Dwudziestolecie międzywojenneTen zamach wstrząsnął Warszawą. To była zemsta za mord na carskiej rodzinie

Ten zamach wstrząsnął Warszawą. To była zemsta za mord na carskiej rodzinie

Trumna z ciałem Piotra Wojkowa w poselstwie ZSRS w Warszawie, 9 czerwca 1927 r.
Trumna z ciałem Piotra Wojkowa w poselstwie ZSRS w Warszawie, 9 czerwca 1927 r. / Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dodano 7
W 1927 r. młody Rosjanin zastrzelił na dworcu w Warszawie sowieckiego posła, który miał na rękach krew rosyjskiej rodziny carskiej.

Jekaterynburg, 17 lipca 1918 r.

– Mikołaju Aleksandrowiczu, Uralski Komitet Wykonawczy postanowił was rozstrzelać – czekista Jakow Jurowski pospiesznie odczytał wyrok zapisany na zatłuszczonym, wymiętym kawałku kartki.

Cesarz, który siedział na krześle z synkiem Aleksym na kolanach, zbladł. Spojrzał niepewnie na zgromadzoną wokół niego rodzinę.

– Słucham, słucham? – zapytał.

Próbował się podnieść, ale w tym momencie do piwnicy wpadli czekający do tej pory na korytarzu oprawcy. Cesarz zrozumiał. W ostatnim desperackim geście próbował zasłonić siedzącą obok żonę. Jurowski wpakował bezbronnemu cesarzowi kulę prosto w pierś. Mikołaj z wyrazem przerażenia na twarzy zaczął osuwać się na brudne klepisko. Oprawca wymierzył wówczas drugi raz i z kilkudziesięciu centymetrów strzelił w głowę carewiczowi.

W piwnicy rozpętało się pandemonium. Pijani czekiści zaczęli jak szaleni strzelać w stronę rodziny cesarskiej i kilku osób ze służby. Dźgali ofiary bagnetami, tłukli kolbami, kopali, lżyli. Huk wystrzałów w niewielkim pomieszczeniu był tak ogłuszający, że zabójcom omal nie popękały bębenki w uszach. Najdłużej męczyły się cztery młode księżniczki – Olga, Tatiana, Maria i Anastazja. Ponieważ pod ubraniami miały pozaszywane klejnoty rodzinne, kule oprawców odbijały się od stojących pod ścianą przerażonych dziewcząt. Pokrwawionych, krzyczących, próbujących zasłonić głowy rękami. Czekiści dobili je bagnetami.

Również pierwszy strzał oddany do carewicza Aleksego nie okazał się śmiertelny. Jurewicz stanął ciężkim butem na szyi jęczącego, wijącego się na ziemi chłopca. Przystawił mu nagan do ucha i nacisnął spust. Ukochanego pieska carewicza czekiści w sadystycznym szale zatłukli kolbami.

Po kilku minutach niewielka piwnica przypominała przedsionek piekła. Na klepisku leżały ciała siedmiu członków cesarskiej rodziny i czworga wiernych do końca służących. Pomieszczenie wypełniały kłęby gryzącego dymu i smród prochu. Podłoga, ściany, a nawet sufit spryskane były krwią. Wówczas do środka wszedł niewysoki, ciemnowłosy mężczyzna w skórzanej kurtce. Obojętnie rozejrzał się po piwnicy i spytał:

– Zrobione?

Jurowski, zmęczony ciężką robotą kata, nie mogąc złapać tchu, skinął głową.

– Teraz musimy się tego pozbyć – powiedział przybyły i kopnął leżące najbliżej zwłoki.

Był to Piotr Łazariewicz Wojkow, młody bolszewicki komisarz, który zdążył już zasłynąć na Uralu z niebywałego okrucieństwa wobec „białogwardzistów” i chłopów. Tym ostatnim bezlitośnie rekwirował żywność i ziarno na zasiew, skazując ich na śmierć głodową. Był bezwzględnym fanatykiem ślepo wiernym partii.

Czytaj także:
Pożoga 1917. Zagłada polskich dworów

To właśnie on wybrał dom kpt. Ipatiewa w Jekaterynburgu na miejsce uwięzienia rodziny carskiej, a następnie zorganizował intrygę mającą skompromitować Romanowów. Otóż podszywając się pod białego oficera, szmuglował do Mikołaja i jego rodziny listy, w których obiecywał, że zorganizuje im ucieczkę.

Listy te oraz pełne nadziei odpowiedzi cesarskiej rodziny posłużyły Leninowi za pretekst i usprawiedliwienie wyroku śmierci na Mikołaja i jego bliskich. Wojkow w partii miał pseudonimy: Intelektualista i Chemik. Ten ostatni wziął się z tego, że zdążył liznąć nieco chemii. Dlatego wybrano go do odegrania ważnej roli w egzekucji Romanowów. Zniszczenia ich ciał.

