OświecenieBitwa pod Maciejowicami - błąd Kościuszki przesądził o upadku powstania

Bitwa pod Maciejowicami - błąd Kościuszki przesądził o upadku powstania

Tadeusz Kościuszko
Tadeusz Kościuszko / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Pod Maciejowicami błąd popełnił Tadeusz Kościuszko, a nie dzielny gen. Adam Poniński. Jednak to Ponińskiego obarczono winą za przegranie bitwy i w konsekwencji całego powstania.

„Poniński Adam, syn Adama Ponińskiego na sejmie warszawskim od urzędów i czci odsądzonego i z kraju wygnanego, nieodrodny potomek, zdrajca i łotr wierutny, szuler i lubieżnik taki jak ojciec [...] dał znać generałowi Fersenowi o wszystkich zamiarach Kościuszki, za co od niego odebrał nagrody podług jednych 4, podług drugich 7 tysięcy czerwonych złotych [...]. Poniński, zdrajca, grając w karty nabytymi za zdradę dukatami, gdy słyszany był wielki huk armat i przekładali mu oficerowie, że trzeba spieszyć do miejsca huku, odpowiedział: »Nie mogę ruszyć, ponieważ mam ordynans [rozkaz – M.G.] stać tu do jutra«”.

Tak o przyczynie klęski Tadeusza Kościuszki w bitwie pod Maciejowicami, która doprowadziła do upadku insurekcji kościuszkowskiej, a z nią Rzeczypospolitej, pisał pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz. Wyraził on głos ówczesnej opinii publicznej. Szukając winnego klęski, nie dopuszczając możliwości popełnienia błędu przez Kościuszkę, uczyniła ona kozłem ofiarnym generała, który ze swoją dywizją nie zdążył na maciejowickie pole.

„Łajdak jakich mało”

Generał był łatwym celem – w 1773 r. jego ojciec Adam Poniński jako marszałek sejmu zatwierdził pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. To Poniński senior, którego nazwisko przyćmiła targowica, lecz której był poprzednikiem, znajduje się w centrum słynnego obrazu Jana Matejki, w geście triumfu nad leżącym na ziemi posłem nowogródzkim Tadeuszem Reytanem, protestującym przeciw zgodzie na rozbiór. To o marszałku tego haniebnego sejmu, w poetyckim komentarzu Jacka Kaczmarskiego do obrazu Matejki, rosyjski ambasador donosi Katarzynie II: „Poniński wezwał straż – to łajdak jakich mało, do dalszych spraw polecam z czystym sercem go”.

Karierę rosyjskiego służalca Poniński zaczął w początkach konfederacji barskiej, której był zajadłym wrogiem. Jako poseł na sejm, tytułujący się nadto urzędem dworskim wielkiego kuchmistrza koronnego, z podobnym sobie Ksawerym Branickim, przedłożył ambasadorowi rosyjskiemu dokument pod znamiennym tytułem „Projekt uspokojenia Polski”, za co dostał wcześniej 2 tys. dukatów. Tenże ambasador twierdził, że Poniński nie jest podobny do swoich rodaków i można na nim polegać. Kolejny ambasador, Kasper Saldern, dodawał, że dla pieniędzy zrobi on wszystko.

Jesienią 1772 r. Poniński wyjechał do Rosji, gdzie przygotowywano go do roli marszałka sejmu rozbiorowego. Powróciwszy do kraju po kilku miesiącach, zahaczył o Liw, gdzie co prawda sejmik zakończył obrady, jednak pod groźbą rosyjskich żołnierzy spędzono garść miejscowej szlachty, by wybrała go na posła. 19 kwietnia 1773 r. Łętowski, poseł krakowski, ogłosił Ponińskiego marszałkiem sejmu Rzeczypospolitej, co wywołało protest Reytana. Poniński nie wytrzymał nerwowo, w drzwiach sejmowych ogłosił zamknięcie sesji, po czym uciekł. Protest złamano jednak po czterech dniach. Poniński, korzystając w dniach obrad z asysty rosyjskich żołnierzy, część posłów przekupił, pozostałych zaś zastraszył lub przekonał, że zgoda na rozbiór świadczy o rozsądku. W nagrodę sejm nadał mu tytuł książęcy i przyznał stałą pensję 100 tys. zł ze Skarbu Państwa. Dodatkowo otrzymywał też pensję od ambasadora rosyjskiego Ottona Stackelberga.

