II wojna światowaJeden z nich sam zabił 10 tys. ludzi. Kim byli mordercy z Katynia

Jeden z nich sam zabił 10 tys. ludzi. Kim byli mordercy z Katynia

Dodano

Najmłodsza na liście to Anna Iwanowna Razorienowa. W 1940 r. miała zaledwie 21 lat. Była maszynistką, która układała listy śmierci. Ideowa komunistka, z partii wystąpiła dopiero w 1990 r.

Jeszcze w latach 90., gdy załamał się Związek Sowiecki, żyło wielu katyńskich oprawców. Do kilku z nich dotarł Oleg Zakirow, oficer KGB ze Smoleńska, który w okresie pierestrojki przeprowadził prywatne śledztwo na temat zbrodni na Polakach (został za to usunięty ze służby i musiał uciekać do Polski). W taki sposób Zakirow opisał spotkanie z Kiryłem Borodenką, do którego doszło w grudniu 1989 r.:

„Drzwi otworzył mi starzec, o oczach wodnistych, zimnych i wrogich. Wziął mnie za pracownika, który przyszedł w związku z jego podaniem o poprawę warunków mieszkaniowych. Wpuścił mnie do pokoju. Poczułem taki smród, że toaleta publiczna przegrałaby w porównaniu z nim. Zauważyłem w dolnej części brzucha gumową rurkę, którą mocz spływał do umocowanego niżej słoika po majonezie. Miałem przed sobą porzuconego przez wszystkich (także kolegów czekistów) weterana NKWD.
– Polskich oficerów w 1940 r. rozstrzeliwali koledzy: Iwan Stelmach, Gribow, Gwozdowski, Silczenkow.
Nazwisk pozostałych zapomniał. Raz się zapomniał i powiedział:
– Kiedy strzelaliśmy...
– To wy też strzelaliście? – zapytałem nie w porę.
Natychmiast się poprawił
.– Kiedy oni strzelali do polskich oficerów, to wypłacano im ze specjalnego tajnego konta pieniądze, pojono wódką. Była też dobra zakąska: jesiotr wędzony, luksusowe wędliny.
Widać było, że boi się mówić o sobie. O kolegach – proszę bardzo. Z własnej inicjatywy dodał:
– W 1943 r., kiedy ewakuowany do Zielenodolska usłyszałem w radiu kłamstwo o rozstrzelaniu polskich oficerów, że sprawcami byli Niemcy, to kpiłem z tej nieprawdy”.

Nad dołami śmierci

Stosunkowo największa – dzięki cytowanym powyżej szczegółowym zeznaniom Tokariewa – jest nasza wiedza o przebiegu eksterminacji polskich jeńców w Kalininie. Najwięcej znaków zapytania występuje natomiast w przypadku, wydawałoby się, najlepiej znanym. Czyli mordu na oficerach Wojska Polskiego, którzy zostali znalezieni w masowych mogiłach w Katyniu, letnisku NKWD położonym w pobliżu Smoleńska.

Najprawdopodobniej część ofiar zastrzelono nad dołami śmierci, a część w podziemiach smoleńskiego NKWD przy ulicy Dierżyńskiego 13. Niewykluczone, iż mordowanie w samym Katyniu zarzucono po tym, gdy jedna z ofiar wyrwała się oprawcom i długo biegła po lesie, wzywając pomocy. To właśnie w Katyniu znaleziono ciała pokłute bagnetami, oprawcy skrępowali również część polskich oficerów przy pomocy skomplikowanej pętli zaciśniętej wokół szyi i rąk. Wszelkie poruszenie dłońmi skutkowało podduszeniem.

Według jednej z wersji niektórzy oficerowie zostali uśmierceni w daczy NKWD na terenie Katynia. W momencie wykonywania egzekucji, aby stłumić odgłosy wystrzałów, zapuszczony miał być silnik traktora. Poza tym wszystko wyglądało tak jak w Kalininie. Po wykonaniu „brudnej roboty” oprawcy – funkcjonariusze NKWD ze Smoleńska i z Mińska – otrzymywali duże ilości wódki i luksusową zakąskę.

W Smoleńsku, a także w trzecim miejscu mordu na jeńcach wojny 1939 r. – Charkowie, oprócz pistoletów Walther początkowo używano także tradycyjnych bolszewickich rewolwerów typu nagant. Broń ta okazała się jednak niepraktyczna. Trzeba było bowiem wyznaczyć specjalnego człowieka do wyjmowania zużytych łusek i ładowania kolejnych nabojów, co – przy ilości i tempie, w którym mordowano Polaków – poważnie opóźniało przebieg operacji.

Istniały również pewne różnice w sposobie uśmiercania. O ile zbrodniarze w Smoleńsku/Katyniu i w Kalininie strzelali ofiarom w potylice, o tyle w Charkowie strzelali w kark – na wysokości dwóch–trzech pierwszych kręgów szyjnych. Robiono to pod kątem – w ten sposób, że kula przerywając kręgi, wychodziła okiem, jamą nosową lub ustami. „Zaletą” tego sposobu eksterminacji była mniejsza ilość krwi, która wypływała z rany.

Na kluczowych funkcjonariuszy zaangażowanych w „rozładowanie” obozów w Starobielsku, Ostaszkowie i Kozielsku posypał się deszcz sowieckich odznaczeń, wszyscy dostali premie. 800 rubli i równowartość jednej pensji.

