Miesięcznik „Historia Do Rzeczy”Klątwa Sydonii von Borck. Tajemnica zagłady dynastii Gryfitów

Klątwa Sydonii von Borck. Tajemnica zagłady dynastii Gryfitów

Sidonia von Borck
Sidonia von Borck
Dodano 5
Piękna pomorska szlachcianka została uwiedziona przez jednego z książąt z dynastii Gryfitów, który obiecał jej małżeństwo. Nie dotrzymał jednak słowa i poślubił inną dziewczynę, ze znacznie możniejszego rodu. W tej sytuacji Sydonia miała rzucić na jego ród klątwę, która spowodowała wymarcie pomorskiej dynastii.

Naukowcy wprawdzie nie zaprzeczają, że miała romans z ks. Ernestem Ludwikiem, ale podają w wątpliwość skuteczność anatemy szlachcianki. Fakty są jednak zastanawiające, bo chociaż Sydonia została stracona, Gryfici wymarli w przewidzianym przez nią terminie…

Rodzina Borków

Sydonia von Borck pochodziła z jednego z najświetniejszych rodów Pomorza Zachodniego. Dzieje Borków sięgają końca XII stulecia; wtedy to właśnie w dokumentach występuje niejaki Borko uważany za protoplastę rodu. Jego potomkowie mieli majątki w okolicach Kołobrzegu, z czasem jednak główną ich siedzibą stały się Strzmiele w dzisiejszym powiecie łobeskim (od miasta Łobez). Rodzina, podobnie jak cała szlachta zachodniopomorska, przez pokolenia uległa germanizacji, stąd też wzięło się von przed nazwiskiem.

Do czasów Sydonii najbardziej znanym członkiem rodu był Matzko (Maćko) von Borck, żyjący u schyłku XIV stulecia. Był to typowy przedstawiciel epoki: dzielny rycerz, zdolny dyplomata i sprytny rabuś. Miał na koncie zarówno misję dyplomatyczną do króla Eryka Pomorskiego, jak i porwania dla okupu. Inna sprawa, że specjalizował się raczej w napadach na szlachetnie urodzonych przedstawicieli zachodnioeuropejskich rodów zmierzających do Malborka, co raczej wzbudza sympatię do jego osoby. Rozbójnicza działalność rycerza sprowokowała zresztą interwencję Krzyżaków, którzy spalili rodową siedzibę w Strzmielach.

Prawnukiem Maćka był ojciec Sydonii, Otto von Borck. Po swoim przodku odziedziczył niechęć do obcego rycerstwa osiedlającego się na Pomorzu, ze szczególnym uwzględnieniem przybyszów z Brandenburgii. Miało to podtekst polityczny, gdyż elektorzy z dynastii Hohenzollernów od pokoleń usiłowali podporządkować sobie Pomorze Zachodnie. Gryfici byli lennikami cesarza, ale na mocy dawnych traktatów w przypadku wygaśnięcia dynastii władza nad Bałtykiem miała przejść w ręce Brandenburczyków.

Czytaj także:
Polacy na krucjatach. Zapomniana epopeja naszych obrońców wiary

Otto miał czworo dzieci – trzy córki i syna. Najmłodszą z rodzeństwa była Sydonia, urodzona pomiędzy 1540 a 1550 r., dokładnej daty jej przyjścia na świat nie jesteśmy w stanie ustalić.

Gryfici zaś byli słowiańską dynastią panującą na Pomorzu Zachodnim od niepamiętnych czasów. Chociaż wielokrotnie powinowacili się z Piastami, ich państwo nie znalazło się w granicach zjednoczonej po rozbiciu dzielnicowym Polski. Związani politycznie i kulturowo z krajami niemieckimi, ulegli germanizacji, ale jeszcze przez wiele pokoleń znajomość języka polskiego nie była wyjątkiem wśród przedstawicieli rodziny.

Pomorze Zachodnie nie stanowiło monolitu, rozrodzona dynastia wielokrotnie dzieliła pomiędzy siebie jego terytorium. Zjednoczył je dopiero Bogusław X, najwybitniejszy przedstawiciel rodu i gorący orędownik bliskiej współpracy z Polską (poślubił córkę Kazimierza Jagiellończyka). To właśnie jego potomkowie mieli panować na Pomorzu przez jeszcze ponad sto lat i bliska znajomość z jego prawnukiem miała okazać się fatalna w skutkach dla naszej bohaterki.

W chwili narodzin Sydonii nic nie zapowiadało katastrofy rządzącej dynastii. Żył jeszcze młodszy syn Bogusława X, Barnim IX Stary, który współrządził wraz z bratankiem (wnukiem Bogusława), Filipem I. Młodszy książę nie narzekał na brak dzieci, doczekał się aż dziesięciorga potomków, w tym siedmiu synów. Wprawdzie dwóch chłopców zmarło w dzieciństwie, ale pozostali cieszyli się dobrym zdrowiem i byli przyszłością pomorskiej dynastii.

Czytaj także:
Rewanż za potop. Polscy jeźdźcy apokalipsy

Częste podziały dynastyczne spowodowały, że Gryfici nie mieli jednej stolicy. Zmienne warunki polityczne (zdarzało się, że książęta losowali co kilka lat pomiędzy sobą poszczególne dzielnice!), zagrożenie zewnętrzne oraz klęski żywiołowe spowodowały, że rezydowali w różnych miastach. Jednym z najważniejszych była Wołogoszcz (Wolgast), stolica księcia Filipa I (Barnim Stary przebywał najczęściej w Szczecinie). Właśnie na dwór w Wołogoszczy trafiła nastoletnia Sydonia i tam poznała syna księcia Filipa, Ernesta Ludwika.