W późniejszych latach Poniński wciąż wytrwale pracował nad swoim wizerunkiem jednej z najbardziej zdemoralizowanych postaci ówczesnego życia politycznego, dbając też gorliwie o zgromadzenie jak największych bogactw. Cóż z tego, kiedy jako nałogowy karciarz, nazywany królem faraona, cierpiał stale na brak pieniędzy. Karta mu nie szła, tracił kolejne tysiące i pałace, w 1782 r. stał się niewypłacalny. Nadal jednak grał.

W czasie Sejmu Czteroletniego Ponińskiego pociągnięto do odpowiedzialności za rolę, jaką odegrał w czasie pierwszego rozbioru. W czerwcu 1789 r. stanął przed sądem sejmowym, rok później ogłoszono go zbrodniarzem stanu i nieprzyjacielem ojczyzny, odebrano godności, urzędy, ordery, tytuł książęcy, szlachectwo, nazwisko. W ciągu 24 godzin miał opuścić Warszawę, w ciągu czterech tygodni kraj. Ostatnią darowaną dobę spędził na pijackiej libacji, po czym wyjechał z miasta i zaraz za rogatkami przebrał się w rosyjski mundur, ozdobiony rosyjskimi orderami. Udał się następnie do Lwowa, gdzie opublikował manifest w obronie złotej wolności.

Po obaleniu konstytucji majowej i objęciu rządów przez targowiczan Poniński natychmiast wyruszył do kraju, gdzie zapowiedziano jego rehabilitację. Musiał jednakże zrobić sobie przymusowy przystanek w Królewcu, dopadł go bowiem jeden z dłużników i dopóty trzymał, dopóki ten nie oddał mu pieniędzy. W kraju stał się narzędziem – którego to już ambasadora rosyjskiego – Jakoba Sieversa. Pomagał przekupywać posłów na sejmikach, wybierających posłów na sejm grodzieński. Nie zdołał jednak otrzymać upragnionego marszałkostwa sejmowego – cóż to byłoby za zwieńczenie kariery!

W czasie powstania Kościuszki, jako murowany kandydat do szubienicy, zniknął ze sceny, by po raz ostatni pojawić się w Warszawie po trzecim rozbiorze. Niegdyś faktyczny władca Polski, wówczas nędzarz tonący w długach. Utonął jednak nie w nich, lecz w rynsztokowych fekaliach. Czy wpadł tam pijany, czy z czyjąś pomocą, nie wiadomo. Nie spełniła się więc zapowiedź Franciszka Zabłockiego z fraszki poświęconej Ponińskiemu: „Nie frasuj się o jego ostatecznym zgonie, komu jest przeznaczone wisieć – nie utonie”.

Przywrócić rodowy honor

Biografia ojca nie stała się wzorcem dla Ponińskiego juniora. Co prawda, podobnie jak ojciec, był rozrzutny, po nim też odziedziczył miłość do kart, powszechną zresztą wśród szlachty schyłku Rzeczypospolitej, jednak przede wszystkim jego przymiotami były waleczność i honor. Po zakończeniu nauki zaczął karierę wojskową jako towarzysz Kawalerii narodowej. Nie przeszkodziło jej ułatwienie ojcu ucieczki z pałacu Krasińskich (nieudanej), gdzie przetrzymywano go w czasie toczącego się procesu. Pomoc tę usprawiedliwiono miłością synowską. Po najeździe Rosji na Polskę w 1792 r., która wsparła zdrajców targowickich, Poniński jako rotmistrz w kawalerii armii ks. Józefa Poniatowskiego dzielnie bił się na południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Był wśród pierwszych kawalerów Virtuti Militari. Po przystąpieniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego do targowicy, tak jak większość oficerów opuścił armię.

