II wojna światowaShigeko Sasamori przeżyła wybuch bomby atomowej w Hiroszimie

Shigeko Sasamori przeżyła wybuch bomby atomowej w Hiroszimie

Hiroszima przed i po zrzuceniu bomby atomowej
Hiroszima przed i po zrzuceniu bomby atomowej / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 7
Gdy w końcu otworzyłam oczy, widziałam tylko ciemność. Powietrze było czarne jak smoła. Proszę sobie wyobrazić, że moja własna mama mnie wtedy nie rozpoznała. Tak potwornie spaloną miałam twarz. Moja głowa pokryta była czarnobrązową mazią, która wypływała z moich ran. Mama powiedziała mi, że nie wiedziała, gdzie mam nos, gdzie usta, a gdzie oczy - mówi Shigeko Sasamori, która przeżyła wybuch bomby atomowej w Hiroszimie.

Piotr Włoczyk: Jak daleko była pani od epicentrum wybuchu?

Shigeko Sasamori: Kiedyś nawet sprawdziłam to na mapie z zaznaczonymi okręgami odległościami od centrum. Okazało się, że byłam około 1,5 km od miejsca wybuchu.

Co pani tam robiła?

Miałam 13 lat i tak jak tysiące moich rówieśników brałam udział w przygotowywaniu Hiroszimy na naloty. Hiroszima przed 6 sierpnia uniknęła bombardowania, które zrównało z ziemią inne duże japońskie miasta. Żyliśmy więc cały czas w napięciu, zastanawiając się, kiedy w końcu Amerykanie nas zaatakują. Każdy musiał brać udział w przygotowywaniu miasta na bombardowanie. Starsi uczniowie pracowali poza Hiroszimą w fabrykach, a my – młodsi – poszerzaliśmy ulice, żeby ludzie mieli dużo miejsca na ucieczkę w przypadku bombardowania. To był dla mnie pierwszy dzień pracy.

Świadkowie wybuchu często wspominają, jak piękny mieliście wtedy poranek.

Tak, pogodę mieliśmy wtedy rzeczywiście wspaniałą. Niebo było niebieskie, bez żadnej chmury, od samego rana było gorąco. Właśnie rozpoczynałam pracę, gdy moją uwagę przykuł samotny samolot lecący nad Hiroszimą. Na całym niebie nie było innego samolotu. Miał srebrny kadłub i biały ogon. Błyszczał się cały, był taki ładny! Powiedziałam mojej koleżance: „Spójrz w górę. Zobacz ten samolot!”. Zobaczyłam też, jak coś dużego wypada z tego bombowca. Kilka sekund później poczułam, jak potężny podmuch ciśnienia poderwał mnie do góry i rzucił mną o ziemię. Nie wiem, jak długo byłam nieprzytomna. Gdy w końcu otworzyłam oczy, widziałam tylko ciemność. Powietrze było czarne jak smoła. Nic nie słyszałam i nic nie czułam. Wokół mnie była tylko ta czerń, która mnie otaczała. Po jakimś czasie ta smoła zaczęła powoli opadać i zobaczyłam ludzi, którzy szli bardzo powoli, jak w amoku. To nie był normalny widok. Ci ludzie posuwali się w kierunku przedmieść Hiroszimy. Każdy był ranny. Tego się nie da opisać. Ten widok ludzi całych we krwi, w poszarpanych ubraniach, ze zwisającymi kawałkami skóry...

Zdawała sobie pani sprawę ze swojego stanu?

Nie, ponieważ byłam w głębokim szoku i nie wiedziałam, że wyglądam tak samo jak inni ludzie wokół mnie. Dołączyłam do kolumny rannych i szłam z nimi ulicami zawalonymi gruzami budynków, pośród których leżały ciała. Każdy krwawił, wlekliśmy się w tumanach popiołu. W końcu doszliśmy do rzeki.

Wspomnienie rzeki to jeden z najbardziej wstrząsających momentów w opowieściach Hibakusha (japoński termin oznaczający człowieka, który przeżył atak atomowy).

Tak, ranni ludzie szukali w wodzie ulgi dla palących ran. Ja jednak nie chciałam tam wchodzić, ponieważ pośrodku rzeki unosiło się mnóstwo ciał. Ludzie w rozmowach często nadużywają wyrażenia „piekło na ziemi”. Bardzo wiele rzeczy jest dla nich piekłem na ziemi. Tamten widok był tym prawdziwym piekłem na ziemi.

Oczywiście nikt z was nie mógł podejrzewać, że staliście się ofiarami pierwszego w historii bombardowania atomowego.

Każdy myślał, że to były bomby zapalające. Nikt nie mógł wtedy przypuszczać, że Amerykanie zrzucili na nas bombę atomową.

Co było dalej?

