiłby pan to samo?”. Van Kirk odpowiedział bez wahania: „Oczywiście!”.

W rozmowie z nami Van Kirk powtórzył to samo. Jego zdaniem zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę było konieczne, by przyspieszyć koniec wojny. Van Kirk powtarzał argumenty używane przez ówczesną amerykańską administrację: blokada morska Wysp Japońskich nie złamała ducha rządu w Tokio, następnym krokiem miała być więc inwazja, w wyniku której śmierć poniosłyby tysiące amerykańskich żołnierzy i być może miliony Japończyków. Dlatego zrzucenie bomb atomowych – zdaniem Van Kirka – miało paradoksalnie uratować mnóstwo ludzi.

Poczułam się fatalnie, gdy usłyszałam z jego ust te słowa. Van Kirk był wręcz dumny z tego, że brał udział w tym bombardowaniu! Odjęło mi po prostu mowę.

Po wszystkim poszła pani zamienić z nim słowo?

Oczywiście. Van Kirk starał się mnie przekonać, że dzięki zrzuceniu bomby udało się przyspieszyć koniec wojny. Zrobiło mi się żal tego człowieka, ponieważ to oczywista nieprawda. Chociaż rozumiem przy tym, że ci ludzie autentycznie w to wierzą. Tak im przecież mówiono. W rzeczywistości Japonia w tamtym momencie była już na kolanach i nie mogła kontynuować wojny. Cierpieliśmy nędzę, przemysł nie miał surowców na wspieranie armii. Amerykanie doskonale o tym wiedzieli. Nie byłoby żadnej inwazji, nasz kraj poddałby się i bez bombardowania atomem.

W tej sprawie trwa jednak spór wśród historyków. Dyskusja na ten temat ciągnie się już 70 lat. Amerykanie w każdym razie dalej oficjalnie twierdzą, że zrzucenie bomb atomowych było koniecznością.

Czytaj także:
Bomba atomowa nad Sowietami

Mogę pana zapewnić o jednym: każdy Japończyk wiedział wtedy, że będziemy musieli się poddać, ponieważ nasz kraj był zupełnie zrujnowany. Nie mieliśmy nawet odpowiedniej ilości żywności, więc jak mieliśmy ciągnąć walkę z całą potęgą Ameryki? Cesarz zresztą już wtedy bardzo poważnie rozważał poddanie się. Amerykanie mogli jeszcze trochę poczekać, ale oni po prostu chcieli zrzucić tę bombę.

Co ma pani na myśli?

Jeśli już się rozpocznie walkę, to chce się ją zakończyć totalnym zwycięstwem. Skoro Amerykanie stworzyli nowy rodzaj bomby, a koniec wojny był już bardzo bliski, to spieszyli się, żeby zdążyć ją jeszcze przetestować w warunkach wojennych.

Uważa pani, że byliście królikiem doświadczalnym? Że tylko o to chodziło Trumanowi?

Tak właśnie uważam. Jeszcze raz to powtórzę: wszyscy w Japonii widzieliśmy, do jakiej ruiny doprowadzony został nasz kraj. Staliśmy się nędzarzami, którzy absolutnie nie byli w stanie walczyć z Ameryką. I Amerykanie z całą pewnością doskonale o tym wiedzieli.

Mówi pani, że zrobiło się pani żal Van Kirka. Trudno sobie wyobrazić, że mogła pani zachować spokój, stojąc koło osoby, która doprowadziła bombowiec „Enola Gay” nad Hiroszimę.

Jego postawa po prostu mnie zasmuciła, ale naprawdę nie miałam wobec niego żadnych złych myśli. On był tylko żołnierzem. To, co mówię, nie wynika tylko z faktu, że rozmawiamy o osobie, która niedawno zmarła.

Co chce pani osiągnąć swoją działalnością publiczną?

Często pojawiam się na spotkaniach w szkołach średnich i na uniwersytetach. Dużo rozmawiam z młodzieżą o 6 sierpnia 1945 r. Chcę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby już nikt nie musiał przechodzić przez to, przez co przeszli mieszkańcy Hiroszimy i Nagasaki. Staram się ludziom tłumaczyć, że jeżeli zaczyna się wojnę, to rozpoczyna się coś, co trudno zatrzymać. Nienawiść, przemoc i zło sprawiają, że ludzie po jakimś czasie stają się obojętni wobec zbrodni. Nie zaczynajmy wojen, róbmy wszystko, żeby mądrze rozwiązywać konflikty. Nigdy więcej Hiroszimy, nigdy więcej wojny. To moje przesłanie.


Shigeko Sasamori jest aktywistką antyatomową, sama przeżyła atak na Hiroszimę. W 2011 r. za swoją działalność została uhonorowana specjalną nagrodą przez Fundację Pokoju w Erze Nuklearnej. Jest jedną z bohaterek filmu dokumentalnego „Białe światło, czarny deszcz” opisującego atak atomowy na Hiroszimę.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 32/2015
Artykuł został opublikowany w 32/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 8
  • wolter1 IP
    Czy nie było tak, że Japonia i tak by się poddała? Chodziło tylko o zachowanie tytulu cesarskiego. USA domagały się bezwarunkowej kapitulacji, co Jsponis odbierała jako niedopuszczalny wymóg ustąpienia cesarza. Ostatecznie pod groźbą inwazji radzieckiej (komunizm) wybrano kapitulację przed Amerykanami mając nadzieję że jednak uda się wynegocjować zachowanie tytułu przez cesarza i wiedząc że po inwazji radzieckiej można by to uznać za mrzonki. Przy takim biegu spraw zrzucenie obu bomb A było niepotrzebne.
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 1
    • Szacki IP
      Zrzucenie bomb atomowych na dwa cywilne miasta bez znaczenia gospodarczego czy wojskowego były amerykańską zbrodnią wojenną, za którą bezpośredni sprawcy powinni zasiąść na ławie oskarżonych w procesie norymberskim, tak samo jak ci, którzy strzelali polskim oficerom w potylicę w lesie katyńskim. Myślę, że spokojnie znalazłoby się dla tych morderców miejsce obok nazistów.
      Dodaj odpowiedź 14 3
        Odpowiedzi: 2

      Więcej historii