Historia współczesnaW poszukiwaniu zaginionych stalowych bestii. „Można ich jeszcze sporo znaleźć”

W poszukiwaniu zaginionych stalowych bestii. „Można ich jeszcze sporo znaleźć”

Sowieckie czołgi T-34 w czasie akcji, 1942 r.
Sowieckie czołgi T-34 w czasie akcji, 1942 r. / Źródło: Wikipedia
Dodano
- Najważniejszy jest przekaz ludzki. Pamięć ludzka jest zawodna, ale ten czołg gdzieś tam żyje, jest umiejscowiony, co pozwala go później zlokalizować w terenie. Ludzie po latach często się mylą, rzeki zmieniają koryta. Jednak kiedy mamy świadka, który konkretnie wskazuje miejsce, to jest duże prawdopodobieństwo, że pojazd zostanie odnaleziony w tej lokalizacji - mówi w rozmowie z Superhistorią.pl ppłk Tomasz Ogrodniczuk, twórca i dyrektor Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu.

8 października października otwarło swoje podwoje Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu. Na 6 tys. m. kw. powierzchni, w czterech halach i pod zadaszeniem znalazło miejsce ponad 70 eksponatów. Są wśród nich prawdziwe rarytasy z okresu międzywojennego. M.in. polska konstrukcja - tankietka TKS czy używany przez WP czołg lekki Vickers. Znajdują się tu też jedyny na świecie w pełni zachowany egzemplarz niemieckiego działa szturmowego Sturmgeschütz IV i niemiecki transporter artyleryjski Sd. Kfz. 6. Oba wydobyte z koryt polskich rzek. Oprócz tego cała seria pojazdów produkcji radzieckiej. Muzeum posiada kolekcję pięciu czołgów T-34, w tym jedną z maszyn, która grała w serialu "Czterej pancerni i pies" z wyciętymi na kamery otworami w pancerzu.

Na dziale samobieżnym Su-76 z okresu II w. św., do dzisiaj można odczytać napis Zemsta za Katyń. Przez długi czas stanowił zagadkę, którą rozwiązał dopiero Instytut Pamięci Narodowej. Dlaczego napis znalazł się na maszynie? Tego można dowiedzieć się odwiedzając muzeum. Jest tu największy czołg, jaki kiedykolwiek pełnił służbę w Wojsku Polskim - ważący ponad 50 ton radziecki IS - 2 oraz specjalnie w tym celu wyremontowane czołgi T-54 i T-55, które zagrały w filmie Spielbegra "Most szpiegów". Na wieży jednego z nich można zobaczyć autograf reżysera. Jest też spora kolekcja czołgów amerykańskich. W muzeum zebrano nie tylko pojazdy pancerne, ale i opancerzone. Jest tu Ził 111 D, którym jeździli Gomułka i Gierek, ale i papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski w 1979 r. Jest też Toyota Landcruiser, której pancerz ochronił polskiego ambasadora w Iraku - gen. Pietrzyka, podczas zamachu w 2007 r. Zwiedzających wita zrekonstruowany pociąg pancerny z okresu Powstania Wielkopolskiego, z autentycznym wagonem pancernym z tamtych czasów.

Początki muzeum sięgają lat 60-tych XX w., kiedy to pracownicy Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu zaczęli gromadzić na jej terenie wycofywany z użytkowania sprzęt pancerny. Od 1997 r. opiekunem ekspozycji jest ppłk Tomasz Ogrodniczuk, który skierował ją na nowe tory. Zaczęto pozyskiwać nowe eksponaty, prowadząc również poszukiwania terenowe. Nawiązano kontakty z kolekcjonerami i firmami zajmującymi się rekonstrukcją historycznych pojazdów. Dawno nieużywane czołgi zaczęły jeździć i zaczęto je eksponować na imprezach historycznych. Dzięki uporowi i pasji kustosza i jego współpracowników kolekcja powiększyła się kilkukrotnie. W końcu udało się stworzyć ogólnodostępne Muzeum Broni Pancernej będące filią Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Jest to jedna z największych kolekcji broni pancernej w Europie, która ciągle się powiększa. Eksponowana jest teraz w nowoczesnej przestrzeni wystawowej zlokalizowanej na poznańskiej Ławicy.

- Grzegorz Janiszewski: Jaki jest najcenniejszy eksponat w muzeum?

Tomasz Ogrodniczuk: - Dla mnie zawsze najcenniejsze były zabytki polskiej broni pancernej, więc i obiektywnie i subiektywnie jest to tankietka TKS - najstarsza zachowana na świecie. Pochodzi z 1935 r. W listopadzie tamtego roku została przekazana na służbę w Wojsku Polskim. Brała udział w kampanii 1939 r. Potem Niemcy wywożą ją do Norwegii. Tam jest używana jako ciągnik artyleryjski. Po wojnie norweski rolnik otrzymuje tankietkę w ramach reparacji wojennych. Częściowo rozbiera i wykorzystuje jako ciągnik w swoim gospodarstwie. Najzwyczajniej orze nią swoje pole. Po wielu latach, w 2012 roku udaje się ściągnąć do Polski resztki tego pojazdu, czyli układ jezdny, gąsienice, resztki podwozia. W firmie mojego przyjaciela Artura Zysa z Pławiec zostaje przywrócony z niemałym trudem do życia. Dzisiaj jest to egzemplarz jeżdżący.

- Czy to jedyny egzemplarz w Polsce?

- Nie. Jest ich jeszcze kilka. Szczątki innego, który walczył w bitwie pod Mokrą w 1939 r. też są w naszym muzeum. Ta tankietka została wysadzona przez polskich saperów, żeby nie dostała się w ręce Niemców. Została odnaleziona w 2013 r. podczas budowy drogi. Był okres, kiedy nie było ich wcale, ale teraz są zarówno w kolekcjach prywatnych, jak i w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

- Co najbardziej przyciąga zwiedzających?

- Kiedy byłem jeszcze wykładowcą w szkole wojskowej, zawsze powtarzałem, że to nie słuchacze są dla mnie, tylko ja dla słuchaczy. Dlatego teraz też powtarzam moim pracownikom - najważniejsi są zwiedzający. Jeżeli oni nie będą zadowoleni, to my nie będziemy potrzebni. Chodzi o to, żeby zaciekawić i przyciągnąć widza. Z tego względu staramy się pokazać, jak to naprawdę było. Jak wyglądała służba czołgisty. Czołgi - zwłaszcza wcześniejsze modele - były bardzo ciasne i bardzo głośne. W środku śmierdziało paliwem, a jazda w terenie szybko przyprawiała o mdłości. Albo na przykład przeprawa czołgiem po dnie zbiornika wodnego. Wystawia się rurę, która doprowadza powietrze, a sam czołg jedzie po dnie. Najtrudniej całkowicie zanurzyć się pod wodę. Zawsze gdzieś tam przecieka, woda leje się za kołnierz. Gorzej, kiedy czołg ugrzęźnie na dnie. Wtedy trzeba się ewakuować, najpierw zalewając maszynę. Potem wypłynąć przez właz - przez zimną, mętną wodę - z aparatem ratowniczym w zębach. Czołgi rzadko potrafią pływać, ale i taki unikat - PT-76 mamy w swoich zbiorach. O tym opowiadają byli czołgiści, ludzie, którzy doświadczyli tego na własnej skórze.

Czytaj także

 0