Dwudziestolecie międzywojenneMarynarka Wojenna II RP - kierunki rozwoju

Marynarka Wojenna II RP - kierunki rozwoju

ORP
ORP "Błyskawica" / Źródło: NAC
Dodano
W odróżnieniu od lotnictwa Marynarka Wojenna była drugorzędnym, a nawet trzeciorzędnym rodzajem wojsk, nie mogącym mieć większego wpływu na działania wojenne. Polska miała długie lądowe granice z potencjalnymi przeciwnikami, czyli Niemcami i ZSRS i to na lądzie musiała się toczyć decydująca batalia. Lotnictwo mogło odegrać w tej batalii kluczową rolę, flota - nie. Jakie zatem zadania mogła wykonać?

Nie można było zostawić północnej flanki zupełnie bez osłony, dodatkowo – jeśli Polska miała budować statki handlowe, potrzebowała sił morskich do osłony tych statków i interwencji w wypadku incydentów i szykan. Np. już w 1924 roku sowiecki pancernik Marat wtargnął na nasze wody terytorialne i nie mieliśmy czym podjąć interwencji.

Po I wojnie światowej Polska otrzymała skrawek wybrzeża o długości poniżej 150 km, w dodatku półwysep Hel stanowił ok. połowy tej linii brzegowej. Co gorsza, nie było tam żadnego większego portu, tylko rybackie przystanie i porty.

Znaczenie stanowiska Anglii przy podejmowaniu tych ustaleń musi zostać tu uwypuklone. Utworzenie Wolnego Miasta Gdańska, którego nie chcieli ani mieszkańcy, ani Niemcy, ani Polska, było szczególnie niefortunnym posunięciem, które zaowocowało szeregiem konfliktów. Widzimy tutaj klasyczne zastosowanie zasady „dziel i rządź”. Polsce przyznano zaledwie sześć małych poniemieckich torpedowców, bez uzbrojenia, o znikomej wartości bojowej, nadających się do wykorzystania jako patrolowce. Zdołano je uzupełnić poprzez zakupy dwoma kanonierkami i czterema trałowcami. Wszystko to były jednostki małe, o wyporności nie przekraczającej 400 ton, nie stanowiące jakiejkolwiek siły morskiej. Już w latach dwudziestych rozpoczęła się rozbudowa floty – rozpoczęto budowę trzech dużych podwodnych stawiaczy min (OORP „Wilk”, „Ryś”, „Żbik”) oraz dwóch niszczycieli (OORP „Wicher” i Burza”), które do służby zaczęły wchodzić począwszy od roku 1930. Do wybuchu II wojny światowej zdołano ukończyć dalsze dwa niszczyciele (OORP „Grom”i „Błyskawica”), szkolny stawiacz min (ORP „Gryf”) i dwa torpedowe okręty podwodne (OORP „Orzeł” i „Sęp”).

ZSRS - wygodny przeciwnik

Zadaniem, które nie przekraczało możliwości polskiej floty był nacisk na władze Wolnego Miasta Gdańska. Już w 1932 roku ORP Wicher skłonił demonstracją siły Senat WM Gdańska do zawarcia korzystnego dla Polski układu zapewniającego możliwość korzystania przez polskie okręty wojenne z portu w Gdańsku. Polskie siły morskie były tu zupełnie wystarczające i w pełni zdolne do realizacji tego zadania. Działania przeciw Związkowi Sowieckiemu były już pewnym wyzwaniem, choć kraj ten był wygodnym przeciwnikiem.

Flota Bałtycka ZSRS miała podstawę operacyjną ograniczoną do bazy w Kronsztadzie. Leży ona nad wschodnim skrawkiem Zatoki Fińskiej. Akwen ten w zimie jest skuty lodem co uniemożliwia jakiekolwiek działania bojowe. W przypadku wojny sowieckie okręty chcące zaatakować siły polskie, miałyby daleką drogą do przebycia. Nie wystarczyło by im paliwa i musiałyby tankować na pełnym morzu. Mogły być łatwo rozpoznane z brzegów Estonii i Finlandii, co dałoby nam szansę na kontrakcję.

Siła bojowa Floty Bałtyckiej była znaczna. W latach 20. poprzedniego stulecia zdołano wyremontować wiele okrętów zbudowanych za caratu. Główną siłę stanowiły trzy pancerniki typu Gangut, nie posiadające na Bałtyku równorzędnego przeciwnika. Uzupełnił je krążownik lekki „Profintern”, niszczyciele, trałowce i okręty podwodne. Część okrętów (m.in. pancernik „Pariżskaja Kommuna” oraz krążownik „Krasnyj Krym” przerzucono na inne akweny – przede wszystkim Morze Czarne i Arktykę). W latach 30. do służby zaczęły wchodzić nowozbudowane krążowniki („Kirov” na Bałtyku), niszczyciele, okręty podwodne i mniejsze jednostki. ZSRS np. zbudował sześć liderów (dużych niszczycieli) typu „Leningrad”, ale na Bałtyk trafiły tylko dwie sztuki, co dawało Polsce jakąś nadzieję. Istniała jednak pewna szansa przerzucania okrętów z innych akwenów na Bałtyk, nie można było tej możliwości wykluczyć.

