Powstanie WarszawskieKs. Antoni Marchewka przeżył dzięki niemieckiemu żołnierzowi

Ks. Antoni Marchewka przeżył dzięki niemieckiemu żołnierzowi

Ks. Antoni Marchewka
Ks. Antoni Marchewka
Dodano
Był kapelanem wojskowym podczas wojny polsko-bolszewickiej, w czasie okupacji ocalił żydowskiego chłopca, przeżył tragedię powstania warszawskiego i uniknął śmierci dzięki niemieckiemu żołnierzowi. Po wojnie kolejną gehennę zgotowała mu komunistyczna władza. Trafił do więzienia, gdzie przeszedł ciężkie przesłuchania połączone z biciem i torturami. Choć pozostawił po sobie trwały ślad, jego losy są zapomniane.

W budynku pozostały tylko starsze, schorowane siostry oraz trzech księży – w tym ksiądz Antoni Marchewka, który tak zapamiętał wydarzenia tamtych dni: „I tu pewnej nocy, gdy spaliśmy w schronie klasztoru, około północy wtargnęli do nas dwaj żołnierze niemieccy w towarzystwie przewodnika Polaka. Księdzu Mystkowskiemu podrzucili do walizeczki rewolwer, twierdząc, że jest bandytą i chcieli nas rozstrzelać. Oczywiście, ograbili nas z zegarków i pieniędzy. I wtedy stała się rzecz niezwykła. W mojej małej walizeczce był złoty krzyż z pielgrzymki mego brata, ks. Stanisława do Ziemi Świętej. Jeden z tych żołnierzy niemieckich, oddając mi ten krzyż, powiedział do mnie: «Bleiben, und ich bin Catholik» («pozostań, ja też jestem katolikiem») i natychmiast opuścił nasz schron”. W ten dziwny i zarazem niezwykły sposób, kapłan ocalał w czasie powstania warszawskiego przed niechybną śmiercią.

Dramat wojny

Po wybuchu II wojny światowej ksiądz Marchewka zajmował się potajemnym nauczaniem katechezy w jasnogórskim Instytucie Teologicznym. Niemiecki terror i groźba ewentualnego pozbawienia wolności nie skłoniła go jednak do zaprzestania działalności naukowej. Istotnym zagrożeniem dla wolności księdza Antoniego Marchewki stała się dopiero sprawa jego brata – Stanisława, który również był księdzem katolickim. Był on proboszczem parafii bł. Wincentego Kadłubka w Jędrzejowie. Został aresztowany przez Gestapo i po kilku dniach zwolniony. Musiał jednak opuścić swoją parafię i wyjechać z Jędrzejowa. Znalazł wówczas schronienie właśnie w Częstochowie u swojego brata, ale i tutaj nie zaznał spokoju. Natychmiast zaczęły interesować się nim niemieckie służby, co w konsekwencji doprowadziło do próby aresztowania. Ponieważ księdza Stanisława Marchewki nie było w mieszkaniu podczas wizyty Gestapo, funkcjonariusze pozostawili pisemne wezwanie do stawienia się w swojej najbliższej placówce. Sytuacja ta i ryzyko aresztowania obu księży sprawiła, że rodzeństwo podjęło decyzję o wyjeździe do Warszawy. Oboje zaopatrzyli się w podrobione dokumenty. Ksiądz Antoni Marchewka otrzymał dokumenty na nazwisko Jan Augustynowski, a jego brat na nazwisko Szydłowski.

W stolicy ksiądz Antoni Marchewka zatrzymał się początkowo u przyjaciół na Saskiej Kępie. Jednak po kilkunastu dniach przeniósł się na ul. Miodową i podjął pracę w kancelarii adwokata Roty Rzymskiej przy Sądzie Metropolitarnym. Msze święte odprawiał w kościele Chrystusa Króla na Targówku, gdzie dojeżdżał w cywilnym ubiorze.

Ksiądz Antoni Marchewka cały sierpień 1944 r., gdy trwało powstanie warszawskie, spędził w schronie umiejscowionym w klasztorze Ojców Kapucynów na Starym Mieście. Tam też zajmował się ludnością cywilną niosąc im posługę duchową. „W ciągu zaś dnia, w przerwie między nalotami stukasów niemieckich i bombardowaniem miasta, chodziłem po schronach i spowiadałem proszących o tę przysługę. Najczęściej działo się to w szpitalach – schronach, gdzie przy świecy lekarze, chirurdzy dokonywali różnych operacji rannych żołnierzy – powstańców. Wieczorem zaś, gdy cichły walki, grzebaliśmy zabitych – i to w ogródkach lub na skwerach” – napisał o dramacie tamtych dni w swoich wspomnieniach ksiądz Marchewka.

