NowożytnośćSowieci w Afganistanie

Sowieci w Afganistanie

Kreml
Kreml / Źródło: PAP / Grzegorz Michałowski
Dodano 5
14 września 1979 roku wieczorem afgańskie media podały komunikat, że Przewodniczący Rady Rewolucyjnej Demokratycznej Republiki Afganistanu Mohammad Taraki zmarł po „krótkiej i ciężkiej chorobie”. Rzeczywiście Taraki umarł szybko, bo w ciągu zaledwie piętnastu minut. Jednak przyczyną śmierci nie była choroba ale poduszka, którą go uduszono.

Kiedy przestał dawać oznaki życia, trzej napastnicy zawinęli jego ciało w koc i wywieźli na cmentarz, gdzie je pochowali. Tak zginął jeden z afgańskich komunistycznych przywódców. Mord wywołał zdecydowanie gniewną reakcję sekretarza generalnego KPZR Leonida Breżniewa, który w takich słowach wypowiedział się o zleceniodawcy tego zabójstwa: „Co za kanalia z tego Amina, żeby mordować człowieka, z którym dokonał rewolucji.” Najprawdopodobniej zabicie M. Tarakiego od 1951 roku agenta KGB o kryptonimie „Nur”, spowodowało zmianę u sowieckiego przywódcy, dotychczasowego sceptycznego stosunku do ewentualnej zbrojnej interwencji w Afganistanie. Breżniew uświadomił sobie, że sytuacja wymyka się spod kontroli rządu w Kabulu, a jej ustabilizowanie wymaga pozbycia się obecnego lidera LDPA Hafizullaha Amina. Sowieckiemu przywódcy wydawało się, że zmiana komunistycznego lidera i użycie niewielkiego liczebnie kontyngentu, przywróci w Afganistanie spokój i porządek. Przyszłość pokazała, że był w błędzie.

