Historia współczesnaNie nasze matki, nie nasi ojcowie

Nie nasze matki, nie nasi ojcowie

Wkopywanie słupa przy granicy polsko-niemieckiej na Odrze, 1945 rok.
Wkopywanie słupa przy granicy polsko-niemieckiej na Odrze, 1945 rok. / Źródło: Wikimedia Commons / Andrzej Leszek Szcześniak (1980) Historia dla Klasy VIII
Dodano 20
Autor książki w zasadzie sam przyznaje, że dąży do uznania Polaków za – jak raczył kiedyś niefortunnie zauważyć były polski prezydent – „naród sprawców”. Problem w tym, że niezbyt mu to wychodzi.

Kiedyś, rozglądając się po pewnym gospodarstwie na tzw. Ziemiach Odzyskanych spostrzegłem rurę wychodzącą ze studni na podwórku i prowadzącą do obory. Zaciekawiony jej przeznaczeniem, zapytałem o nią gospodarza, który wyjaśnił, że to poniemiecki wodociąg dla krów. Jakby od niechcenia rzucił jeszcze, że działał nawet kilka lat po wojnie, ale potem się zepsuł i nikt go już nie naprawił. Zdumiony nowoczesnością owej instalacji, która musiała powstać najpewniej w latach 30-tych XX w., z początku zacząłem zżymać się na nowych, przybyłych zza Buga właścicieli gospodarstwa, którzy mając takie cudo na podwórku, dopuścili – jak mniemałem z powodu niższej niż niemiecka kultury technicznej – do jego dewastacji. Potem jednak przyszła głębsza refleksja. Bo też po co przesiedleńcom, którzy dopiero co pozbyli się prawie całego majątku, wyzutych z ojcowizny i rzuconych na obcą ziemię, wodopój dla kilku zaledwie sztuk bydła, które pewnie posiadali? W dodatku gospodarując na kilku przydzielonych im hektarach mało urodzajnej, podgórskiej ziemi, z powodu socjalistycznej ekonomii praktycznie niezdolni do zwiększania areału i dochodów gospodarstwa? O kosztach pozyskiwania części i napraw nie wspominając.

Owo zdarzenie przypomniałem sobie, kiedy czytałem książkę Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie. Niewygodna historia powojennej Polski”. Sam tytuł pewnie miał być chwytliwy i przyciągać czytelników, ale niezbyt oddaje treść książki, bo to ani za bardzo niewygodna, ani historia Polski. To raczej zbiór kilkunastu opowieści o losach Niemców, którzy pozostali w Polsce po II wojnie światowej.

W czasach PRL-u jedyną oficjalną wykładnią polsko-niemieckiej historii była ta, wskazująca na zachodniego sąsiada jako ciągłego agresora i sprawcę polskich cierpień i klęsk. Od początku lat 90-tych wykonana została ogromna praca, żeby zmienić tą optykę. Podkreślano pozytywne aspekty polsko-niemieckich stosunków i ich wagę. Doprowadzono nawet do tzw. „kiczu pojednania”. Potem przyszedł czas na kolejne próby - zwłaszcza zmianę spojrzenia na kwestię postrzegania odpowiedzialności za wybuch II wojny światowej i jej skutki. Szkołę tą reprezentują różne nurty - od grubego kalibru oskarżeń o de facto przystąpienie Polski do paktu monachijskiego, przez twórczość w typie „Naszych matek, naszych ojców”, nieustanne napomnienia o rzekomej niższej kulturze gospodarczej i technicznej Polaków, której zwieńczeniem miało być pojęcie „polnische wirtschaft”, aż po literaturę faktu, opisującą doświadczenia tzw. „zwykłych Niemców”. Do tej ostatniej chyba trzeba zaliczyć książkę Pytlakowskiego.

