Książki historyczneWypaczona Ameryka Geerta Maka

Wypaczona Ameryka Geerta Maka

Geert Mak
Geert Mak / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
W oczach Geerta Maka Amerykanie wciąż są pyszałkowatymi rasistami. Zawsze wiedzą co jest lepsze dla innych, mimo że sami nie potrafią rządzić swoim krajem. Zwykle wybierają złe rozwiązania, a to stawiając na samoloty i paliwożerne samochody zamiast na komunikację publiczną, a to wikłając się w konflikty za granicą, których nie potrafią później zakończyć.

John Steinbeck w 1960 r. postanowił objechać dookoła Stany Zjednoczone. Chciał poznać, jak zmieniły się kraj i ludzie od czasów, kiedy opisywał ich w swoich najlepszych powieściach z lat 30. XXw. Steinbeck był już wtedy uznanym literatem i zamożnym człowiekiem. Zmieniła się również Ameryka. Po II wojnie światowej w wielu rodzinach eksplodował dobrobyt, a przeciętny robotnik mógł już sobie pozwolić na własny samochód, lodówkę, pralkę i telewizor, a nawet dom. Sytuacja pisarza i jego potencjalnych bohaterów różniła się znacznie od opisanej choćby w Gronach gniewu. Owocem tej wyprawy była książka Podróże z Charleyem.

Pięćdziesiąt lat po pisarzu w jego ślady wyruszył holenderski publicysta Geert Mak. Chciał uwiecznić, co w tym czasie zmieniło się w Ameryce i Amerykanach. Jednak ta podróż szybko zmienia się w tropienie amerykańskiego zła, a Stany Zjednoczone – zwłaszcza na prowincji - w książce Holendra zaczynają przypominać niegościnne bad lands. Steinbeck potrafił dostrzec w swoim kraju i jego mieszkańcach wady i nieraz ostro je krytykował, dostrzegał również ich niepowtarzalne zalety. Holender wydaje się widzieć jedynie niedoskonałości.

W jego oczach Amerykanie wciąż są pyszałkowatymi rasistami. Zawsze wiedzą co jest lepsze dla innych, mimo że sami nie potrafią rządzić swoim krajem. Nieustannie przytrafiają im się jakieś międzynarodowe katastrofy jak wojna w Wietnamie czy zamach na World Trade Center. Zwykle wybierają złe rozwiązania, a to stawiając na samoloty i paliwożerne samochody zamiast na komunikację publiczną, a to wikłając się w konflikty za granicą, których nie potrafią później zakończyć. Amerykańskie firmy bez skrupułów szczelinują skały i piaski w poszukiwaniu nieekologicznej ropy naftowej i gazu ziemnego, zamiast budować wiatraki i panele słoneczne. Amerykanie nie wierzą w efekt globalnego ocieplenia, a wiedzę o tym, podobnie jak i o całym świecie czerpią z prawicowych telewizji takich jak Fox News. Paliwożerne samochody produkowane przez nieefektywny amerykański przemysł samochodowy potrzebują taniej ropy, tania ropa wymaga prowadzenia nieustannych wojen, wojny toczone są przy pomocy zaciągniętej do wojska biedoty, a biedota walczy za finansowe elity, zamiast się przeciwko nim buntować.

Jeżeli autor przyznaje, że Amerykanie jednak zrobili coś dobrego, np. kilka razy w XX wieku uratowali europejskie narody przed wzajemnym wykrwawieniem się w konfliktach, to zaraz dyskontuje ten sukces, składając na karb Ameryki wywołanie wojen w Iraku i Afganistanie. Nawet prezydent Obama, działając ze szlachetnych pobudek, nie potrafił zmienić amerykańskiej way of life, której ucieleśnieniem był strzelający z równym zacięciem do bandytów i jeleni jak do Kubańczyków Theodore Roosevelt. Na przeszkodzie postępowemu prezydentowi stał jak zawsze słabo wykształcony, ślepo wierzący republikańskim politykom Amerykanin z prowincji, który naprawdę wierzy w ogień piekielny, malowany przez kaznodzieję na niedzielnym kazaniu.

Czy jednak przedstawiciel państwa, pogrążonego w szaleństwie eutanazji, które z oszczędności sprzedało swoje czołgi, licząc na obronę przez Amerykanów, ma dla nich jakieś rozwiązania? W istocie Mak kilka razy z optymizmem wspomina o swoich amerykańskich przyjaciołach, dla których Związek Radziecki był interesującą alternatywą dla amerykańskiego zła. Bez umiaru wychwala też Roosevelt’owski Nowy Ład, który wg niego był chyba najważniejszym wydarzeniem w całej historii USA. Bitników i hipisów wskazuje jako inicjatorów pozytywnych zmian społecznych. Po prawdzie myślenie równie naiwne, jak amerykańska wiara, że ludzi żyjących w strukturach plemiennych można nauczyć demokracji, zrzucając na nich bomby.

Steinbeck zawsze wymykał się krytykom, zwłaszcza lewicowym, próbującym przypisać go do „postępowego” nurtu literatury. Pisał o tym, co czuł i jak widział rzeczywistość. Potrafił budzić sumienia i otwierać oczy na rzeczywistą krzywdę. Jak sam mówił „nie satysfakcjonował ani ortodoksyjnej lewicy, ani lumpenprawicy”. Podążający jego śladami Geert Mak, mimo zapewnień, że szuka różnorodności, cały czas ogląda Stany z jednej – lewicowo – liberalnej perspektywy. Z książki, która mogła być ciekawym pejzażem Ameryki w pięćdziesiąt lat po wyprawie Steinbecka, mimo sprawności warsztatowej autora i jego erudycji, wyszła propagandowa agitka. Dobrze, że autor nie wybrał się w podróż po wyborze Donalda Trampa na prezydenta. Jego wyprawa – podobnie jak Steinbecka w 1960 r. - mogłaby się skończyć o wiele wcześniej. Holender mógłby po prostu nie znieść Amerykanów i ich demokratycznych jakby nie było wyborów.

Grzegorz Janiszewski


Geert Mak
„Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki”
Wydawnictwo Czarne

 0

Więcej historii