Sowieci w Afganistanie

Komuniści afgańscy zdobyli władzę w wyniku zamachu stanu, dokonanego 27 kwietnia 1978 roku. Co ciekawe, odbyło się to bez jakiejkolwiek pomocy sowieckiej (sowieci byli jednak o nim poinformowani min. przez agenta KGB, afgańskiego oficera Sajeda Galabzoja kryptonim „Mamad”). Szybko okazało się, że fakt ten stał się krokiem milowym w kierunku destabilizacji państwa. W strukturach Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu toczył się zażarty konflikt wewnętrzny pomiędzy dwoma frakcjami „Parczam”(Sztandar) i „Chalk”(Lud). Kadrami Parczamu, które stanowili głównie intelektualiści działający na terenach miejskich, kierował wywodzący się z jednej z najbogatszych rodzin w Kabulu Babrak Karmal będący jednocześnie od połowy lat 50 agentem KGB występującym pod kryptonimem „Marid”. Z kolei członkami frakcji „Chalk" byli na ogół mieszkańcy prowincji, ludzie nieco gorzej wykształceni, a nierzadko analfabeci. Oba odłamy LDPA zgadzały się co do tego, że w Afganistanie konieczne jest rozpoczęcie budowy systemu komunistycznego. Spór dotyczył metod, jakie należało zastosować, by ów cel osiągnąć. Intelektualiści z Parczamu zamierzali proces budowy komunistycznego społeczeństwa rozciągnąć w czasie tak, aby wprowadzane zmiany nie doprowadziły do wybuchu masowych protestów. Brali także pod uwagę możliwość rezygnacji z marksistowskich pryncypiów, do czego namawiali ich zresztą sowieci. Zupełnie inny koncept działań mieli chalkowcy, którzy co warto nadmienić, wygrali wewnątrzpartyjną rywalizację. Ich przywódcy Mohammad Taraki i Hafizullah Amin szczególną admiracją darzyli Lenina, Stalina, Mao i Pol Pota. Ta fascynacja przełożyła się również na metody, po jakie zdecydowali się sięgnąć, by wcielić w życie zbrodniczą komunistyczną utopię. Paradoksalnie z dużą dozą krytycyzmu, działaniom tym przyglądali się towarzysze znad północnej granicy. Breżniew i jego otoczenie byli zaniepokojeni radykalizmem posunięć afgańskich komunistów. Budziły one zresztą naturalny sprzeciw w tradycjonalistycznym i głęboko religijnym społeczeństwie Afganistanu. Władze w Kabulu chcąc zdusić w zarodku jakąkolwiek opozycję, rozpętały kampanię masowego terroru. Każdego, kogo uznano za potencjalnego albo rzeczywistego przeciwnika, pozbawiono wolności, torturowano i mordowano. Prym w tych działaniach wiodła afgańska służba bezpieczeństwa KAM (potem AGSA a następnie KHAM). Okazało się, że nawet użyte tak drastyczne środki, nie są w stanie zahamować spontanicznie rozwijającego się antykomunistycznego ruchu oporu. Szeregi partyzantki zaczęły się rozrastać i przechodzili do niej nawet żołnierze armii rządowej. Postępujący proces rozkładu aparatu państwowego spowodował, że przywódcy Afganistanu zaczęli coraz natarczywiej domagać się od Moskwy sowieckiej interwencji wojskowej. Presja w tej kwestii rosła wraz z tym, jak zbrojna opozycja rozszerzała swe wpływy w poszczególnych rejonach kraju. Takim dramatycznym wydarzeniem obnażającym słabość komunistycznych władz i zapowiadającym ich rychły upadek było powstanie, jakie wybuchło w Heracie 15 marca 1979 roku. Tego dnia, uzbrojony w kije, noże i dzidy tłum zaatakował instytucje komunistycznego reżimu zabijając jego przedstawicieli, a także członków ich rodzin. Zginęło wtedy także trzech (przebywających w mieście) sowieckich doradców. Taki los stał się min. udziałem majora Nikołaja Bizjukowa, doradcy wojskowego przy 17 afgańskiej dywizji piechoty. Informacje o tych wydarzeniach szybko dotarły na Kreml. Ówczesny premier ZSRR A. Gromyko był wściekły, bowiem afgańscy sojusznicy starali się podczas rozmów ukryć prawdę o skali antyrządowego powstania. Sytuację w kraju dodatkowo komplikował fakt coraz bardziej ostrego konfliktu, jaki narastał pomiędzy dwoma przywódcami LDPA Hafizullahem Aminem a Mohammadem Tarakim. Zwycięsko z tego starcia wyszedł H. Amin, nakazując zabójstwo swego rywala. Leonid Breżniew uznał wtedy, że zakpił on sobie z sowieckiego kierownictwa, które przestrzegało go przed tego typu posunięciami. Przywódcy ZSRR, wspierający rządy LDPA i nie mający wpływu na politykę prowadzoną przez tę partię w Afganistanie, doszli do przekonania, że postępująca destabilizacja w tym kraju wymaga podjęcia bardziej zdecydowanych działań. Wybór opcji w istocie był niewielki. Albo kontynuacja dotychczasowej polityki, polegającej na udzielaniu pomocy politycznej, gospodarczej i militarnej znajdującej się przy władzy ekipie, przy jednoczesnym pogodzeniu się z faktem jej prawdopodobnego upadku i zwycięstwa islamistów. Albo obalenie obecnego niesterowalnego, radykalnego, komunistycznego przywódcy i zastąpienie go w drodze zamachu stanu czy zbrojnej interwencji uległym, ale i bardziej umiarkowanym. Sowieci obawiali się, że powstała w odpowiedzi na ideologiczne zacietrzewienie ich sojuszników zbrojna opozycja, na fali sukcesu islamskiej rewolucji w Iranie, przejmie władzę w Afganistanie i będzie oddziaływać na sowieckie republiki środkowoazjatyckie, co mogłoby zapoczątkować tendencje dezintegracyjne w ZSRR. Im bardziej kurczyły się terytoria, nad którymi rząd w Kabulu zachowywał kontrolę, tym w łonie sowieckiego kierownictwa rosła w siłę frakcja zwolenników militarnej interwencji w Afganistanie. Początkowo należeli do niej szefowie KGB Władimir Kriuczkow i Jurij Andropow. Potem dołączył do nich jeszcze minister obrony narodowej ZSRR Dymitr Ustinow. Do przeciwników wkroczenia wojsk ZSRR do Afganistanu należał szef sztabu generalnego generał Nikołaj Ogarkow. Optował on zdecydowanie za użyciem rozwiązań o charakterze politycznym wskazując, że armia sowiecka potratowana zostanie przez Afgańczyków jako siła okupacyjna i wroga, co wplącze ZSRR w wewnątrzafgański konflikt. Te argumenty nie trafiły do przekonania początkowo wahającym się dygnitarzom Andriejowi Gromyce i Leonidowi Breżniewowi. Ten ostatni, 6 grudnia 1979 roku na posiedzeniu Biura Politycznego KPZR zaakceptował wniosek szefa KGB i ministra obrony narodowej o przerzucenie do Afganistanu 500-osobowego oddziału specjalnego GRU. Dwa dni później, podczas spotkania u Leonida Breżniewa podjęto decyzję o przygotowaniu dwóch alternatywnych koncepcji działań w Afganistanie. W ramach pierwszej, miano dokonać przewrotu i obalić rząd H. Amina przy pomocy KGB. W drugim przypadku miało się to odbyć w wyniku interwencji zbrojnej armii sowieckiej. 12 grudnia, po konsultacjach z funkcjonariuszami placówki kabulskiej KGB stało się jasne, że przeprowadzenie zamachu stanu siłami tylko służb specjalnych, nie będzie możliwe. W grę wchodził zatem już tylko wariant inwazji.

