HolokaustByłam w Auschwitz. „Dwukrotnie odstawiano mnie do komory gazowej”

Byłam w Auschwitz. „Dwukrotnie odstawiano mnie do komory gazowej”

Bronisława Horowitz-Karakulska
Bronisława Horowitz-Karakulska / Źródło: Materiały wydawcy
Dodano 24
„Verfluchte Schweine, raus, raus!”. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam po przybyciu do obozu – opowiada pani Bronisława Horowitz-Karakulska.

(Poniższy tekst jest fragmentem książki Anny Herbich „Dziewczyny ocalałe”)

Nigdy nie zapomnę tego zapachu. Czasami wydaje mi się, że nadal mam go w nozdrzach. Wciąż go czuję. Gęsty dym z komina krematorium. Smród palonych ciał. Ludzkich ciał.

Widziałam. Widziałam, jak pędzono więźniów z placu apelowego. Szli ze spuszczonymi głowami. Niemcy prowadzili ich do tzw. sauny. Okłamywali ich, że idą pod prysznic, ale zamiast ciepłej wody puszczali gaz. Zabójczy cyklon B. W komorach gazowych ludzie byli straszliwie stłoczeni. Gdy umierali, jeden człowiek leżał na drugim. Kiedy było już po wszystkim, do środka wchodzili ludzie, którzy taczkami wywozili ciała do pieców krematoryjnych. To była fabryka śmierci. Auschwitz.

Dym nad krematorium unosił się 24 godziny na dobę. Ludzi mordowano tysiącami. Zdarzali się odważni więźniowie. Rzucali się na druty pod napięciem, żeby w ten sposób szybko zginąć. Byle nie dać się zagazować, zamknąć w komorze. Chcieli sami wybrać moment śmierci.

Okładka książki

Wszyscy wiedzieliśmy, że prędzej czy później, w taki czy inny sposób stracimy życie. I trafimy do krematorium. Auschwitz było miejscem, z którego żywym się nie wychodziło. Każdy dzień przeżyty w obozie był cudem. Cudem było to, że człowiek rano otwierał oczy. Wstawał i żył. Tylko – jak długo jeszcze?

Spaliśmy w barakach. Było w nich przeraźliwie zimno. Prycze były twarde. Bolała od nich każda kość. Nie mieliśmy się czym przykryć. A pasiaki były cienkie. Nie mieliśmy żadnych skarpetek, pończoch, rajstop. Nic. Gołe stopy, na które wkładaliśmy drewniane buty. Do tego odsłonięte głowy. Pora roku nie odgrywała roli. Czy była zima, czy lato, wiosna czy jesień – więźniowie zawsze byli tak samo ubrani.

Byliśmy na wpół zamrożeni. Fizycznie i duchowo. Obóz pozbawiał człowieka jakichkolwiek ciepłych uczuć wobec bliźnich. Liczyło się tylko własne przeżycie. Jedynie najbliżsi starali się trzymać razem, okazywać sobie dobroć. Wspierać się. Ale cierpienia obcych wzbudzały w więźniach tylko obojętność. Czy można ich za to winić? Byli udręczeni, zagłodzeni. Na każdym kroku bici, kopani, upokarzani. To obóz pozbawił ich człowieczeństwa.

Tego, co widziałam w Auschwitz, nie da zapomnieć. Minęło już przecież tyle lat, a ja wszystko pamiętam…

Auschwitz to była inna planeta. Ani jednego drzewa. Ani jednego zielonego listka. Nic. Tylko goła, czarna, zaorana ziemia wokół drutów kolczastych. Nawet ptaki do nas nie dolatywały. Czuły grozę tego miejsca. Za każdym razem, kiedy wracam do Auschwitz – na przykład na uroczystości rocznicowe – czuję ucisk w żołądku.

Wartownia i brama główna Auschwitz II (Birkenau)

Od kilkudziesięciu lat przed pójściem spać muszę brać proszki nasenne. Inaczej nie zasnę. Wszystko do mnie wraca. Wspomnienia ożywają, sceny z obozu śnią mi się po nocach. I tak już będzie zawsze.

Getto i KL Płaszów

Urodziłam się w Krakowie. Tu spędziłam dzieciństwo, prawie całą wojnę i tu mieszkam do dziś. Moi rodzice nazywali się Dawid i Regina Horowitzowie. Z dzieciństwa pamiętam bardzo niewiele. Kilka chwil, które wyjątkowo mocno wryły się w pamięć dziecka, parę przedmiotów przypominających mi dom rodzinny.

