Ani kroku w tył!

Spotkanie żołnierzy Wehrmachtu i Armii Czerwonej 20 września 1939 roku
Spotkanie żołnierzy Wehrmachtu i Armii Czerwonej 20 września 1939 roku / Źródło: Wikimedia Commons / Bundesarchiv
Dodano 4
W Armii Czerwonej działały oddziały zaporowe, które strzelały w plecy cofającym się żołnierzom. Ich członkowie mogli zabić nawet milion rodaków.

„Atakujące fale Rosjan wylewają się z zagłębienia terenu. Człowiek przy człowieku. Wszyscy z głośnym okrzykiem: Urrraa! – relacjonował pewien niemiecki oficer Horst Slesina. – Nasze karabiny maszynowe koszą ich jak zboże, a ogień moździerzy wyrywa ogromne dziury w szeregach. Po prostu nie da się chybić! Przewracają się jak kręgle, całymi setkami, dopóki ściana ciał nie formuje się na przedpolu między nami a kolejną falą atakujących. Kolejne rzędy zaczynają czmychać do tyłu. Wtedy gdzieś za nimi zaczynają trzeszczeć karabiny maszynowe i ładują długie serie w plecy tej masy, kosząc własnych ludzi! To jest jakieś dantejskie piekło! Politrucy zasiedli z tyłu razem ze swoimi oddziałami zaporowymi i strzelają jak szaleni do cofających się tłumów. Ostatnia desperacka metoda tych bestii! Śmierć przed nimi i śmierć za nimi – umęczona masa ludzi zawraca na oślep, w szaleńczym biegu gna w naszą stronę. I znowu steki z nich padają”.

Opis ten, choć sporządzono go na potrzeby wojennej propagandy, niewiele odbiegał od rzeczywistości. Sowieckie oddziały zaporowe posuwające się za regularnymi jednostkami Armii Czerwonej dokonały zbrodni na masową skalę. Ich członkowie – funkcjonariusze NKWD i Smiersza – bez zmrużenia oka strzelali w plecy własnym żołnierzom. Czerwonoarmista, który cofnął się w obliczu wroga lub nie dość gorliwie szedł do ataku, uznawany był bowiem za „zdrajcę ojczyzny”. I zasługiwał na śmierć. A to, że ataki te były prowadzone w sposób dyletancki, z całkowitą pogardą dla życia własnych żołnierzy, nie miało żadnego znaczenia.

Historycy wojskowości spierają się o przyczyny zwycięstwa Związku Sowieckiego nad III Rzeszą. Jedni wskazują na błędy niemieckiego dowództwa, inni na wielkie rosyjskie przestrzenie i srogą zimę. Jeszcze inni wynoszą pod niebiosa geniusz strategiczny Stalina i jego marszałków. Zdaniem piszącego te słowa przyczyny sowieckiego triumfu były inne.

Po pierwsze, głupota Hitlera. W pierwszych miesiącach kampanii na stronę Niemców przeszły 4 mln żołnierzy Armii Czerwonej. Członkowie narodów ujarzmionych przez Związek Sowiecki nie mieli najmniejszej ochoty walczyć za znienawidzonych czerwonych komisarzy. Żołnierze Wehrmachtu byli witani jak wyzwoliciele. Gdyby Niemcy wykorzystali ten antykomunistyczny entuzjazm, obaliliby reżim Stalina w kilka miesięcy. Hitler był jednak wierny swojej idiotycznej rasistowskiej ideologii. Zamiast wyzwalać narody słowiańskie spod czerwonego jarzma, wprowadził na Wschodzie brutalny reżim okupacyjny. A sowieckich żołnierzy, którzy poddali się Niemcom, zagłodził w straszliwych obozach jenieckich. W efekcie Armia Czerwona zaczęła stawiać opór, a wreszcie przeszła do kontrofensywy.