Sztorm 333 

Wkraczając do Afganistanu, sowieccy przywódcy podkreślali, iż dokonują tego na zaproszenie władz kabulskich, co akurat nie odbiegało od prawdy, bowiem apele o interwencję wielokrotnie kierowano pod adresem ZSRR. Powodzenie operacji warunkowane było szybkim zajęciem strategicznych obiektów w stolicy Afganistanu. Zadanie to przydzielono powstałemu w kwietniu 1979 roku - na rozkaz szefa sowieckiego wywiadu wojskowego GRU (Główny Zarząd Wywiadu) generała Piotra Iwaszutina - tzw. batalionowi muzułmańskiemu, oficjalnie noszącemu nazwę 154 Samodzielny Oddział Specnazu. Nabór do jednostki prowadzono wśród żołnierzy tadżyckiego, uzbeckiego i turkmeńskiego pochodzenia, posiadających znajomość dwóch uznanych za oficjalne języków, używanych przez obywateli Afganistanu paszto i diari. Oddział liczył 538 żołnierzy (według innych danych 520). Na jego czele stanął major Babidżan Chałbajew. Pomiędzy 18 a 20 listopada jednostkę dyslokowano do Bagramu, gdzie należący do niej żołnierze zostali ubrani w mundury armii afgańskiej. Do „muzułmanów” dołączyły dwa zespoły KGB, które prowadziły w terenie obserwację strategicznych obiektów. Wydane im rozkazy przewidywały min. zdobycie pałacu prezydenckiego i pozbawienie życia prezydenta H. Amina. Na jego następcę sowieci wyznaczyli lidera frakcji „Parczam” Babraka Karmala - byłego ambasadora Afganistanu w Czechosłowacji. Przewieziono go potajemnie do Afganistanu z grupą współpracowników pod ochroną oficerów KGB. Jeszcze w czasie pobytu w ZSRR nagrał swoje wystąpienie, które miano wyemitować po przejęciu przez niego władzy. Przypadek spowodował, że tuż przed przewrotem taśma z nagraniem zaginęła. Wiele nerwów stracili towarzyszący przyszłemu sekretarzowi generalnemu LDPA kagiebiści, nim udało się ją odnaleźć. 27 grudnia 1979 roku w solidnie zbudowanym pałacu Tadż-Bek, gdzie mieszkał Hafizullah Amin, odbyło się uroczyste przyjęcie dla członków Biura Politycznego LDPA. Prezydent był w euforycznym nastroju. Cieszył go widok wkraczających sowieckich interwentów: „Spadochroniarze lądują w Kabulu. Wszystko układa się bardzo dobrze. Cały czas rozmawiam przez telefon z towarzyszem Gromyką i razem uzgadniamy stanowisko wobec świata zewnętrznego”. Jak się okazało, podany gościom obiad poważnie im zaszkodził, niektórzy nawet stracili przytomność. Był to efekt działania trucizny, podanej przez zatrudnionego w pałacowej kuchni kucharza, a w rzeczywistości agenta KGB ppłk. Michaiła Telebowa. Amin zapadł w śpiączkę. Do ratowania życia komunistycznego dyktatora przystąpili sprowadzeni specjalnie do pałacu sowieccy lekarze, nieświadomi decyzji Moskwy o jego fizycznej eliminacji. Kiedy komunistyczny dyktator odzyskiwał przytomność, rozpoczęła się operacja „Sztorm 333”. Taki kryptonim nadano akcji zdobycia pałacu. Zadanie nie było proste. Pałac Tadż-Bek znajdował się na wzgórzu górującym nad Kabulem. W jego pobliżu stacjonowały trzy bataliony piechoty zmotoryzowanej. Tuż przy budynku wkopane były w ziemię trzy czołgi