W czasie II wojny światowej dziesiątkom milionów ludzi – zwykle niczemu nie winnych – świat dosłownie zawalił się na głowę. Stracili rodziny, majątek życia, musieli opuścić rodzinne strony i zaczynać nowe życie, w zupełnie zmienionych – tak jak w Polsce – warunkach. Tymczasem „Ich matki, nasi ojcowie” traktują o „krzywdach”, jakich doznali po wojnie Niemcy od swoich polskich sąsiadów. Mogłoby się wydawać, że wyjdzie z tego zajmująca opowieść, ciekawsza tym bardziej, że – według autora – oparta na nieznanych i nieporuszanych dotychczas faktach, rzekomo skrzętnie ukrywanych przez piewców historii Polski jako „niewinnej” ofiary wojny i jej sprawców.

Niezbyt się to autorowi udaje, może oprócz historii Salomona Morela i Czesława Gęborskiego oraz mordów na Niemcach w Aleksandrowie Kujawskim i Nieszawie. Od razu trzeba jednak dodać, że za zdarzenia te odpowiedzialni byli polscy renegaci, funkcjonariusze komunistycznych władz, niektórzy – jak w Aleksandrowie – nawet z rodowodem sięgającym KPP.

Czytaj także:
Piekło w Festung Breslau

Historia przybiera inny kształt, kiedy autor opowiada o „krzywdach”, jakich doznali Niemcy od tzw. „zwykłych” Polaków. Opowieści są siłą rzeczy subiektywne, bo pochodzą głównie od samych pokrzywdzonych. I to chyba największa słabość książki. Autor w większości nie konfrontuje niemieckich opowieści z relacjami Polaków czy dokumentami. Operuje też niedomówieniami i domysłami, kiedy sytuacja nie pasuje do przyjętej tezy.

Na czym jednak polega owo skrzywdzenie? Oczywiście głównie chodzi o odebrane „wypędzonym” gospodarstwa, domy i mieszkania. Cóż jednak było robić, kiedy przesiedlanie odbywało się na podstawie postanowień Wielkiej Trójki, ustalającej powojenny porządek, a ze wschodu nadchodziły kolejne fale repatriantów, również wyzutych prawie z całego majątku? Nie przeszkadza to jednak w wysuwaniu zarzutów o bezprawnych, bo dokonanych niekiedy „bez pozwolenia” mocarstw wysiedlaniu Niemców albo usprawiedliwianiu Agnes Trawny, która przecież przed wywłaszczeniem bogu ducha winnych polskich mieszkańców, oddała odszkodowanie otrzymane w Niemczech za zabrane jej w Polsce gospodarstwo.

