Miesięcznik „Historia Do Rzeczy”Pierwsza masakra III RP. Za kratami działy się horrendalne sceny

Pierwsza masakra III RP. Za kratami działy się horrendalne sceny

Zakład karny Kraków-Nowa Huta
Zakład karny Kraków-Nowa Huta / Źródło: Wikipedia / Zygmunt Put
Dodano
Tysiące skazanych przepędziły strażników i przejęły kontrolę nad zakładami karnymi.

Rozkład komunistycznego państwa w najbardziej drastycznej formie objawił się w więzieniach. Kryminaliści wciskają głowę mężczyzny między rozchylone wcześniej pręty metalowego łóżka. Gdy głowa jest już na miejscu, zaciskają je ponownie, tak aby więzień nie mógł wydostać się z uścisku. Następnie podpalają całe pomieszczenie. Dla mężczyzny nie ma już ucieczki, nie może też popełnić samobójstwa. Płonie żywcem. W Polsce, w 1989 r., „Co może się tak w celi palić? – pyta funkcjonariusz Służby Więziennej w filmie »Był bunt« Małgorzaty Kozery. – Przecież tam są tylko metalowe łóżka, podłogi były z parkietu. Później się dowiedziałem, co się tak paliło. Pasta do butów i materace. I człowiek”.

W grudniu 1989 r. osadzeni w Goleniowie zbuntowali się i przejęli władzę nad więzieniem. Gdy okazało się, że nie uda im się łatwo uciec, zaczęli rozliczać się z najbardziej znienawidzonymi współwięźniami. Człowiek, którego spalili żywcem, został uznany za donosiciela. Jego zwęglone ciało odnaleziono dopiero po zakończeniu buntu. Pożar zniszczył ślady, ale można się domyślać, że przed śmiercią był torturowany.

Rozkład komunistycznego państwa w 1989 r. nie wszędzie przebiegał bezkrwawo, najbardziej drastyczną formę przybrał w więzieniach. Ludzie ginęli oraz odnosili rany od kul i w samosądach organizowanych przez współwięźniów. W największym w historii Polski buncie w więzieniach wzięły udział tysiące osadzonych. Opanowali oni całe zakłady karne i areszty, zmuszając Służbę Więzienną do ucieczki. Kolejne kilkadziesiąt tysięcy skazanych wybrało inne, mniej drastyczne formy protestu.

Święta amnestia

W czasie transformacji ustrojowej więźniowie mieli wrażenie, że wszyscy o nich zapomnieli i zignorowali ich sytuację. A ta była nie do pozazdroszczenia. Trudno wyobrazić sobie gorszą pozycję niż więzień w totalitarnym państwie. Władza strażników była całkowita, a przyzwolenie na stosowanie przemocy było oczywistością. Skazani po przekroczeniu murów placówki stawali się w praktyce pozbawionymi praw niewolnikami. Dwa tygodnie „twardego łoża” – spania na deskach w zimnej piwnicy – można było dostać pod każdym pretekstem. Więźniów karano przeniesieniem do izolatki, zmniejszeniem racji żywnościowych. Tych, którzy sprzeciwiali się strażnikom, bito i spinano pasami, pozostawiając skrępowanych. Wszystkich, niezależnie od sprawowania, obowiązywał też przepis zakazujący kładzenia się na łóżku w ciągu dnia, a blendy w więziennych oknach zasłaniały widok na świat za murami.

Czytaj także:
Zabijał, gdy żona rodziła. Ostatnie egzekucje w PRL

W takich warunkach nie mogło być mowy o żadnej rzeczywistej resocjalizacji. O ile społeczeństwo i świat przejmowały się losem więźniów politycznych, o tyle pozostali osadzeni nie mogli liczyć na takie współczucie. Świat nie upominał się o ich prawa.