T-54. W sumie, siły obrońców liczyły 2 500 żołnierzy będących od chwili otrucia Amina w pełnej gotowości bojowej. Sowieci do szturmu na Tadż-bek przeznaczyli dwie 24-osobowe antyterrorystyczne grupy KGB o kryptonimach „Zenit” i „Grom”, kompanię wzmocnioną dodatkowo plutonem z 154 samodzielnego oddziału specnazu oraz 9 kompanię z 345 gwardyjskiego samodzielnego pułku powietrznodesantowego, dowodzoną wówczas przez podporucznika Walerego Wostrotina, w przyszłości generała i wiceministra Federacji Rosji ds. obrony cywilnej. Zasadniczym elementem planu było wyeliminowanie z walki czołgów, bowiem ewentualne ich użycie spowodowałoby masakrę atakujących. Zadanie to udało się zrealizować 15-osobowej grupie kapitana Mahmuda Sakchatowa. Na szczęście dla sowietów ich załogi przebywające w koszarach nie zdołały do nich dotrzeć a Afgańczycy pełniący przy nich wartę zostali zneutralizowani przez snajperów KGB. Na informację o wynikach akcji oczekiwali w pełnym napięciu znajdujący się na pozycjach wyjściowych członkowie (antyterroryści i desnatowcy) z grupy uderzeniowej. Tuż przed walką rozdano im po 100 g wódki, chleb i kiełbasę. Ale, jak wspominał jeden ze szturmowców Władimir Fiedosiejew: „napięcie było tak duże, że wódki zabrakło a chleba i kiełbasy nikt nie tknął”. O godzinie 19.30 rozpoczął się szturm. W stronę pałacu, na pełnym gazie ruszyło 5 BWP-ów i 4 BTR 60 PB. Jednocześnie pałac został dosłownie zalany ogniem pistoletów i karabinów maszynowych, szybkostrzelnych działek przeciwlotniczych „Szyłka” (ZSU 23-4) i automatycznych granatników „Płamia” AGS-17. Nie próżnowali również obrońcy, zasypując atakujących gradem kul. Kiedy transporterom udało się dotrzeć pod Tadż-bek, antyterroryści i desantowcy z marszu przystąpili do natarcia strzelając do każdego, kto znalazł się w zasięgu ich wzroku. Na pierwszym piętrze, w jednym z pomieszczeń znajdował się prezydent H. Amin. Gdy tylko do jego uszu dotarły odgłosy walki, natychmiast poprosił swego adiutanta, by wezwał na pomoc sowietów. Nie mógł uwierzyć, gdy ten oświadczył mu, że to oni właśnie atakują. Kilka chwil później został zastrzelony przez jednego z kagebistów. Śmierć wraz z nim poniosło także jego dwóch synów, a córka została ciężko ranna (przeżyła). Ostatecznie pałac został zdobyty. Zginęło 5 specnazowców, a kolejnych 35 odniosło rany. Straty w wysokości 5 zabitych i 43 rannych poniosły grupy KGB. Wśród poległych znalazł się dowódca, weteran II wojny światowej oficer KGB, od 1961 roku wykładowca w Wyższej Szkole Czerwonego Sztandaru KGB im. F. Dzierżyńskiego, pułkownik Grigorij Bojarinow. Trafiła go kula wystrzelona przez jednego z podkomendnych, który w ferworze walki nie zauważył jego białej opaski. Były one jedynym elementem odróżniającym napastników od obrońców, bowiem sowieccy szturmowcy występowali w mundurach armii afgańskiej. Zdobycie prezydenckiej siedziby nie zakończyło końca batalii o Kabul. By inwazja mogła się powieść, konieczne było zdobycie wielu innych strategicznych obiektów. 