Na straconej pozycji?

W razie wojny z Sowietami najważniejszym zadaniem naszej floty była ochrona transportów z materiałami wojennymi, płynących do Gdyni i Gdańska, przede wszystkim z Francji. Wystarczy rzut oka na mapę Bałtyku, aby pojąć, że szukanie analogii z działaniami flot w czasie I wojny światowej jest zawodne. Przede wszystkim flota niemiecka była znacznie silniejsza od carskiej, a po drugie, wybrzeże niemieckie zajmowało południowy Bałtyk i było tam wiele portów, liczne szlaki żeglugowe itp. Statki z Francji płynące do Gdyni musiały chcąc nie chcąc opłynąć Hel i tam znajduje się najsensowniejsze miejsce do ataku, czy to podwodnego, czy niszczycieli. Drugim możliwym wariantem jest ostrzał naszych portów przez wrogie pancerniki. Możliwe jest też, że wróg nie wyśle większych sił na Bałtyk oczekując szybkiego rozstrzygnięcia na lądzie.

Polska planowała, opiewaną w części współczesnej literatury przedmiotu, daleką blokadę Floty Bałtyckiej. Zapory minowe przegradzające Zatokę Fińską wsparte okrętami podwodnymi. Mamy tu jeszcze pomysł przechwytywania płynących z prędkością 18 węzłów sowieckich pancerników, przez nasze okręty podwodne typu Orzeł, płynące z prędkością 20 węzłów.

Blokada Zatoki Fińskiej była nierealna z uwagi na niemożność jej dozorowania i łatwe wytrałowanie przez nieprzyjaciela. Nasze okręty podwodne nie atakowały wszak trałowców. Dodatkowo, tylko jedna trzecia okrętów podwodnych może być jednocześnie w akcji (reszta jest albo w drodze na/z patrolu, albo stoi w bazie) więc na dłuższą metę tylko dwa okręty podwodne mogą brać udział w akcji. Są to siły zdecydowanie zbyt szczupłe.

Trudno też przypuścić, że Estonia, nawet jeśli nie zostanie zajęta w wyniku inwazji, będzie drażnić Rosję Sowiecką wspieraniem działań polskich. Mówiąc szerzej, nasze plany grzeszyły jednowariantowością: zakładaliśmy, że wróg zaatakuje w najbardziej wygodny dla nas sposób. A mamy tu jeszcze jedną niewiadomą, czyli stanowisko Niemiec. Jeśli pozwolą one na tankowanie okrętów sowieckich, to możliwości Polski znacznie się zmniejszą.

Reasumując: możliwości Polski przeciwdziałania morskiej agresji były ograniczone i zależały od szeregu niezależnych czynników. Przede wszystkim od pomocy sojuszników zachodnich. Wbrew pozorom w grę wchodziła tu przede wszystkim Francja. Miała ona uzupełnić podstawowe braki w ciężkiej artylerii nadbrzeżnej, kluczowej do osłony portów. W okresie międzywojennym udało się skompletować zaledwie jedną baterię średnią (152 mm im. Heliodora Laskowskiego), która nie była w stanie zagrozić wrogim pancernikom. Czyniono pewne starania pozyskania armat ciężkich, ale nie przyniosły one efektów. Albo były to działa za drogie, albo chcieliśmy nowe, a nie używane, albo nie było kredytu.

Dalej: potrzebowaliśmy armat w celu przebudowy statków handlowych i pasażerskich na krążowniki pomocnicze, mające chronić żeglugę, co było powszechną praktyką w owym czasie. Niewielkie zapasy min i torped wymagały uzupełnienia. Obecność francuskich pancerników i krążowników sparaliżowałaby wrogie poczynania. Co więcej – połączone siły polsko-francuskie znalazłyby się pod operacyjnym dowództwem francuskim, co zwolniłoby polskie dowództwo floty od konieczności dowodzenia. Z samej analizy dostępnych sił i środków wynika, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem w wojnie z ZSRS było uszykowanie floty wokół Helu i postawienie defensywnych zapór minowych. Dalej – oczekiwanie na posiłki z Zachodu. W podejrzany sposób korespondują te ustalenia z planami wojny z Niemcami, czyli „Workiem” i „Rurką”.

 0

Więcej historii