Czytaj także

 20
  • Jurgen IP
    Pisze pan o studni i ustrojstwie do pojenia bydła, o awarii i braku naprawy. Ja podobne zachowania lub traktowanie poniemieckich gospodarstw i nieruchomości dostrzegam do dziś. Zastanawiam się nad tym. Czemu tak po macoszemu? Jedną z moich teorii jest taka, że mają gdzieś zakodowane i z pokolenia na pokolenie to przechodzi, że to nie ich i może im być odebrane więc nie dbają jak o swoje. Czy nie może tak być? Ja to obserwuję w rejonach Turoszowskich, w Bogatyni i okolicznych miejscowościach (gdzie bywam w delegacji, a i turystycznie zamierzam się udać). Tam są miejsca gdzie napisy witające przesiedleńców do dziś majaczą na murach, a bruk, po którym pewnie jakiś Hans stąpał latami czy tynk, jaki kładł na murze pozostają nie zmienione.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • wytresowany w III RP IP
      Jak wiadomo Polacy z kresów to wszystko byli wielcy obszarnicy, gospodarujący przy pomocy najnowszej technologii, wszyscy mieszkali w pałacach, a ta straszna kumuna przesiedliła ich na tereny poniemieckie gdzie technika była na niższym poziomie
      Dodaj odpowiedź 4 7
        Odpowiedzi: 1
      • Dolny Śląsk IP
        Mój dziadek zaraz po wojnie osiedlił się w miasteczku na Dolnym Śląsku. Zajął dom (lub dostał przydział - tego nie wiem) i przez pewien czas mieszkał w nim w zgodzie z niemieckimi właścicielami. Jak wyjeżdżali do Niemiec to nie robił im żadnych problemów i pozwolił im zabrać wszystko co chcieli. Wiem z opowiadań dziadka i jego sąsiadów, że to nie było standardowe zachowanie. Niemców nie traktowano wówczas miło. Jestem z dziadka dumny, że zachował się po ludzku, tym bardziej, że miał powód do nienawiści. W czasie wojny Niemcy spalili mu gospodarstwo, a rodzinę wywieźli na roboty do Bawarii, gdzie zginęła babcia. Dziadek przez cały czas musiał się ukrywać i gdyby go złapano, to w najlepszym wypadku trafiłby do obozu koncentracyjnego. Poprzedni właściciele domu chyba dobrze dziadka wspominali, bowiem wielokrotnie go odwiedzali oraz wspomagali paczkami. Skończyło się to pod koniec lat 80-tych, po śmierci dziadka i Niemców.
        Dodaj odpowiedź 4 1
          Odpowiedzi: 0
        • TU jest Polska! IP
          Mój ojciec, żyjący z dużą rodziną w mazowieckiej wsi na biednym jedno(!)-hektarowym gospodarstwie rolnym, w 1945r, mając 20 lat, z kilkoma swymi kolegami-rówieśnikami, pojechał w okolice m. Szczecinek (na niemieckim Pomorzu) na szaber, a i by spróbowac się tam osiedlić. Teren ów był już ograbiony przez Sowietów i Polaków-szabrowników, a miejscowych Niemców było już bardzo mało. By napić się wody zaszedł ze swymi kolegami do jednego z uboższych gospodarstw rolnych, wcześniej ograbionych do szczętu, ale jeszcze zamieszkanych przez dwoje Niemców - dziadka i kilkunastoletnią wnuczkę. Gdy zobaczył ich przerażenie, biedę do kwadratu, skrajną rozpacz i nadszarpnięte nerwy dziewczyny, napił się wody i porozmawiał chwilę z dziadkiem, zostawiając mu swoje skręty-papierosy i trochę suchego chleba. Tuż po tej wizycie, widząc to co tam zastali, ojciec i jego koledzy zgodnie odpuścili sobie szaber i na ile szybko się dało wrócili do Polski, do swej rodzimej biedy, nie osiedlajac się na "ziemiach odzyskanych" i nie chcąc niczego stamtąd. Za to jestem z ojca bardzo dumny, mimo że potem dalej ojciec bywał głodny w swej podwarszawskiej wsi... Ja mam go za prawdziwego honorowego Polaka (mówił: "swego nie dam, CUDZEGO nie chcę"). Zmarł niedawno, zaliczając po drodze swego życia poakowskie podziemie, działanośc niepodległościową w latach 70/80, komunistyczne represje i bardzo skromny byt.
          Dodaj odpowiedź 17 5
            Odpowiedzi: 1
          • Wróż Maciej IP
            Winston Churchill miał jednak rację, że Niemcy należy bombardować co 50 lat, profilaktycznie. Buta z jaką dziś wypowiadają się potomkowie bandytów mordujących Polaków, Żydów i Rosjan pozwala mi stwierdzić, że i sam Stalin miał rację chcąc po wojnie rozstrzelać 100 000 Niemców, domyślam się, że chodziło mu o inteligencję niemiecką. Za to co ci bandyci zrobili z Polska i Polakami w 2 wojnie światowej nie chcę nawet feniga odszkodowania. Żeby było uczciwie wystarczy, ze Polska będzie okupować i eksploatować bezlitośnie Niemcy przez 6 lat, Polacy będą mieli prawo wymordować 6 milionów Niemców, w tym prawie całą inteligencję. Przed wycofaniem się z Niemiec Polacy będą mieli prawo wywieźć z Niemiec co tylko im się podoba, a to co zostało spalić. Od tego momentu uważam, że między Polakami i Niemcami powinna występować zgoda, pojednanie i fanfary dobrosąsiedzkich stosunków. Z oczywistych względów cywilizacyjnych i geopolitycznych powyższy scenariusz jest niemożliwy do zrealizowania. Pociesza mnie tylko jedno, Niemcy to naród na wymarciu, już jest wśród nich ponad 1/4 to obcokrajowców i ich potomków. Kalifat Niemiecki jest kwestią najbliższych 100 lat. Sami sobie wymierzyli sprawiedliwość.
            Dodaj odpowiedź 24 4
              Odpowiedzi: 1