Amerykanie wkraczają do akcji

Dwa dni przed rozpoczęciem operacji Sztorm -333, 25 grudnia 1979 roku, granicę afgańsko-sowiecką około godziny 15.00 zaczęły przekraczać pododdziały Ograniczonego Kontyngentu Sowieckich Wojsk w Afganistanie czyli sowieckiej 40 Armii. Jako pierwsi na obcym terytorium znaleźli się, przejeżdżając przez most pontonowy na Amu-Darii, żołnierze 108 gwardyjskiej dywizji zmotoryzowanej. Nieco później na lotnisku w Kabulu o godzinie 16.15 wylądował pierwszy samolot ze spadochroniarzami ze 103 gwardyjskiej dywizji powietrzno-desantowej. 28 grudnia 1979r. dołączyły do niej: 5 gwardyjska dywizja zmotoryzowana, a dzień później 201 gwardyjska dywizja zmotoryzowana. Początkowo Sowieci zostali dobrze przyjęci przez Afgańczyków, jednak nastroje szybko uległy zmianie. Wkroczenie sowietów do Afganistanu ze szczególną uwagą analizowano w Waszyngtonie. Amerykanie od dłuższego czasu byli zaniepokojeni wzrostem sowieckiego zaangażowania w krajach Trzeciego Świata takich jak Angola czy Etiopia. Prezydent Jimmi Carter zdecydowanie najsłabszy z prezydentów USA za którego kadencji doszło do obalenia szacha Iranu Rezy Pahlaviego oraz upadku reżimu prezydenta Anastasio Somozy w Nikaragui, tym razem zamierzał pokazać swe zdecydowanie. Oficjalnie potępił sowiecką inwazję nazywając ją „największym zagrożeniem dla pokoju światowego od drugiej wojny”. USA już na pół roku przed inwazją rozpoczęły realizację programu pomocy dla zbrojnej afgańskiej opozycji. Jego głównym inicjatorem był doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji J. Cartera Zbigniew Brzeziński. Jeszcze na początku 1979 roku zwrócił się on do CIA z prośbą o wypracowanie całościowego programu wsparcia dla mudżahedinów. Przedłożone przez admirała Turnera ówczesnego szefa CIA propozycje stały się przedmiotem analiz Specjalnego Komitetu Koordynacyjnego. 3 lipca 1979 roku zaaprobował go prezydent. Pomoc miała dotyczyć początkowo zaopatrzenia, ale szybko ukierunkowano ją na wsparcie o charakterze militarnym. Amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza wykorzystując kanały kontaktowe DEA (amerykańska agencja antynarkotykowa), nawiązała relacje z przywódcami afgańskiego ruchu oporu. We wrześniu placówka CIA w Dehli informowała centralę w Langley o rozpoczęciu rekrutacji wśród uchodźców do tworzących się oddziałów mudżahedinów. Naturalnie wsparcie dla nich było możliwe tylko dzięki współpracy z rządem w Islamabadzie oraz ISI, czyli pakistańskimi służbami specjalnymi. Obok Pakistanu chęć współdziałania wyraziła także Arabia Saudyjska, komunistyczne Chiny i Egipt. 17 grudnia 1979 roku komitet koordynacyjny zatwierdził pomoc logistyczną, propagandową oraz militarną dla afgańskiej opozycji. Można powiedzieć, że Amerykanie zrobili wszystko, co możliwe by zwabić sowietów w afgańską pułapkę, choć zapewne liczyli tylko na zwiększenie stopnia zaangażowania Moskwy w pogłębiającym się konflikcie. Analitycy z CIA jeszcze 19 grudnia wydali opinię: „Tempo radzieckiej dyslokacji nie sugeruje…żadnej alarmującej sytuacji”. Sześć dni później inwazja stała się faktem. Jej ceną początkowo były ekonomiczne sankcje, protesty ze strony tzw. państw niezaangażowanych, bojkot olimpiady w Moskwie. Nadejście administracji Ronalda Reagana pogłębiło sowieckie problemy w Afganistanie. Nowy dyrektor CIA William Casey, realizując reaganowską koncepcję wspierania bojowników wolności czyli antykomunistycznych partyzantów walczących z komunistycznymi reżimami w różnych częściach świata, zwiększył znacząco stopień zaangażowania agencji w pomoc dla afgańskich mudżahedinów. Szef CIA w Pakistanie Howard Hart po latach wspominał: „Byłem pierwszym szefem rezydentury wysłanym za granicę z tym cudownym rozkazem „Zabijać radzieckich żołnierzy”… Byłem zachwycony”. Z kolei wspierający całe przedsięwzięcie od strony politycznej demokratyczny kongresmen Charlie Wilson powiedział: „W Wietnamie zginęło pięćdziesiąt osiem tysięcy i tyle właśnie są nam winni Rosjanie”. Przełomowe znaczenie w realizacji programu wsparcia miało udostępnienie przez Waszyngton rakiet typu Stinger, zdolnych zwalczać jednostki lotnictwa sowieckiego. Użyto ich po raz pierwszy 26 września 1986 roku. Wtedy to jeden z afgańskich partyzantów zestrzelił trzy helikoptery typu Mi-24 lądujące na lotnisku w Dżalabadzie. Dla strony sowieckiej był to szok, bowiem Stingery pozbawiały ich dotychczasowej bezwzględnej przewagi w powietrzu. Odpowiedzią sowietów była modyfikacja sposobu używania sił lotniczych. Dostarczanie przez Amerykanów nowoczesnej broni zwiększało oczywiście koszty sowieckiej interwencji, ale nie przesądzało o klęsce.

