Historia współczesnaNie nasze matki, nie nasi ojcowie

Nie nasze matki, nie nasi ojcowie

Dodano 25

Większość zarzutów dotyczy jednak mniej poważnych spraw. Niemcy skarżą się, że w polskiej szkole musieli powtarzać klasę z powodu różnic programowych, że rówieśnicy wyzywali ich od Szwabów, że Polacy udają pobożnych, a naprawdę są rozpustni i kradną. Jeden z bohaterów ma pretensję, że nie został w latach 90-tych zrehabilitowany przez polski sąd za próbę ucieczki do Niemiec, która według niego powinna zostać uznana za działalność niepodległościową.

Przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Mniejszości Niemieckiej w Zielonej Górze skarży się, że Polacy doprowadzili do ruiny grób niemieckiego kanclerza z l. 90-tych XIX w. Leo von Capriviego. Jego zasługi miały polegać na złagodzeniu dotychczasowej, nienawistnej wobec Polaków polityki Bismarcka. Caprivi rzeczywiście zmienił dotychczasową antypolską politykę władz, ale zrobił to ze względów czysto taktycznych (o czym zresztą nie wspomina się słowem w książce), aby pozyskać Polaków, a przede wszystkim polskich posłów w Reichstagu do poparcia mocarstwowych aspiracji Niemiec. Po dymisji kanclerza sytuacja szybko wróciła do polsko- niemieckiej „normy”, czyli wozu Drzymały i Dzieci Wrzesińskich. Trudno też użalać się nad losem obrońców tysiącletniej Rzeszy, bezlitośnie mordowanych przez nadchodzących Sowietów.

Najciekawsze są jednak losy owych Niemców, którzy zdołali w jakiś sposób pozostać w Polsce i doczekać powojennej stabilizacji. Wszystkim rozmówcom życie w Polsce jakoś się ułożyło. Nie gorzej przynajmniej niż ich polskim sąsiadom. Oprócz owych szkolnych docinków nie spotykały ich w dorosłym życiu żadne nieprzyjemności z powodu pochodzenia. Niektórzy zrobili w Polsce znaczące kariery zawodowe i społeczne. Jeżeli wyjeżdżali jako tzw. „późni przesiedleńcy”, to robili to przede wszystkim z oczywistych powodów materialnych. Jedna z bohaterek, która pozostała w Polsce potrafi nawet przyznać, że „kto ma tu lepiej niż ja?”.

Czytaj też:
Wrześniowe mordy. Te zbrodnie na Polakach burzą „mit czystego Wehrmachtu”

O czym jest więc ta książka? A raczej, jaki ma cel? Autor w zasadzie sam przyznaje, że dąży do uznania Polaków za – jak raczył kiedyś niefortunnie zauważyć były polski prezydent – „naród sprawców”. Problem w tym, że niezbyt mu to wychodzi. Żeby kogoś oskarżać, trzeba mieć silne dowody, a tych brak. Cała książka to po prostu historie kilkunastu osób, którym dotychczasowe życie zniszczyli Hitler i Stalin. Podobnie jak ich późniejszym polskim sąsiadom. I którzy musieli to życie odbudować. Jedna z bohaterek książki wprost wyznaje, że jest szczerze zdziwiona, że Polacy obchodzili się z Niemcami tak łagodnie, po tym, czego zaznali w czasie okupacji. Nie brakuje oczywiście dywagacji na temat „europejskości” Niemców i „zaściankowości” Polaków. Nie brakuje pytań o przynależność „Ziem Odzyskanych”. Nie brakuje też prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania. Na przykład jak ta podana przez jednego z bohaterów książki: „trzeba zostawić ludzi w spokoju, nie judzić, nie wmawiać, że Ślązak jest Polakiem albo go nie ma w ogóle”.

Jako jeden z niewielu chlubnych przykładów pokazano Polaka, który za otrzymane od polskich władz poniemieckie gospodarstwo zapłacił jego dawnym właścicielom. Czytając książkę wydaje się, że autor w pełni podziela słowa Churchilla wypowiedziane w Jałcie, że „Polacy nie powinni otrzymać na zachodzie więcej, niż zechcą i potrafią zagospodarować. Byłoby nieszczęściem tak przekarmić polską gęś niemieckim jadłem, żeby zdechła z niestrawności”

Wydaje się, że takie wnioski wynikają z przyjęcia przez autora dosyć naiwnej optyki, że w powojennej, wciąż kreowanej przez totalitaryzmy rzeczywistości Polacy (czy też Czesi, bo i o nich częściowo traktuje książka) powinni byli zawsze zachowywać się nie tylko moralnie i zgodnie z prawem, ale i podzielać niemiecki punkt widzenia na wzajemne stosunki.

Cóż począć na takie dictum? Po tym, kiedy padły pamiętne słowa „wybaczamy i prosimy o wybaczenie” licytowanie się na wzajemne krzywdy nie ma większego sensu. Nie warto też chyba wspominać, że Polska ze swoimi sprawcami wojennych i powojennych zbrodni rozliczyła się o wiele lepiej niż Niemcy ze swoimi. Zacząć dyskusję o odpowiedzialności Polaków? Podobna książka być może skłaniałaby do tego w latach 90-tych, kiedy po dekadach fałszowania historii przez władze PRL-u odkrywano nowe fakty, a Republika Federalna była polskim oknem na Europę.

Dzisiaj jednak owe niemieckie, pozbawione w większości podstaw albo i urojone pretensje i żale wydają się równie potrzebne Polakom jak ów krowi wodopój w gospodarstwie repatriantów zaraz po wojnie albo upamiętnienie niemieckiego kanclerza dzisiaj. W zasadzie szkoda czasu na takie książki. Lepiej poczytać prawdziwe polskie historie, o naszych matkach i ojcach. Są o wiele bardziej zajmujące.

Piotr Pytlakowski Ich matki, nasi ojcowie. Niewygodna historia powojennej Polski. Dom Wydawniczy Rebis, 2020.

 25