Podobnie jak w Kalininie za spust pociągali zarówno zawodowi egzekutorzy, jak i pracownicy lokalnego aparatu z Charkowa i ze Smoleńska. Naczelnicy, oficerowie śledczy, strażnicy więzienni i kierowcy. Nad wszystkim czuwali specjaliści z Moskwy.

Czytaj także:
„Zamienił się w żywą pochodnię”. Horror polskiego kapłana w ZSRS

W latach 1990–1992 rosyjska prokuratura przeprowadziła szereg przesłuchań Mitrofana Syromiatnikowa – kata z Charkowa. „Braliśmy szynele, czapki. Trzeba było przecież przykrywać ich, trzeba było owijać czymś głowę. Rozumiecie. Żeby nie krwawiła. Owijaliśmy od razu po rozstrzelaniu. Braliśmy ich stamtąd i układaliśmy na samochodzie, na przemian. Jednego głową w jedną stronę, drugiego w przeciwną. I tak stopniowo, do brzegu” – opowiadał.

Ciała Polaków zamordowanych w więzieniu NKWD w Charkowie wywożone były do miejscowości Piatichatki, gdzie wrzucano je do dołów śmierci. Przed zasypaniem ziemią zamordowanych Polaków posypywano proszkiem, który miał przyspieszyć proces rozkładu. Potem na miejscu pochówku dyżurowali zaś czekiści. Jeżeli poziom ziemi gdzieś się obniżył, ich zadaniem było dosypanie piasku i wyrównanie gruntu. Po zamordowanych nie mógł pozostać żaden ślad.

Syromiatnikow w swoich zeznaniach ujawnił rzecz mrożącą krew w żyłach. Otóż w przeciwieństwie do Kalinina w Charkowie Polaków wyprowadzano z cel po kilku. Stali oni na korytarzu ze skrępowanymi rękami, oczekując na swoją kolej. Słyszeli strzały, którymi mordowano ich kolegów. Wszystko odbywało się taśmowo. Na specjalną komendę komendanta Timofiejewa Kuprija jedni strażnicy wprowadzali kolejnego Polaka, a inni wyciągali ciało z katowni.

Trudno wręcz sobie wyobrazić, jakie męki musieli przeżywać skazani. Co ciekawe, Kuprij, który był w Charkowie głównym katem, został później przeniesiony na stanowisko dyrektora kombinatu przemysłu tłuszczowego w Połtawie.

Zbrodnia bez kary

O ile z dostępnych źródeł jesteśmy w stanie wycisnąć pewne informacje o katach z Charkowa, Katynia, ze Smoleńska i z Kalinina – czyli zbrodniarzach, którzy mordowali polskich jeńców z wojny 1939 r. ­ o tyle nie wiemy niemal nic o kulisach zamordowania polskich więźniów na sowieckiej Ukrainie i Białorusi. Czyli ludzi, których Sowieci aresztowali po zakończeniu działań wojennych i których nazwiska znalazły się na tzw. liście ukraińskiej (3435 osób) i białoruskiej (3870 osób).

Jak pisze Nikita Pawłow, eksterminacji więźniów na Białorusi doglądał osobiście Wsiewołod Mierkułow, prawa ręka Ławrentija Berii, a na Ukrainie działał słynny czekista-sadysta Borys Rodos. Człowiek, który podczas wielkiego terroru zasłynął stosowaniem niezwykle bestialskich metod przesłuchań. To on wybił oko sowieckiemu prominentowi Robertowi Ejche, innych przesłuchiwanych zmuszał do picia moczu.

Syn Rodosa, w książce „Ja, syn kata”, pisze, że ojciec niezwykle rzadko bywał w domu. „Budziłem się – jego już nie było, a gdy się kładłem, on jeszcze był w pracy. Wracał do domu koszmarnie zmęczony, wycieńczony i bardzo długo, co pół godziny, ciągle od nowa namydlając ręce, mył je w umywalce. Po same łokcie. Jak chirurg”. I dalej: „Kiedy szedł do pracy, czasami robił sobie lewatywę. Miał już spory brzuch, a praca była ciężka, fizyczna, wszystko mogła się zdarzyć”.

Do domu czekiści wracali zresztą nie tylko bardzo późno, ale na ogół kompletnie pijani. „Oczywiście wódkę piliśmy do utraty przytomności. Co by nie mówić, ta praca nie należała do lekkich. Tak bardzo byliśmy czasem zmęczeni, że ledwo staliśmy na nogach. A myliśmy się wodą kolońską. Do pasa.

Inaczej nie dało się pozbyć zapachu krwi i prochu. Nawet psy na nasz widok uciekały i jeśli szczekały, to z daleka” – wspominał jeden z egzekutorów.

W ramach zbrodni katyńskiej zamordowano około 22 tys. Polaków. Katów było grubo ponad stu. Byli to ludzie bardzo różni. Różnej narodowości, różnej pozycji zawodowej i różne przyświecały im motywy. Różnie także reagowali na dokonane przez siebie zbrodnie. Na jednych mord nie robił większego wrażenia, dalej pieli się po szczeblach kariery i piastowali kluczowe stanowiska w sowieckim aparacie władzy. Inni rozpijali się, chorowali na schizofrenię, popełniali samobójstwa.

Wszystkich jednak łączy jedno – żaden z bolszewickich katów Polaków nie został pociągnięty do odpowiedzialności sądowej za udział w zbrodni z 1940 r. Katyń pozostał zbrodnią bez kary. •

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2013
Artykuł został opublikowany w 2/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także