Wojna partyzancka

Zadecydowała o niej wola walki i determinacja systematycznie rosnącego w siłę afgańskiego ruchu oporu. Były to czynniki, które w przypadku wojny o charakterze nieregularnym zazwyczaj rozstrzygały o zwycięstwie partyzantów. Sowieci wkraczając do Afganistanu w grudniu 1979 roku przekonani byli, że ich pojawienie się ustabilizuje sytuację w kraju. Dlatego liczebność kontyngentu inwazyjnego była bardzo ograniczona. Widać to najlepiej w porównaniu z amerykańską interwencją w Wietnamie. W kraju będącym ponad trzy razy mniejszym od Afganistanu, siły US Army tam stacjonujące w szczytowym momencie, liczyły prawie pięciokrotnie więcej żołnierzy. W Moskwie najwyraźniej nie brano pod uwagę tego, że w Afganistanie armia sowiecka będzie zmuszona wziąć udział w długotrwałej wojnie partyzanckiej. Do tego celu kompletnie nie nadawały się skierowane tam oddziały wojsk zmotoryzowanych. Cechą charakterystyczną wojny nieregularnej były starcia z małymi, ruchliwymi oddziałami partyzanckimi. Dokonywały one zasadzek atakując z zaskoczenia przeciwnika. Z tą taktyką zetknęli się także sowieci i ich pierwsze doświadczenia w tej kwestii nie były zbyt zachęcające. W trakcie przeprowadzonej operacji antypartyzanckiej, w lutym 1980 roku w dolinie Kumar, cztery pułki 103 gwardyjskiej dywizji powietrzno-desantowej i 108 gwardyjskiej dywizji zmotoryzowanej, poniosły spore straty nie osiągając zamierzonych celów. Opracowany plan przewidywał wkroczenie do doliny sił zmotoryzowanych, zepchnięcie mudżahedinów w jej głąb i ostateczne zniszczenie za pomocą przerzuconych helikopterami pododdziałów grup desantowych. Mudżahedini, pomimo przewagi ogniowej wroga, podjęli walkę wysadzając skały i blokując tym samym możliwość poruszania się formacjom zmotoryzowanym. Następnie zaatakowali grupę desantową, którą uratowano przed całkowitym zniszczeniem ewakuując śmigłowcami z pola walki. Śmierć poniosło 28 żołnierzy. Na początku lutego 1980 roku na przedmieściach Kabulu zaatakowany został (trafiony pociskiem przeciwpancernym) transporter BTR 60 RB, spaliło się w nim 12 żołnierzy. 3 sierpnia w rejonie Kiszima w zasadzce mudżahedinów zginęło kolejnych 45 sowieckich żołnierzy. Ponoszone straty zmusiły dowódców sowieckich do modyfikacji stosowanej taktyki. Z udziału w operacjach antypartyzanckich wycofano mało efektywne oddziały zmotoryzowane, zastępując je formacjami specnazu, rozpoznania czy powietrzno-desantowymi. Składały się one ze znakomicie wyszkolonych żołnierzy. Oficer jednego z batalionów 357 gwardyjskiego pułku powietrzno-desantowego, tak opisywał selekcję żołnierzy do ofensywnych realizacji: „Wyselekcjonowano i w czasie dziesięciu dni przygotowano dwudziestoosobową grupę, w której skład weszli ci żołnierze, podoficerowie i oficerowie batalionu, którzy odznaczali się wytrzymałością i dysponowali doświadczeniem bojowym. W grupie było dwóch oficerów, chorąży, pięciu sierżantów, dwunastu szeregowych (w tym dwóch łącznościowców, dwóch saperów, sanitariusz, tłumacz)…” Sukcesy tych grup wynikały z przyjęcia partyzanckich metod walki. Oddziały desantowano z helikopterów, a następnie przemieszczały się one w miejsca, gdzie przechodziły karawany. Tam organizowano zasadzki. Nie zawsze jednak żołnierze sił specjalnych byli atakującymi, czasami wcielali się w rolę obrońców. Najbardziej znanym tego rodzaju przypadkiem była przedstawiona (aczkolwiek w sposób zdecydowanie odbiegający od rzeczywistości) w filmie w reżyserii Fiodora Bondarczuka pt. „9 kompania” - obrona wzgórza 3234 - górującego nad strategiczną drogą łączącą miasta Gardez i Chost. W dniach 7-8 stycznia 1988 roku, broniło go 39 żołnierzy pod wodzą starszego lejtnanta Siergieja Tkaczewa z 9 kompanii 345 gwardyjskiego wydzielonego pułku powietrzno-desantowego, atakowanych przez 200 wyszkolonych w Pakistanie mudżahedinów. Pomimo poniesionych strat (6 zabitych i 28 rannych) desantowcom udało się wyjść cało z opresji. Takiego szczęścia nie miało ich 31 kolegów z 1 kompanii 334 samodzielnego oddziału specnazu, którzy zostali wybici prawie do nogi (uratowało się zaledwie dwóch rannych specnazowców) w przełęczy Marawara. Ponoszone straty frustrowały żołnierzy i wywoływały chęć zemsty. Jej ofiarami padali głównie cywile. 3 września 1982 roku w miejscowości Pedkwabe Szana w prowincji Logar, sowieccy żołnierze spalili żywcem 105 afgańskich chłopów. Przyznać wypada, że zbrodnie tego rodzaju zdarzały się rzadko. Najczęściej afgańscy cywile ginęli w trakcie operacji wojskowych, kiedy ich wsie były ścierane z powierzchni ziemi ogniem artylerii lub lotnictwa. O tym, że brutalność była standardową praktyką postępowania, wskazują słowa wiceprezydenta Rosji i weterana wojny w Afganistanie pułkownika Aleksandra Ruckoja: „Jakiś kiszłak do nas strzela i kogoś zabija. Wysyłam kilka samolotów i z tego kiszłaka nic nie zostaje. Po spaleniu kilku kiszłaków nikt do nas nie strzela”. Poza cywilami, bezwzględnie postępowano ze złapanymi partyzantami. Zazwyczaj ich zabijano. Jeden z żołnierzy sowieckich zeznawał przed Amnesty International: „Jeńców nie braliśmy nigdy”. Oczywiście nie zawsze tak było, choć los wziętych do niewoli mudżahedinów był nie do pozazdroszczenia. Przekazywani w ręce komunistycznej afgańskiej policji politycznej KAHAD, byli zazwyczaj po torturach likwidowani. Obiektywnie należy wspomnieć, że wcale nie lepiej duszmeni traktowali sowieckich jeńców. Na ogół mordowano ich, często w okrutny sposób.