Wojkow w tym celu zarekwirował z miejscowej apteki 400 funtów kwasu siarkowego, a z przydziałów Armii Czerwonej wyfasował 150 galonów benzyny. Miał również sporą ilość wapna.

Przed zakopaniem część ciał członków rodziny cesarskiej została przez Wojkowa zalana kwasem, a inne oblane paliwem i spalone. Twarze trupów na jego rozkaz zmasakrowano kolbami karabinów, a szczątki carewicza i jednej z sióstr poćwiartowano łopatami. Dwa doły, do których wrzucono ciała, Wojkow zalał wapnem.

Po zakończeniu makabrycznej procedury młody komisarz otarł rękawem pot z czoła i powiedział:

– Teraz świat nigdy się nie dowie, co z nimi zrobiliśmy.

Warszawa, 7 czerwca 1927 r.

Piotr Wojkow niczym nie przypominał już tego wychudzonego bolszewika z płonącymi oczami z czasów wielkich, krwawych dni rewolucji. Zamiast skórzanej kurtki i wojskowych butów nosił teraz drogie garnitury i wypastowane lakierki. Miał brzuszek, na czaszce pojawiły się lekkie zakola.

Wojkow był teraz dyplomatą. Mieszkał w Warszawie, gdzie pełnił funkcję posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego Związku Sowieckiego. Jako przedstawiciel czerwonego mocarstwa brylował na salonach, jadał w najlepszych restauracjach, sypiał z pięknymi aktorkami. Po mieście jeździł w limuzynie. Stał się członkiem nowej sowieckiej elity – partyjnej nomenklatury.

Ten dzień nie zapowiadał żadnych większych sensacji. Wojkow zaczął go od rutynowego wyjazdu na Dworzec Główny, gdzie – w towarzystwie drugiego urzędnika poselstwa – miał powitać wracającego z Londynu sowieckiego dyplomatę Arkadija Rosenholza. Nawiasem mówiąc, Rosenholz został z Londynu z hukiem wyrzucony za szpiegostwo.

Sowiecki dyplomata w Warszawie miał przesiadkę, pociąg do Moskwy odjeżdżał o godz. 9.55. Gdy Wojkow i Rosenholz stali przy schodach wagonu sypialnego, podszedł do nich młody mężczyzna. Doszło do krótkiej wymiany zdań po rosyjsku, po czym w rękach nieznajomego pojawił się rewolwer.

– Giń za Rosję! – krzyk napastnika zlał się z hukiem wystrzału.

Wojkow, wydawszy zwierzęcy kwik, próbował uciekać. Młody człowiek zaczął strzelać w ślad za nim. Dyplomata, widząc, że nie ma szans na ucieczkę, po kilku krokach zatrzymał się i odwrócił. W jego dłoni błysnęła lufa pistoletu.

Rozpoczęła się strzelanina, która przypominała pojedynek na Dzikim Zachodzie. Mężczyźni stali naprzeciw siebie i strzelali. Po chwili Wojkow zachwiał się i runął – wprost w ramiona nadbiegającego polskiego policjanta.

Napastnik, który nie został nawet draśnięty, uniósł rewolwer nad głowę i zaczął powoli wycofywać się z peronu. Wtedy doskoczyło do niego dwóch funkcjonariuszy policji. Nie stawiał oporu. Oddał broń.

– Nazywam się Borys Kowerda – powiedział. – Zrobiłem to, aby pomścić Rosję i miliony zamordowanych ludzi.

Na dworzec natychmiast wezwana została karetka pogotowia, która zawiozła Wojkowa do warszawskiego Szpitala Dzieciątka Jezus. Nie było już jednak ratunku. Sowiecki dyplomata skonał o godz. 10.40.

Sekcja zwłok dokonana przez wybitnego specjalistę medycyny sądowej prof. Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego wykazała, że denat miał dwie rany postrzałowe.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2017
Artykuł został opublikowany w 3/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 7
  • qwert IP
    Borys Kowerda był bardzo porządnym człowiekiem wielki szacunek za to że zastrzelił tą bolszewicką bestie.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • taka prawda IP
      To pisze banderowska swołocz, potomkowie leśnych polskich bandytów z NSZ, polskich szmalcowników, morderców z Jedwabnego palących żywcem Żydów w stodolach i funkcjonariusze faszystowskiego IPN więc niewiele w tych tekstach prawdy.
      Dodaj odpowiedź 1 6
        Odpowiedzi: 0
      • stary IP
        Zbrodniarza dosięgła sprawiedliwość .Niestety ,wielu ciemny suweren czcił jak dobrodziejów.
        Dodaj odpowiedź 8 1
          Odpowiedzi: 0
        • tak z ciekawości IP
          Skąd u polskich prawicowców taka miłość do cara jako władca absolutny odpowiadał za masakry robotników, pogromy, rusyfikacje, terror państwowy, czy to tradycja polskich konserwatywnych lojalistów ślących wiernopoddańcze listy do zaborców monarchów
          Dodaj odpowiedź 9 27
            Odpowiedzi: 3