  • Po drugie, pomoc Anglosasów. Stalin nie byłby w stanie pokonać Niemców bez amerykańskich i brytyjskich dostaw w ramach układu lend-lease. Sowieci dojechali do Berlina w jeepach i ciężarówkach marki Dodge. W brzuchach mieli brytyjskie konserwy, a na nogach amerykańskie buty. W ten sposób Londyn i Waszyngton uratował komunistyczny reżim.
  • Po trzecie, bezwzględny terror, za pomocą którego bolszewicki reżim wprowadził dyscyplinę w szeregach Armii Czerwonej. W ten sposób zmusił żołnierzy do walki, którzy woleli stanąć twarzą twarz z Niemcami, niż wpaść w łapska oficerów NKWD. W starciu z tymi pierwszymi zawsze istniała bowiem szansa na przeżycie. W zetknięciu z drugimi szansy takiej nie było.
  • O tej ostatniej sprawie opowiada wstrząsająca książka Władimira Dajnesa „Bataliony karne i oddziały zaporowe Armii Czerwonej” (Bellona). „Według danych komisji rehabilitacyjnych ofiar represji politycznych – pisze autor – w rezultacie działań oddziałów zaporowych i pododdziałów Smiersza zginęło około miliona żołnierzy i dowódców Armii Czerwonej”. Nawet jak na warunki Związku Sowieckiego, gdzie komuniści przelali morze ludzkiej krwi, jest to liczba szokująca.

Rozkaz Trockiego

Ojcem sowieckich oddziałów zaporowych był Lew Dawidowicz Trocki, a wszystko zaczęło się jeszcze w trakcie wojny domowej w latach 1917–1921. Sowieccy przywódcy szybko się zorientowali, że Armia Czerwona jest wojskiem tylko z nazwy. Formacja ta przypominała raczej luźne łupieżcze hordy, które chętnie gwałciły i rabowały, a pierzchały w obliczu nieprzyjaciela. Nawet jeżeli dysponowały przewagą liczebną.

Żołnierze byli rozwydrzeni rewolucją – nie uznawali szarż wojskowych, nie słuchali rozkazów, przed pójściem do ataku zwoływali wiece. Utrzymanie tego stanu rzeczy stawiało pod poważnym znakiem zapytania powodzenie rewolucji. Dlatego już w 1917 r. Włodzimierz Lenin wprowadził w wojsku karę śmierci. Komisarze polityczni, politrucy, zaufani marynarze i komuniści mieli „przy użyciu wszelkich środków” zaprowadzić ład w szeregach.

„Nie można budować armii bez represji – mówił Trocki. – Nie można prowadzić mas ludzkich na śmierć, nie mając w arsenale dowództwa kary śmierci. Do czasu, dopóki dumne ze swojej techniki, złe bezogoniaste małpy, zwane ludźmi, będą budować armie i walczyć, dowództwo będzie stawiać żołnierzy między możliwością śmierci z przodu i nieuniknioną śmiercią za plecami. Carska armia rozpadła się z powodu braku represji”.

Już w 1919 r. Trocki osobiście wprowadził w wojsku odpowiedzialność zbiorową. Gdy podczas walki o Swijażsk 2. Pułk Piotrogrodzki wycofał się pod naporem białych, Trocki w odwecie rozkazał rozstrzelać co 10. żołnierza tej jednostki. Zadaniem utworzonych wówczas oddziałów zaporowych były zaś: zatrzymywanie żołnierzy próbujących opuścić pole bitwy – także przy użyciu broni palnej – oraz wyłapywanie na tyłach uciekinierów. Masowa dezercja stała się bowiem plagą Armii Czerwonej.

W wydanym 24 listopada 1919 r. rozkazie numer 65 Trocki pisał:

Każdy łajdak, który będzie podburzać do odwrotu, dezercji, niewykonania rozkazu bojowego, będzie rozstrzelany.
Każdy żołnierz Armii Czerwonej, który samowolnie opuści stanowisko bojowe, będzie rozstrzelany.
Każdy żołnierz, który porzuci karabin lub sprzeda część umundurowania, będzie rozstrzelany.

W całym przyfrontowym pasie rozmieszczone są oddziały zaporowe do wyłapywania dezerterów. Każdy żołnierz, który spróbuje stawić tym oddziałom opór, powinien być rozstrzelany na miejscu.
Za ukrywanie dezerterów sprawcy podlegają rozstrzelaniu”.