Lew Panczsziru

Obszarem starć sowietów z antykomunistyczną partyzantką była Dolina Panczsziru, położona we wschodnim Afganistanie. Oddziały ruchu oporu tam działające, stanowiły zagrożenie dla głównej bazy sił powietrznych wojsk sowiecko-afgańskich w Bagramie. Niemałe znaczenie miała też, położona w pobliżu droga, przechodząca przez tunel Salang a łącząca ZSRR z Kabulem. Dowódcą sił powstańczych w dolinie był Achmed Massud. Pochodził on z kiszłaku Dżangalak. Ukończył studia inżynierskie na Politechnice w Kabulu. Tam nawiązał kontakty z organizacjami islamskimi i wstąpił do umiarkowanego Islamskiego Stowarzyszenia Afganistanu (Jamiat –el-Eslami), kierowanego przez Burhanudina Rabbaniego. W 1978 roku, a więc jeszcze przed wkroczeniem Sowietów, stanął na czele 200-osobowego oddziału powstańczego. W dwa lata później pod jego przywództwem, 4000 partyzantów stawiało już opór sowieckim oddziałom, które prowadziły operacje oczyszczające w dolinie. Zdarzało się, że oddziały Massuda były wypierane przez sowietów w okoliczne góry. Jednak kiedy tylko ci wracali ze swych baz w Bagramie czy Kabulu, Lew Panczsziru powracał do doliny ze swymi ludźmi na nowo podejmując działania zaczepne. Prowadzone walki przerywane były okresowymi zawieszeniami broni. Jedno z nich miało miejsce w 1984 roku. Wynegocjował je, ze strony sowieckiej pułkownik GRU Antolij Tkaczew. Trzeba przyznać, że Massud w oczach przeciwników cieszył się swoistym szacunkiem i uznaniem. Wskazują na to słowa jednego z sowieckich dowódców generała Norata Ter-Grigorianc, który oceniał go jako „bardzo wartościowego przeciwnika i niezwykle kompetentnego organizatora operacji militarnych. Jego możliwości zaopatrzenia się w broń i amunicję były bardzo ograniczone, a sprzęt miał zdecydowanie gorszy od wyposażenia wojsk sowieckich i rządowych. Niemiej jednak zdołał zorganizować obronę Pandższiru w taki sposób, że było nam trudno ją przełamać i opanować tę dolinę”. Do końca interwencji w Afganistanie, sowietom nie udało się pokonać Ahmeda Massuda. Zapewne Lwa z Panczsziru rozpierała duma, kiedy 15 lutego 1989 roku, dzień później, niż zakładały porozumienia genewskie, BTR o numerze 305, w którym siedział dowódca sowieckiego kontyngentu generał Gromow dzierżąc w rękach sztandar 40 Armii, jako ostatni przejechał przez most na Amu-darii, kończąc tym samym proces wycofania oddziałów Armii Sowieckiej z Afganistanu. Wkrótce realia sytuacji wewnętrznej w Afganistanie doprowadziły, jak to często bywa w historii, do nawiązania przez dawnych wrogów bliskiej współpracy. W latach 90-tych Ahmed Massud, wspomagany przez Rosjan stojąc na czele wojsk „Sojuszu Północnego”, walczył z talibami. Niestety ten błyskotliwy dowódca i polityk zginął w zamachu, zorganizowanym najprawdopodobniej przez Al.-Kaidę na dwa dni przed atakami na World Trade Center 9 września 2001 roku.

Arkadiusz Karbowiak

/ Źródło: DoRzeczy.pl
 5
  • Jechwoparch IP
    USrAel twórcy miendzynarodowego terroryzmu i państwa ISIS wtedy zwyrodnialcy zaczynali.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • bzdecik IP
      Czy wobec tego - należało by się cieszyć, że ruscy zajęli się Afganem i nie mieli czasu na Polskę w 1980?
      Dodaj odpowiedź 0 1
        Odpowiedzi: 0
      • Pan Murzyński - Filipiński IP
        Ani słowa o naszym bohaterskim mudżahedinie bez którego zwycięstwo nad Sowietami byłoby niemożliwe?
        Dodaj odpowiedź 4 1
          Odpowiedzi: 0
        • tak se myślę IP
          No proszę, wychodzi, że jest jedna, jedyna rzecz, za którą bolszewików wypada chwalić. Należy też wskazać winnych powstania islamistycznych grup terrorystycznych - USA, z wybitnym doradcą, ŚP. Brzezińskim na czele.
          Świat by zapewne wyglądał dzisiaj inaczej, gdyby USA nie wspierały militarnie talibów. Kacapy i tak by się wykrwawiły, ale nie mielibyśmy islamskiego terroryzmu.

          No i jeszcze Sikorski - talib:
          http://www.radiownet.pl/system/post/multi_posts/avatars/142651/large/talib%20sikorski.jpg?1379155162
          Nie, to nie jest fotomontaż :)
          Dodaj odpowiedź 5 4
            Odpowiedzi: 1

          Więcej historii