Potem wybuchła wojna, a my trafiliśmy do getta. Po likwidacji zamkniętej dzielnicy, w marcu 1943 r., trafiliśmy do położonego na obrzeżach Krakowa obozu pracy przymusowej w Płaszowie. W trakcie pobytu w getcie myśleliśmy, że na całym świecie nie ma gorszego miejsca niż to, w którym się znaleźliśmy. Myliliśmy się.

Już w momencie, gdy wjeżdżaliśmy do KL Płaszów, byłam świadkiem egzekucji. Strażnicy wieszali akurat na szubienicy jakiegoś nieszczęsnego mężczyznę. Potem dowiedziałam się, że był to mój daleki krewny. A przecież to był dopiero początek. Najgorsze było jeszcze przede mną.

Czytaj też:
Sprawiedliwi na Węgrzech. Niesamowity rozdział historii przyjaźni polsko-węgierskiej

Każdego dnia w Płaszowie odbywały się trzy apele, na których Niemcy dokonywali selekcji. Wyciągali z szeregów Żydów niezdatnych do pracy i wysyłali ich na śmierć. Podczas takich selekcji wybierali często dzieci, które uznawali za „bezużyteczne” dla gospodarki wojennej III Rzeszy.

Dochodziło do niewyobrażalnie okrutnych scen. Niemcy potrafili rzucać dziećmi o betonowe słupy... Mama straszliwie się bała, że mnie z nią rozdzielą. Że spotka mnie taki los. Dlatego w trakcie każdego apelu stawiała mnie na moich drewnianych chodakach, żebym wyglądała na wyższą. I malowała mi na policzkach rumieńce za pomocą łupin buraków wyciąganych z kontenerów na śmieci. Chodziło o to, żebym wyglądała na doroślejszą niż byłam – rumianą, zdrową, zdatną do pracy młodą dziewczynę. A nie na słabe, bezradne dziecko.

W Płaszowie mieszkałam razem z mamą, babcią i ciocią w baraku kobiecym. A tata z moim bratem Rysiem w baraku męskim i tam go ukrywał, chował przed każdą selekcją. Ja zawdzięczam więc życie mamie, a mój brat – tacie.

Bronisława Horowitz z rodzicami i bratem

W obozie pracowałam w wytwórni szczotek. Paradoksalnie było to najbezpieczniejsze miejsce. Niemcy się tam prawie nie pokazywali. Za to praca była koszmarnie ciężka. Przerwa? Jaka przerwa? Pracowaliśmy non stop. Dwanaście godzin, a może i więcej. Niemcy nie mieli dla nas żadnej litości. Dla nich liczyła się tylko produktywność.

Wytwórnia szczotek mieściła się w drewnianym baraku. W jednej ze ścian była dziura po sęku, czasem przez nią wyglądałam. Widziałam przez tę dziurę rzeczy upiorne, horrendalne. Nieopodal obozowych warsztatów znajdowała się bowiem tzw. Hujowa Górka. Czyli wzniesienie, przepołowione wielkim rowem. Tak głębokim, żeby pomieścić setki ludzkich ciał. To właśnie tam Niemcy dokonywali egzekucji Żydów. Nie tylko więźniów KL Płaszów.

Widziałam, jak pod tę górkę całymi sznurami podjeżdżały ciężarówki. Strażnicy wyprowadzali z nich Żydów pochodzących z połowy okupowanej Europy. Ci ludzie trzymali w rękach walizeczki, neseserki, torby. Za ręce trzymali małe dzieci. Mamy poprawiały córeczkom kokardy we włosach. Otrzepywały dziecięce płaszczyki z kurzu podróży.

Pięć minut później rozlegała się ogłuszająca karabinowa palba i wszyscy ci ludzie lądowali w rowie… Mężczyźni, kobiety, dzieci. Rozstrzelani. Zgładzeni.

Tak, wszystko to widziałam przez dziurę po sęku podczas robienia szczotek...

Dzień pracy zaczynaliśmy bardzo wczesnym rankiem. Nie pamiętam już o której, ale bardzo wcześnie. O szóstej rano był apel. Bez względu na pogodę i porę roku – czy był mróz, czy prażyło słońce, ludzie stali na zewnątrz w samych pasiakach. Z ogolonymi głowami, skuleni, przerażeni. Bo przecież z apelu można było trafić prosto na Hujową Górkę…

Stałam więc na tych apelach w drewnianych szpiczastych chodakach, co najmniej o trzy numery za dużych. Wyglądałam jak suchotnica. Przecież ja po wyjściu z obozu ważyłam dwadzieścia cztery kilo! A mama – trzydzieści sześć.

 24