Rozkaz ten został natychmiast wcielony w życie, czerwony terror zatoczył nowe koło. Teraz nie mordowano już tylko burżujów, szlachciców, kontrrewolucjonistów i niepokornych chłopów. Rozpoczęły się masowe mordy nieszczęśników wcielonych do Armii Czerwonej. Zgodnie z dyrektywą Trockiego bezwzględne represje spadły także na rodziny „dezerterów”. Miał to być dodatkowy „bodziec” skłaniający żołnierzy do posłuszeństwa komisarzom.

Oddziały zaporowe zostały użyte również do pacyfikowania ludność cywilnej na terenach sprzyjających białym. Do masakr takich doszło m.in. w marcu 1919 r. na terenie kozackich stanic nad Donem. A następnie w guberni tambowskiej, gdzie wybuchło powstanie rosyjskich chłopów. To członkowie oddziałów zaporowych utopili we krwi bunt marynarzy w Kronsztadzie.

Formacje te operowały również na froncie polskim. Swoje zbrodnicze działania zintensyfikowały wiosną 1920 r., gdy Józef Piłsudski wyruszył na wyprawę kijowską i sowieckie dywizje okupujące Ukrainę zaczęły się rozłazić. „Uciekający maruder musi natknąć się na rewolwer lub nadziać się na bagnet – pisał Trocki w rozkazie do Frontu Południowo-Zachodniego. – Na czele oddziałów zaporowych powinni stać dowódcy o twardej woli i odwadze”.

Wszystko to było jednak tylko przygrywką do II wojny światowej, podczas której sowiecka bezpieka „znakomicie” wykorzystała doświadczenia z wojny domowej. To właśnie w latach 1939–1944 oddziały zaporowe zapisały swoją najbardziej przerażającą kartę.

Kozły ofiarne

Podczas agresji 17 września 1939 r. oddziały zaporowe nie miały wiele do roboty. Wojsko Polskie, wykonując kuriozalny rozkaz marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza: „Z bolszewikami nie walczyć”, nie stawiło większego oporu Armii Czerwonej. Formacje te postępowały natomiast za plecami sowieckich żołnierzy podczas batalii z Japończykami nad jeziorem Chasan (1938) i nad jeziorem Chałchin-Goł (1939). A także podczas najazdu na Finlandię w latach 1939–1940. Symbolem tej ostatniej wojny stał się następujący obraz: masy przerażonych sowieckich sołdatów pędzone są przez oddziały zaporowe NKWD prosto pod karabiny maszynowe bohaterskich żołnierzy marszałka Carla Mannerheima. Straty Armii Czerwonej w tej kampanii były kolosalne.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2016
Artykuł został opublikowany w 1/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 4
  • Jechwoparch IP
    DRBILU! To była słuszna decyzja po tym jak twój idol prawacki Adolf wprowadził totalną wojnę,chodziło o byt biologiczny narodu. A milion to cie Debilu w ryj wyj*bało
    Dodaj odpowiedź 1 7
      Odpowiedzi: 0
    • ggggg IP
      A teraz hasłem „Ani kroku w tył!” chętnie posługują się betoniaści prawacy. Przypadek?
      Dodaj odpowiedź 2 8
        Odpowiedzi: 0
      • Szwejk XXI IP
        W notce brakuje informacji o atakach indywidualnych lub  zbiorowych na odziały zaporowe.
        Moim zdaniem determinantami dalszego rozwoju wypadków było: strategiczny błąd cesarstwa Japonii a być może to, że atak nastąpił 22.06 a nie na przykład 02.05. Te półtora miesiąca w znacznym stopniu zdecydowały o miejscu w którym jesteśmy.
        Dodaj odpowiedź 7 2
          Odpowiedzi: 0
        • Szacki IP
          To, plus zbrodnie niemieckie na jeńcach rosyjskich sprawiły, że nieszczęśni szeregowi czerwonoarmiści musieli walczyć za ludzi i ideologię, których nienawidzili.
          Dodaj odpowiedź 10 0
            Odpowiedzi: 0

          Więcej historii