Dwudziestolecie międzywojenneKresy bez dworków? Niemożliwe!

Kresy bez dworków? Niemożliwe!

Dodano 1

Czy jednak za owe zapóźnienia trzeba winić owych „ludzi z dworków”, którzy swoje konie i wiejską sielankę przedkładali nad przemysłowe maszyny? Po części sugerowałyby tak zarówno przedmowa, jak i recenzje książki. Chyba jednak niesłusznie. Ludzie, którzy tę kresową nowoczesność tworzyli, nie wywodzili się przecież znikąd, tylko głównie z owych ziemiańskich dworków. Odpowiedzialny za modernizację Flotylli Pińskiej i jej długoletni dowódca kmdr Witold Zajączkowski, pochodził z wileńskiej szlachty. Twórca wileńskiego radia Witold Hulewicz z ziemiańskiej wielkopolskiej rodziny. Podobnie „dworkowy” rodowód miał jeden z głównych promotorów Zaleszczyk - balneolog Antoni Sabatowski, a i rodzina Konopackich wywodziła się ze starej, polskiej szlachty, chociaż mocno już zmerkantylizowanej. Budowniczowie Janowej Doliny czy Brześcia pochodzili z robotniczych i chłopskich rodzin z całej Polski.

Jeszcze bardziej jednak może wyróżniało je to, że inwestycje - zarówno państwowe, jak i prywatne, były realizowane na bardzo wysokim poziomie, przede wszystkim z dbałością o pracujących tam ludzi. Przy fabrykach powstawały osiedla mieszkalne, przychodnie, szkoły, kluby sportowe. Niemalże „szklane domy”, do inspiracji którymi przyzna się zresztą twórca Janowej Doliny Leonard Szutkowski. Ich twórcy dobrze rozumieli - jak piszą autorki - że aby wymagać od ludzi, trzeba im coś dać, a państwo w trudnych chwilach – takich jak światowy kryzys gospodarczy – powinno przyjść z pomocą. Jakże inna to filozofia od turbokapitalizmu domorosłych przedsiębiorców z początków III RP.

Czytaj także:
Obrońca polskich dworów. Wielka krucjata Feliksa Jaworskiego

Autorki wyruszają nie tylko w podróż historyczną, ale i odwiedzają po kilkudziesięciu latach opisywane miejsca. Oczywiście po Flotylli Pińskiej czy Polskim Radiu w Wilnie nie pozostało ani śladu. Wiele okrętów Flotylli zatopionych w 1939 r. przez polskich marynarzy zostało wydobytych przez Sowietów i stanowiło potem trzon ich Pińskiej Flotylli Wojennej. Sowieci wykorzystali polską kadrę i technologię wywiezione z zakładów Elektrit do produkcji pierwszej linii własnych odbiorników już na światowym poziomie – z polskimi częściami i lampami elektronowymi na licencji amerykańskiej. Osiedle w Janowej Dolinie w 1943 r. zostało w większości spalone przez UPA, a mieszkańcy wymordowani. Zbudowana po wojnie na jego zgliszczach osada Bazaltowe i pobliskie kamieniołomy to zaledwie cień dawnej świetności. Po uzdrowiskowej przeszłości Zaleszczyk też nie ma już śladu. Mieszkańcy z trudem próbują pobudzać miejscową turystykę. Fabryka sklejki braci Konopackich nadal działa na Białorusi, borykając się z permanentnym kryzysem gospodarczym w tym kraju.

I to może najbardziej uderza w książce. Kontrast między śmiałością, rozmachem i wysoką jakością owej przedwojennej, tworzonej przez II RP „nowoczesności” Kresów, a powojenną, przyniesioną przez Sowietów wszechobecną miernością i bylejakością. II Rzeczpospolita ani nie była państwem mlekiem i miodem płynącym, jak chce się ją nieraz przedstawiać, ani przez 20 lat niepodległości nie zmieniła Kresów z Polski B czy nawet C w ostoję nowoczesności. Jednak jej architektom trudno było odmówić wyobraźni i energii niezbędnych do wprowadzenia takich zmian. Wyniesionych zwykle z polskiego, szlacheckiego dworu albo mieszczańskiej czy chłopskiej, ale zwykle patriotycznej rodziny.

Szybko więc książka o nowoczesności zmienia się w tradycyjną, kresową opowieść o tęsknocie za utraconą krainą, zaludnioną przez pełnych zapału i energii państwowców, społeczników i obrońców kresowych stanic. Autorki w końcu rozprawiają się nawet z mitem „szosy zaleszczyckiej”. Widać bez przekłamań nie da się o tym opowiadać w inny sposób.

Po co więc snuć opowieści o Kresach „nowoczesnych”, w kontrze do tych „dworkowych”? Być może dla reklamy. A być może - co nie jest bez związku - żeby zyskać imprimatur dzisiejszych piewców „nowoczesności”, których ojcowie i dziadkowie stawiali na Kresach powitalne bramy Sowietom? Rzeczywiście w książce dostaje się za mniej lub bardziej wyimaginowane winy i endekom, i piłsudczykom. Kontra do „nowoczesności” to przecież „zacofanie". Nie da się ukryć, że polskie Kresy zacofane były, ale nie da się też ukryć, że II RP podejmowała wysiłek ich modernizacji. Co więcej, wysiłek w dużej mierze zmarnowany później przez sowieckie władze. Najlepiej widać to na Polesiu, gdzie część bagien zmieniła się w półpustynie po nieudolnie przeprowadzonej w latach 60. melioracji. Całości dopełniła jeszcze katastrofa w Czarnobylu.

Jednak jest w tym jakaś metoda. Na tle „zacofanej” II RP, zawsze łatwiej było bagatelizować wady „nowoczesnego” PRL-u i jego nieodrodnej córki - III RP. Przez to książka - niewątpliwie ciekawa i warta polecenia - jest z założenia niepełna i obarczona niekonsekwencjami, które trudno autorkom wyjaśnić. Chyba nie da się opisać, a na pewno zrozumieć Kresów bez tych „dworków, koni i sopranów”.

Agnieszka Rybak, Anna Smółka: Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP, wyd. Czarne 2018.

Czytaj także

 1
  • Akmola IP
    "Bulwar Flotylli Pińskiej" - nazwały zakamarek do 40 metrów w Warszawie to prosto znęcanie ....się z pamięci polskich marynarzy... . ..... Hańba Władzy Warszawy.
    Myślę księga była by ciekawsza i pełniejsza gdyby skorystały się wspomnieniami dzieci oficerów Flotylli Pińskiej.Aż oni są żywe i żyją w Warszawie .
    Dodaj odpowiedź 6 1
      Odpowiedzi: 0