Kampania wrześniowaWielkopolskie Westerplatte. Niemcy nie oszczędzili tu nikogo

Wielkopolskie Westerplatte. Niemcy nie oszczędzili tu nikogo

Dodano 3

Straż miejską przeformowano na Obywatelską Obronę Narodową. Początkowo składała się głównie z miejscowych strażaków, pod dowództwem por. rez. Jana Lapisa - przed wojną dyrektora miejscowego Banku Spółdzielczego i jego zastępcy Tadeusza Kutznera. Do formacji licznie zaczęli napływać przebywający w mieście uchodźcy. Ósmego września dołączają też dwa, kilkudziesięcioosobowe i uzbrojone w długą broń oddziały ochotników z Gniezna. Wkrótce Obrona liczy już około 300 członków. Wokół miasta wystawiono posterunki, w miejscowej szkole zorganizowano izbę chorych. Linię obrony podzielono na kilka odcinków, przydzielonych poszczególnym pododdziałom, zorganizowano też umocnione punkty obrony w samym mieście.

Ósmego września około południa, w pobliżu mostu nad Jeziorem Gorzuchowskim pojawiło się trzech ubranych po cywilnemu mężczyzn, którzy zaczęli rozkładać przyniesiony ze sobą ręczny karabin maszynowy. Nie umknęło to uwagi obrońców, którzy nie czekając na rozwój wypadków otworzyli ogień. Dywersanci uciekli w kierunku pobliskiego Charbowa. Za nimi w pościg ruszyło ośmiu członków Obrony Narodowej. We wsi natrafili na niemiecki samochód rozpoznawczy, którego załoga otworzyła do nich ogień. Od niego zginęła pierwsza ofiara walk - siedemnastoletni harcerz Sylwester Śliwiński. Porucznik Lapis wysłał na pomoc posiłki, które zniszczyły samochód. Wymiana ognia trwała do wieczora. W jej trakcie polegli niemiecki oficer i szeregowy. Stało się jasne, że Niemcy niedługo przystąpią do generalnego ataku na miasto.

Czytaj także:
Lepsi niż komandosi. Polscy grenadierzy mogli uczyć „specjalsów” z US Army

Oblężenie i szturm

Następnego dnia w Charbowie w polską zasadzkę wpadł kolejny samochód i zginął kolejny niemiecki oficer. Niemcy nie czekali dłużej i ruszyli do ataku na przedpolach Kłecka. Przed sobą jako żywe tarcze pędzili okoliczną ludność. Atak został odparty pod Polską Wsią. Atakujący, nie chcą ryzykować przedzierania się pomiędzy jeziorami pod ogniem z dobrze umocnionych polskich pozycji, zaczęli okrążać miasto. Dopiero po całkowitym jego otoczeniu ruszyło zmasowane natarcie niemieckiej piechoty, wspartej samochodami pancernymi. Polacy bronili się zawzięcie. Najcięższe walki toczyły się w rejonie mostu kolejowego, cmentarza i młyna. Zażarty opór stawiały też umocnione punkty w różnych częściach miasta. Oprócz nacierającego Wehrmachtu ogień do obrońców z wieży kościoła ewangelickiego otworzyli niemieccy dywersanci. Około godziny 13. członkom Obrony zaczęła kończyć się amunicja. Walki zaczęły wygasać, a godzinę później do miasta wkroczyły oddziały Wehrmachtu. W starciu zginęło około dwudziestu Niemców i pięćdziesięciu Polaków.

Polowanie na obrońców

Niemcy złapanych obrońców rozstrzeliwali na miejscu. Część z nich już w trakcie i po zakończeniu walk zdołała wymknąć się z miasta. Część została złapana przy próbie ucieczki i również rozstrzelana. Około szesnastej rozpoczęło się spędzanie mieszkańców na rynek obstawiony karabinami maszynowymi. Zgromadzono tam około pięćset osób. Po odesłaniu do domów kobiet i dzieci rozpoczęło się wyszukiwanie obrońców miasta. Powodem zaliczenia w ich poczet mogła być podarta czy pobrudzona rzekomo podczas walki odzież, buty z cholewami, wojskowa latarka albo zapach prochu.

Podejrzanych o udział w obronie ochoczo zaczęli też wskazywać miejscowi Niemcy. Przy okazji załatwiano prawdziwe albo wyimaginowane porachunki z Polakami i odpłacano za doznane krzywdy. Wybranych około sześćdziesięciu mężczyzn spętano powrozami, poprowadzono nad brzeg Małej Wełny i tam rozstrzelano. Drugą grupę umieszczono na noc w domu parafialnym. Następnego dnia rozstrzelano ich na podmiejskiej strzelnicy. Łącznie stracono ponad 320 osób. Ksiądz Koncewicz został wywieziony do Gniezna i tam nazajutrz rozstrzelany. Lapisa i Kutznera aresztowało Gestapo. Zostali prawdopodobnie straceni 11. listopada w Lasach Durowskich pod Wągrowcem. Ich ciał nigdy nie odnaleziono. Przez całą okupację Niemcy szukali pozostałych przy życiu uczestników obrony Kłecka. Wytropieni byli mordowani albo wysyłani do obozów koncentracyjnych.

Nie ma winnych

Morderstwa popełnione przez Niemców w Kłecku były zwykłą zbrodnią wojenną. Obrońcy zgodnie z prawem wojennym stanowili leve en masse - pospolite ruszenie, broniące kraju przed nieprzyjacielem. Jawnie nosili broń i posiadali wyraźne znaki odróżniające ich od cywili - dwie opaski - biało czerwoną i z nazwą formacji. Podlegali więc ochronie jako kombatanci, uczestniczący w walce na równi z żołnierzami. Niemcy nie zwracali jednak na to uwagi. Jak w całej kampanii wrześniowej, na niemieckim Dzikim Wschodzie powodem do rozstrzelania mógł być chociaż cień podejrzenia o udział w walce przeciw Wehrmachtowi. Podobnie też jak w wielu innych przypadkach, za popełnioną zbrodnie nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Miasto, nazywane Wielkopolskim Westerplatte, za ofiarność w czasie wojny, zostało uhonorowane w 1968 r. Krzyżem Grunwaldu, a jego obrońcom w pięćdziesięciolecie bitwy postawiono na rynku okazały pomnik.

Czytaj także

 3
  • wwssxx IP
    RZąd tymczasem ze złotem miał sie dobrze za granicą .
    Dodaj odpowiedź 7 2
      Odpowiedzi: 0
    • krzysztof IP
      Czy to  naprawde bylo powazne ze  strony WP ? Sami sie wycofali ale  pokazali cywilom w  jaki sposob moga bronic swoje miasto.
      A niemcy zachowali sie jak bandyci .
      Dodaj odpowiedź 4 1
        Odpowiedzi: 0
      • Porucznik Borewitch IP
        Bydlaki, germanskie dzikusy, zawsze w takich sytuacjach przez,ypominam sobie co w 1945 roku robiła w Niemczech AC
        Dodaj odpowiedź 13 0
          Odpowiedzi: 0