Dwudziestolecie międzywojenneHańba ryska. Jak Polacy zmarnowali zwycięstwo nad Leninem

Hańba ryska. Jak Polacy zmarnowali zwycięstwo nad Leninem

Konferencja Pokojowa w Rydze – posiedzenie Komisji Prawnej. Po prawej Polacy, po lewej bolszewicy.
Konferencja Pokojowa w Rydze – posiedzenie Komisji Prawnej. Po prawej Polacy, po lewej bolszewicy. / Źródło: Wikimedia Commons / Magdalena Poznańska
Dodano 8
Zwycięstwo odniesione na polu bitwy zostało zmarnowane przez polityków podczas obrad pokojowych. Traktat ryski był dla Polski katastrofą.

Od 300 lat Polacy przegrywają wszystkie wojny. Nasze terytorium, wpływy i ambicje kurczą się z pokolenia na pokolenie. Dlatego z taką dumą mówimy o wojnie polsko-bolszewickiej. Jedynym konflikcie zbrojnym, w jakim udało nam się ostatnio zwyciężyć.

W rzeczywistości wygraliśmy jednak Bitwę Warszawską. I rzeczywiście było to zwycięstwo wspaniałe. Nasza wielka duma. Całą wojnę z bolszewikami jednak przegraliśmy. Aktem kończącym ten konflikt nie było bowiem przepędzenie hord Tuchaczewskiego spod Warszawy. Zakończył ją układ pokojowy, który do historii przeszedł jako traktat ryski.

Dzień jego podpisania, 18 marca 1921 r., nie był zaś dla nas dniem triumfu. Był dniem klęski. W jego rocznicę powinniśmy obchodzić dzień żałoby narodowej.

Delegacja

Konferencja ryska rozpoczęła się we wrześniu 1920 r. Na jej wyniku fatalnie zaciążył skład polskiej delegacji. Nie tworzyli jej zawodowi dyplomaci, ale amatorzy. Przedstawiciele stronnictw sejmowych – ludowiec Jan Dąbski (przewodniczący), endek Stanisław Grabski, socjalista Norbert Barlicki i inni. „Byłem przerażony składem delegacji – pisał konserwatysta Mieczysław Jałowiecki. – Ta zbieranina, którą rząd Rzeczypospolitej wysłał do Rygi na rokowania pokojowe, nie odznaczała się, niestety, ani rozumem, ani charakterem”.

Sowieci, widząc, że mają do czynienia z partnerem słabym, niekompetentnym i podzielonym, wykorzystali to do maksimum. Przewodniczący delegacji sowieckiej Adolf Joffe raportował do Moskwy o „nerwowości, zmieszaniu, niepewności i braku inicjatywy” polskich delegatów, którzy „całkowicie się pogubili”. „Myślę, że damy sobie z nimi radę” – pisał. Miał rację.

Tym, na czym najbardziej zależało bolszewikom w momencie rozpoczęcia negocjacji w Rydze, był czas. Sytuacja reżimu sowieckiego była bowiem rozpaczliwa. Polacy nacierali z zachodu, a z południa czerwonych atakowała biała rosyjska armia gen. Piotra Wrangla. Bolszewia była ogarnięta ogniem chłopskich rebelii.

Natychmiastowe wstrzymanie polskiej ofensywy było więc dla czerwonych kwestią życia i śmierci. „Sytuacja w Rydze, kiedy tam przyjechałem, była naprężona – wspominał działacz sowiecki Wacław Solski. – Wojska polskie posuwały się naprzód. Moskwa nalegała, aby Joffe jak najszybciej podpisał układ o rozejmie”.

Dawało to Polakom wymarzoną pozycję negocjacyjną. Nasi delegaci mogli przeciągać rozmowy, aby nasze prące na wschód wojska mogły wyzwalać kolejne terytoria Rzeczypospolitej. Im bardziej Wojsko Polskie zbliżało się do Bramy Smoleńskiej, tym do większych ustępstw skłonni byli Sowieci.

„Trzeba się mniej targować – pisał z Moskwy szef sowieckiej dyplomacji Cziczerin. – Nasze zadanie polega na tym, by zmusić Polaków do zawarcia pokoju, nawet za cenę znacznych ustępstw z naszej strony”.