Świadom zbliżającej się klęski powstania, a w szczególności całkowitego zajęcia przez Niemców Starego Miasta, postanowił przedostać się kanałami do Śródmieścia. Jednak Niemcy sukcesywnie zajmowali kolejne części walczącej Warszawy i kwestią dni było to, kiedy zajmą również i tą część miasta. Stąd też ksiądz Antoni Marchewka z pomocą powstańców przedostał się na Powiśle, gdzie ukrył się w budynku Zgromadzenia Sióstr Szarytek. 6 sierpnia Niemcy wtargnęli także na teren tej dzielnicy. Dlatego też zdecydowano się na ewakuację ludności cywilnej przebywającej w klasztorze.

Ratunkiem okazała się możliwość wyjazdu ze zniszczonej Warszawy, dzięki propozycji jednej z zakonnic ze Zgromadzenia Szarytek. Umożliwiła ona księdzu opuszczenie stolicy na przepustce, którą otrzymała od niemieckiego komendanta miasta Warszawy. Ksiądz Antoni Marchewka zdecydował się wówczas na powrót do Częstochowy w nadziei na rychły koniec wojny.

Z okresem okupacji niemieckiej wiąże się jeszcze jeden epizod z życia księdza Antoniego Marchewki. W 2006 roku okazało się, że uratował on w tym czasie przed zagładą żydowskiego chłopca. Cała sprawa wyszła na jaw, gdy ów ocalony – Artur Draifinger, przybył do Częstochowy w poszukiwaniu śladów swojej przeszłości. Postanowił wtedy odwiedzić redakcję tygodnika „Niedziela”, którego redaktorem naczelnym po wojnie był ksiądz Marchewka. Draifinger opowiedział, jak kapłan udzielił mu schronienia w jednym z częstochowskich mieszkań, a następnie przewiózł do mieszczącego się w Krakowie sierocińca. Tam doczekał końca wojny, a po wkroczeniu Armii Czerwonej odnalazł rodzoną matkę, z którą wyjechał i zamieszkał na stałe w Argentynie.

W nowej Polsce

Tuż po upadku powstania warszawskiego Częstochowa stała się miejscem ucieczki wielu czołowych postaci związanych z Polskim Państwem Podziemnym, przez co wielu historyków uważa to miasto za nieformalną stolicę Polski w tamtym okresie. Te zawirowania dziejowe sprawiły, że w tym czasie skrzyżowały się drogi życiowe księdza Marchewki i znanej powieściopisarki Zofii Kossak-Szczuckiej, która również przybyła do tego miasta z nadzieją na odzyskanie spokoju. Dzięki ich staraniom udało się reaktywować, po przerwie spowodowanej wojną, jedno z największych katolickich pism – „Niedzielę”. Ksiądz Marchewka został jego redaktorem naczelnym i przyczynił się do jego intensywnego rozwoju. Zyskiwało ono nowych czytelników oraz poszerzało stale tematykę tekstów. Okres pracy w „Niedzieli” wiąże się również z kolejną, trudną kartą w życiu księdza Marchewki.

„Niedziela” jako pismo o profilu katolickim od początku było niewygodne dla władzy. Ksiądz Marchewka skrupulatnie dbał o to, aby na jego łamach nie znajdowały się treści niezgodne z nauką Kościoła, przez co jego postawa spotkała się z szykanami ze strony aparatu państwa. 17 lipca 1947 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i przewieziony do aresztu mieszczącego się przy ul. Koszykowej w Warszawie. Tam zastał ciężkie warunki, które opisał w swoich prywatnych zapiskach. „Warunki mieszkaniowe w tej celi-piwnicy były okropne. Maleńkie okienko pod sufitem, przy ścianach żelazne łóżka bez pościeli, z siennikami czarnymi od brudu, a wewnątrz słoma starta na sieczkę; pozostałość chyba jeszcze po Niemcach, bo w tym gmachu w czasie wojny światowej było niemieckie «kripo» – więzienie kryminalne.”