Fatalny romans

Był on jej rówieśnikiem, człowiekiem dobrze wykształconym (studiował w Greifswaldzie, Wittenberdze oraz Paryżu) i obytym w świecie (podróżował do Niemiec, Francji i Anglii). Uchodził za jednego z najbardziej inteligentnych książąt Rzeszy Niemieckiej, a do tego był jeszcze wyjątkowo urodziwy. W pełni potwierdza to zachowany portret; wprawdzie pochodzi on z okresu, gdy książę był już w średnim wieku, ale nawet wówczas mógł jeszcze uchodzić za bardzo przystojnego mężczyznę. Poza tym należał do panującej dynastii, a jak wiadomo, władza zawsze była najsilniejszym afrodyzjakiem.

Sydonia także nie mogła narzekać na brak urody. Zwróciła nawet uwagę słynnego Lucasa Cranacha Młodszego podczas jego pobytu na dworze w Wołogoszczy. Artysta zaproponował jej sesję portretową, nie ukrywając przy tym poważnych zamiarów. Piękna szlachcianka pozostała jednak obojętna na awanse malarza, gdyż jej serce zdobył Ernest Ludwik.

Był to gwałtowny romans, a książę obiecał wybrance małżeństwo. Wprawdzie byłby to mezalians, ale europejskie dwory widziały już wiele takich związków. Z własnymi poddanymi dwa razy żenił się Władysław Jagiełło, mieszczkę z czeskiej Pragi poślubił Kazimierz Wielki, mezalianse zdarzały się wśród niemieckich książąt, a nawet w dynastiach cesarskich. Własne poddane czterokrotnie poślubiał Henryk VIII Tudor (i dwie z nich kazał skrócić o głowę), a całkiem niedawno Rzeczpospolitą wstrząsnął skandal związany ze ślubem Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Gryfici byli mniej znaczącym rodem niż Piastowie czy Jagiellonowie, zatem wydawać się mogło, że obietnice Ernesta Ludwika będą miały pokrycie w rzeczywistości.

Niestety, pomorski książę nie był odpowiednio zdeterminowany, a może po prostu nie kochał tak bardzo jak Zygmunt August. Gdy zaprotestowała rodzina, ugiął się pod jej żądaniami i zrezygnował z małżeństwa. Urażona Sydonia natychmiast opuściła dwór w Wołogoszczy, a kiedy Ernest poślubił księżniczkę brunszwicką, miała przekląć niewiernego kochanka i jego bliskich. Podobno stwierdziła, że „nie minie 50 lat, a ród Gryfitów wyginie”. Jeżeli była to prawda, to niewiele się pomyliła….

Spory i procesy

Sydonia osiadła w Strzmielach, a gdy zmarł jej ojciec, wraz z siostrą Dorotą znalazła się pod opieką starszego brata, Ulricha. Ich wzajemne stosunki układały się fatalnie, rodzeństwo ciągle się kłóciło o pieniądze. Wreszcie doszło do ugody i w zamian za zrzeczenie się praw do spadku po ojcu Ulrich miał wypłacać siostrom roczną rentę i zapewnić im utrzymanie. Niestety, gdy we wrześniu 1569 r. się ożenił, ugoda stanęła pod znakiem zapytania. Sydonia i Dorota nie mogły dojść do porozumienia z bratową i opuściły rodzinną posiadłość. Od tej pory życie panien von Borck miały wypełniać ciągłe procesy sądowe z bratem o spadek, a Sydonia nigdy miała nie zapomnieć bratu wyrządzonej krzywdy.

Nie wyszła też za mąż, podobno odrzuciła ponad 15 kandydatów do swojej ręki. Najwyraźniej szlachta pomorska nie uważała romansu z księciem Ernestem za coś uwłaczającego, inna sprawa, że prawa majątkowe do rodzinnych posiadłości też miały znaczenie. Sydonia jednak uparcie trwała w staropanieństwie i z coraz większą zajadłością angażowała się w spory sądowe. Nie ograniczała się wyłącznie do procesów z bratem, można wręcz odnieść wrażenie, że kompensowała sobie w ten sposób zawiedzioną miłość do księcia Ernesta.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2017
Artykuł został opublikowany w 6/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 5
  • histor IP
    "W całej Europie płonęły stosy, katolicy i protestanci walczyli z diabłem i służącymi mu kobietami." -- To zdanie świadczy o zupełnej ignorancji w tej sprawie.

    Stosy rzeczywiście w tym czasie płonęły, ale w krajach PROTESTANCKICH, bo był to okres największych szaleństw i obłędu rewolucji protestanckiej. W krajach katolickich prawie tego nie było. Dzieło "Młot na czarownice" napisał protestant. Zresztą aż do końca 19w protestanci zabijali "czarownice".

    Także wymienianie katolików, tym bardziej przed protestantami, jest wyrazem ignorancji, albo w przeciwnym przypadku złej woli.
    Dodaj odpowiedź 41 6
      Odpowiedzi: 3