Wielu z nich – morderców i gwałcicieli – trudno współczuć, jednak wśród zamkniętych w zakładach karnych byli również drobni przestępcy, a niekiedy przecież ludzie niewinni. Po zaostrzeniu prawa karnego w 1985 r. więzienia wypełniły się recydywistami, czyli ludźmi, którzy ponownie popełnili przestępstwo. Mordercy odsiadywali długie wyroki i – co oczywiste – nie łamali w tym czasie prawa na wolności, nowa ustawa uderzyła więc w sprawców najłagodniejszych przestępstw. Wystarczyło dopuścić się dwóch drobnych kradzieży, oszustw lub podpaść milicji, aby trafić za kratki. Należy też pamiętać, że przestępstwem karanym pozbawieniem wolności było również unikanie służby wojskowej. System sprawiedliwości działał tak jak wszystko w komunizmie, osadzeni mieli więc pretensje o nieuczciwe procesy i wyroki. W dodatku pozycja drobnych przestępców w świecie więźniów była raczej marna. Odbywanie kary było dla nich szczególnie uciążliwe.

Ważnym punktem każdego dnia w więzieniu był moment, w którym do skazanych docierały nowe informacje z mediów. Gdy dostarczano gazetę, osadzeni wertowali kolejne strony w poszukiwaniu jednej informacji – czy będzie amnestia. A ta była „rozdawana” przez władze komunistyczne dość hojnie. W ten sposób władze ludowe bohatersko rozwiązywały problem przepełnienia więzień, który same wcześniej stworzyły, uchwalając drakońskie prawo. Mimo że amnestią objęci byli zwykli więźniowie polityczni oraz dotyczyła ona łamania nakazów wprowadzonych w czasie stanu wojennego, nie przeszkadzało to „zwykłym” przestępcom oczekiwać, że tym razem obejmie ona również ich.

Oczekiwanie to okazało się szczególnie silne w czerwcu 1989 r. po częściowo wolnych wyborach wygranych przez opozycję. Osadzeni spodziewali się, że opozycjoniści, którzy teraz przejęli władzę, a w PRL wielu z nich spędziło za kratami nawet po kilka lat, dopominając się przy tym o prawa więźniów, teraz ogłoszą wielką amnestię, wypuszczając ich z więzienia. Domagano się weryfikacji nieuczciwych – zdaniem skazanych – wyroków. W całej Polsce narastała fala protestów.

Czytaj także:
Komu najbardziej zaszkodził „Bolek”. Wstrząsające kulisy powstawania donosów

24 września, miesiąc po powołaniu rządu Mazowieckiego, w Olsztynie zbuntowani więźniowie przejęli kontrolę nad aresztem śledczym. Dostali się na dach budynku i zaczęli wykrzykiwać w stronę ludzi zgromadzonych na przystanku, że domagają się sprawiedliwości. Udało im się zwrócić na siebie uwagę, ale o ucieczce nie mogło być mowy. W nocy opuścili więc dach i wrócili do cel, wcześniej zdemolowali jednak budynek. Nie doczekali się ani weryfikacji wyroków, ani amnestii dla wszystkich. W innych zakładach penitencjarnych dochodziło do łagodniejszych form protestu – głównie odmawiania pracy i głodówek.

Są już trupy!

7 grudnia „Teleexpress” podał informację o tym, że zgodnie z decyzją Sejmu amnestia nie obejmie recydywistów. Ustawa zamieniała za to zasądzone już kary śmierci na 25 lat więzienia. W Kodeksie karnym nie było wówczas dożywocia, był to więc najwyższy wymiar kary. W konsekwencji po latach na wolność mieli wyjść m.in. seryjni mordercy pedofile, tacy jak Mariusz Trynkiewicz. Nie przewidziano za to złagodzenia kary dla ludzi, którzy zostali skazani dwukrotnie za drobne przestępstwa. Wywołało to furię w zakładach karnych i aresztach w całej Polsce.

Amnestia miała zmienić napiętą sytuację w jednostkach penitencjarnych, która narastała od wyborów. W niektórych miejscach faktyczną władzę już kilka miesięcy wcześniej przejęły komitety więźniów. Po dekadach maltretowania i poniżania skazani liczyli na wyzwolenie lub przynajmniej poprawę sytuacji.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2018
Artykuł został opublikowany w 3/2018 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0