Zmiana ról

Niestety polscy delegaci z szansy nie skorzystali. Nawet nie próbowali dociskać bolszewików. To oni, mimo że reprezentowali stronę zwycięską, we wszystkim ustępowali. „Rzeczpospolita Polska nie zamierza wyzyskać świetnych zwycięstw naszej armii w celu narzucenia przeciwnikowi pokoju – mówił Dąbski – lecz niezmiennie dąży do porozumienia”.

Działania Dąbskiego i Grabskiego wywoływały przerażenie wśród akredytowanych przy delegacji ekspertów i wojskowych. Jeden z nich, Ignacy Matuszewski, taktykę naszych negocjatorów określił trafnie i krótko: „minimum czasu, maksimum ustępstw”.

Premier Wincenty Witos, którego trudno oskarżać o niechęć do Dąbskiego pisał: „Szeroko i głośno zaczęto mówić, że delegacja bolszewicka stoi znacznie wyżej od polskiej i to pod wieloma względami. Ludzie, którzy byli w Rydze, potwierdzali, że Dąbski rzeczywiście ulegał Joffemu”.

Podczas negocjacji ryskich bolszewicy gotowi byli iść na daleko idące ustępstwa. Możliwe było wyrwanie im z gardła Mińska i wschodniej Białorusi. Według ostrożnych szacunków, samych Polaków na ziemiach tych żyło blisko pół miliona. „W rozmowie prywatnej przyznali się bolszewicy – notował ekspert polskiej delegacji Mirosław Obiezierski – że gotowi byli dać Polsce granicę, chociażby nawet do Dniepru”.

Stanisław Grabski i jego koledzy możliwość taką jednak odrzucili. Był to jedyny przypadek w dziejach, że zwycięzcy na konferencji pokojowej wzięli mniej terytorium, niż gotowy był im oddać pokonany.

„Dąbski, już po pierwszych kontaktach z Joffem – pisał Władysław Pobóg-Malinowski – nie miał wątpliwości, że Moskwa gotowa jest „oddać pod wpływy polskie” całą Białoruś aż do Bramy Smoleńskiej co najmniej. Obszarem między Dźwiną, górnym Dnieprem i Berezyną zamierzała Moskwa zapłacić Polsce nie tylko za swoją klęskę. Joffe kilkakrotnie, i z nieukrywanym zdumieniem, konstatował w trakcie posiedzeń jawnych i poufnych, że »profesorowi Grabskiemu na terytoriach nic a nic nie zależy«”.

„Nareszcie utrąciliśmy tę sprawę kresową. Wyciąłem wrzód miński” – mówił w kuluarach konferencji Grabski. Nie próbowano również, co było do osiągnięcia, uratować przed bolszewicką okupacją zamieszkanych w dużej mierze przez Polaków Podola i wschodniego Wołynia.

Dlaczego? Motywacje poszczególnych członków delegacji były różne. Endek Stanisław Grabski nie chciał przesuwać Rzeczypospolitej zbyt daleko na wschód, aby w jej granicach nie znalazło się zbyt wielu przedstawicieli „mniejszości”. Z kolei socjaliści woleli pozostawić bolszewikom „kresowe latyfundia” należące do znienawidzonych przez nich polskich ziemian.

Rozejm

W efekcie 12 października 1920 r. uroczyście podpisany został w Rydze rozejm między Polską a Rosją sowiecką. Ceremonia odbyła się w pięknym XIV-wiecznym budynku, w którym toczyły się negocjacje – Domu Bractwa Czarnogłowych. Strony zobowiązały się, że działania wojenne na froncie ustaną w nocy z 18 na 19 października.

Czytaj też:
Wojna prewencyjna 1920. Dlaczego Polacy uderzyli jako pierwsi?

W układzie rozejmowym dokonano wstępnego wyznaczenia przyszłej granicy, która pozostawiała po stronie bolszewickiej ponad 300 tys. km kw. przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Mało tego, miała ona przebiegać… na zachód od linii, którą zdążyło już obsadzić nacierające Wojsko Polskie.

Wszystkie ofiary ostatnich dni, cały wysiłek i przelana krew poszły na marne. Jeszcze kilka dni wcześniej gen. Edward Śmigły-Rydz pisał w rozkazie: „Jesteśmy w końcowym okresie wojny, wymaga się przeto od wojsk jak największego wysiłku. Przemaszerowanie kilometra jest równoznaczne z rozszerzeniem o kilometr granic naszej ojczyzny”. Słowa te dodały żołnierzom skrzydeł.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 8/2015
Artykuł został opublikowany w 8/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 8