Doszłam z tłumem rannych do dziedzińca jednej ze szkół. Usiedliśmy tam w oczekiwaniu na pomoc. Pojawili się żołnierze i próbowali jakoś ulżyć rannym. Proszę sobie wyobrazić, że ludzie używali wtedy do ukojenia bólu oleju jadalnego – smarowali nim swoje rany. Nie było niczego innego pod ręką, o lekach mogliśmy tylko pomarzyć. Wtedy na tym dziedzińcu zaczęłam czuć, że moje ciało puchnie. Usiadłam pod drzewem i po chwili straciłam przytomność.

Trafiła pani do szpitala?

Nie, nie było takiej możliwości. W budynku internatu tej szkoły przeżyłam – jak się później dowiedziałam – pięć dni i cztery noce. Bez jedzenia i picia. Było gorąco, przypominam sobie, że to był sierpień. Nie mogłam otworzyć oczu, więc nie wiedziałam, czy to był środek dnia czy nocy. Wiedziałam za to, że rodzice muszą umierać ze strachu. Co jakiś czas krzyczałam więc moje imię, nazwisko i adres.

Rodzice przeżyli wybuch?

Tak, przeżyli. Mieli ogromne szczęście. Nasz dom znajdował się również około 1,5 km od epicentrum. Został uszkodzony, ale się nie zawalił. To był zwykły drewniany domek, ale na nasze szczęście obok stał wielki betonowy budynek targu rybnego. Ta konstrukcja osłoniła nasz dom i dzięki temu mama, która była w środku, tylko lekko się potłukła. Ojciec z kolei opowiadał potem, że tuż przed wybuchem był akurat na targu. Gdy tylko zobaczył ten samotny samolot, od razu schował się w jakimś bezpiecznym pomieszczeniu w środku i w ten sposób przeżył.

Jak panią odnaleźli rodzice?

Jakiś człowiek w końcu poszedł pod adres, który wykrzykiwałam, i zawiadomił moich rodziców, że żyję. Mama i tata pobiegli mnie zobaczyć. Wcześniej szukali mnie bez przerwy, przewracali nawet martwe ciała, żeby sprawdzić, czy to ja.

Czytaj także:
Bombardowałem Hiroszimę

Jak wyglądał tamten moment?

Mama po wbiegnięciu do sali, na której leżałam, krzyczała, rozglądając się po łóżkach: „Shigeko! Shigeko!”. Odpowiedziałam jej: „Tu jestem!”. Wiele lat później mama w końcu posłuchała moich próśb i opisała mi w szczegółach tamten moment. Proszę sobie wyobrazić, że moja własna mama mnie wtedy nie rozpoznała. Tak potwornie spaloną miałam twarz. Moja głowa pokryta była czarnobrązową mazią, która wypływała z moich ran. Mama powiedziała mi, że nie wiedziała, gdzie mam nos, gdzie usta, a gdzie oczy. Rodzice pielęgnowali moje rany dniami i nocami, wycierali ropę i próbowali mi ulżyć nakładaniem warstwy oleju. Przez długi czas nie mieliśmy dostępu ani do lekarza, ani do lekarstw. Moi rodzice musieli sobie radzić sami. Bali się, że mogę umrzeć w każdej chwili. Ludzie z tak poważnymi oparzeniami w większości przypadków umierali. Ja jednak przeżyłam z jakiegoś powodu. To musiał być cud. Miałam spaloną jedną czwartą ciała. Powrót do jakiego takiego zdrowia zajął mi wiele lat.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 32/2015
Artykuł został opublikowany w 32/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 7
  • wolter1 IP
    Czy nie było tak, że Japonia i tak by się poddała? Chodziło tylko o zachowanie tytulu cesarskiego. USA domagały się bezwarunkowej kapitulacji, co Jsponis odbierała jako niedopuszczalny wymóg ustąpienia cesarza. Ostatecznie pod groźbą inwazji radzieckiej (komunizm) wybrano kapitulację przed Amerykanami mając nadzieję że jednak uda się wynegocjować zachowanie tytułu przez cesarza i wiedząc że po inwazji radzieckiej można by to uznać za mrzonki. Przy takim biegu spraw zrzucenie obu bomb A było niepotrzebne.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • Szacki IP
      Zrzucenie bomb atomowych na dwa cywilne miasta bez znaczenia gospodarczego czy wojskowego były amerykańską zbrodnią wojenną, za którą bezpośredni sprawcy powinni zasiąść na ławie oskarżonych w procesie norymberskim, tak samo jak ci, którzy strzelali polskim oficerom w potylicę w lesie katyńskim. Myślę, że spokojnie znalazłoby się dla tych morderców miejsce obok nazistów.
      Dodaj odpowiedź 11 3
        Odpowiedzi: 2

      Więcej historii