Księdzu nie postawiono żadnych zarzutów, nie powiedziano mu nawet, o co jest podejrzewany. Rozpoczęto uporczywe przesłuchania kapłana, które miały wymusić na nim przyznanie się do złamania ówczesnego prawa. Sam ksiądz Marchewka przypuszczał tylko, że jego aresztowanie ma związek z działalnością wydawniczą „Niedzieli”, co potwierdził mu dopiero po kilku tygodniach przesłuchań jeden z funkcjonariuszy MBP. Ponadto w śledztwie padały również nieprawdziwe oskarżenia o działalność w Stronnictwie Narodowym i Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Pod koniec sierpnia 1947 r. ksiądz Marchewka wraz z innymi aresztowanymi został przewieziony do więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej. Tam podobnie, jak inni więźniowie spędził święta Bożego Narodzenia w areszcie, na zawsze zapamiętując trud tych dni. „Tak więc wigilię spędziliśmy o ścisłym poście, a zamiast opłatkiem łamaliśmy się czarnym, więziennym chlebem, życząc sobie wzajemnie opieki Bożej Dzieciny i rychłego wyjścia na wolność” – wspominał kapłan.

W swoich wspomnieniach z tamtego okresu ksiądz Marchewka opisał także historię tajemniczego współwięźnia dokwaterowanego pewnego dnia do jego celi. Mężczyzna ten miał być spadochroniarzem z Zachodu, który przypadkowo dostał się w ręce komunistów. Pewnego dnia poprosił on księdza Marchewkę o możliwość spowiedzi, ale nigdy do niej nie doszło, gdyż wspomniany spadochroniarz nie wrócił do celi po jednym z przesłuchań. Kapłan podejrzewał, że mężczyzna ten tak naprawdę był podstawionym agentem.

Na początku stycznia 1948 roku ksiądz Marchewka otrzymał pierwsze od momentu aresztowania wiadomości o losach swojego brata – księdza Stanisława Marchewki. Okazało się, że też został pozbawiony wolności i przebywa w celi znajdującej się nad pomieszczeniem, w którym przetrzymywany był ksiądz Antoni. Informację o tym uzyskał posługując się alfabetem Morse’a, którym na ogół porozumiewali się więźniowie przebywający w sąsiednich celach. Brat księdza oczekiwał także na rozpoczęcie swojej rozprawy sądowej i po pewnym czasie został przeniesiony w inny rejon więzienia.

Proces księdza Antoniego Marchewki odbył się dopiero w maju 1948 r. a dowodami w sprawie były rozmaite periodyki znalezione w mieszkaniu księdza, których treści miały godzić w dobro państwa i porządek publiczny. Ostatecznie skazano go za zbieranie i przechowywanie u siebie nielegalnych publikacji na dwa lata więzienia, w zawieszeniu na dwa lata, a następnie zwolniono do domu.

Tuż po uwolnieniu udał się na audiencję do Prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda, któremu zrelacjonował swój pobyt w więzieniu. „Po przywitaniu się, w krótkich słowach opowiedziałem księdzu Kardynałowi swoją gehennę więzienną (…). Następnie oświadczyłem, że te doświadczenia więzienne nie złamały mnie moralnie, ale nawet do pewnego stopnia wzmocniły mego ducha i zahartowały do dalszej walki o dobro Kościoła i zwycięstwo prawdy” - przekonywał wówczas kapłan.

Po tym spotkaniu niezwłocznie powrócił do pracy w redakcji „Niedzieli”. Publikował tam jednak pod kilkoma pseudonimami, tak aby nie prowokować kolejnych problemów w kontaktach z aparatem państwa. Pismo, którym kierował, napotykało na coraz większe problemy ze strony władz państwowych. Ich kulminacją było ponowne zawieszenie wydawania „Niedzieli”, które nastąpiło w marcu 1953 roku. Pretekstem do tego była niewłaściwa – zdaniem władzy – czcionka użyta do napisania nekrologu Józefa Stalina, przymusowo zamieszczonego w jednym z marcowych wydań „Niedzieli”.

Podobny los spotkał w tym czasie inne katolickie tytuły prasowe. Ksiądz Antoni Marchewka na przestrzeni kolejnych lat podjął wiele starań, aby pismo znów mogło być wydawane. Okazały się one jednak niewystarczające i głos „Niedzieli” zamilkł aż do 1980 roku. Działalność, dorobek i przykład życia księdza Marchewki znalazły uznanie w oczach kolejnych biskupów częstochowskich, którzy honorowali go rozmaitymi tytułami i kościelnymi odznaczeniami. Kapłan w ostatnich latach swojego życia poważnie chorował. Zmarł 13 lutego 1973 roku. Pozostawił po sobie niezwykłą i barwną historię życia oraz dziedzictwo pracy duszpasterskiej i dziennikarskiej. Jego losy są również świadectwem niezwykłego hartu ducha, jakim wykazało się polskie duchowieństwo katolickie w dramatycznej XX-wiecznej historii.

 0

Więcej historii