Wkrótce dał jednak znać o sobie targowiczanom. Kiedy jego ojciec wracał do gorliwej służby Rosji, on jako pierwszy, wraz z dwoma innymi byłymi oficerami, jesienią 1792 r. znieważył targowiczanina Dembowskiego, zmuszając go do zdjęcia szlifów oficerskich. Na sejmie grodzieńskim był jednym z najdzielniejszych opozycjonistów, odmówił zgody na rozbiór Polski, a w ferworze sporu z posłami godzącymi się na żądania rosyjskie spoliczkował posła żmudzkiego Dominika Kossakowskiego, za co osadzono go w areszcie domowym. Po zwolnieniu nie zaprzestał protestów, jednak wobec groźby aresztowania zbiegł z Grodna, bezskutecznie ubiegając się o wsparcie króla pogodzonego już z rozbiorem.

Po wybuchu powstania kościuszkowskiego Poniński natychmiast oddał się do dyspozycji Naczelnika, który mianował go generałem majorem. Cieszył się dużym zaufaniem Kościuszki, który zamierzał wysłać go do Warszawy, by objął dowództwo sprzysiężonych, do czego ostatecznie nie doszło, ponieważ warszawiacy uderzyli na garnizon moskiewski wcześniej. Szybko jednak przyszło zmierzyć się Ponińskiemu z Moskalami i wspierającymi ich Prusakami. 6 czerwca 1794 r. powstańcy spotkali się z nimi pod Szczekocinami. Poniński, który dowodził prawym skrzydłem polskim, umiejętnie opanował wkradający się w szeregi chaos i odparł natarcie znacznie liczniejszego wroga, odnosząc przy tym rany. Był niewątpliwie jednym z tych oficerów, dzięki którym szczekocińska batalia nie zakończyła się pogromem, lecz porażką bez poważnych konsekwencji, za co otrzymał pochwałę Naczelnika.

Poniński leczył rany we Lwowie, szybko jednak wrócił na pole walki, przedostając się do oblężonej przez Rosjan i Prusaków Warszawy. Znów odznaczył się męstwem, przeprowadzając zwycięski wypad na Szczęśliwice i Zbarż, gdzie wycięto pruską baterię, a działa zagwożdżono. Wkrótce Prusacy odeszli spod Warszawy, a za nimi wycofali się Rosjanie. Poniński, wysłany pod Zawichost z niewielką dywizją, nie zdołał co prawda przeszkodzić Rosjanom w przejściu Wisły, skutecznie jednak powstrzymał pod Józefowem wkraczających na Lubelszczyznę Austriaków. Za ten czyn otrzymał od Kościuszki pierścień Ojczyzna Obrońcy Swemu.

Poniński spieszy do Maciejowic

Tymczasem Kościuszko zdecydował się uderzyć na korpus gen. Iwana Fersena, który rozłożył się pod wsią Maciejowice nad Wisłą, oczekując tam na zbliżające się wojska feldmarszałka Suworowa. Naczelnik postanowił do tego nie dopuścić i wyruszył z Warszawy z zamiarem ostatecznego rozstrzygnięcia całej kampanii. Kilka godzin przed bitwą, w nocy z 9 na 10 października 1794 r., napisał do gen. Ponińskiego, którego dywizja stała w Białkach nad Wieprzem, prawie 40 km od Maciejowic, by maszerował do Życzyna i tam oczekiwał dalszych rozkazów.

Goniec dotarł do Białek dopiero o godz. 7 rano, już po rozpoczęciu bitwy. Poniński natychmiast zarządził wymarsz, szybko zresztą usłyszał kanonadę, która wskazywała kierunek. Na polach pod Maciejowicami trwała bowiem zażarta bitwa, która po kilku godzinach zmieniła się w rozpaczliwą obronę wojsk powstańczych przed masami Rosjan. Około południa, kiedy groziło im okrążenie, oficerowie Kościuszki zaczęli namawiać go do odwrotu. Ten jednak, wierząc w rychłe nadejście Ponińskiego, uparcie też wierny powziętej w Warszawie decyzji, odrzucił tę możliwość, mówiąc: „Nie masz tu miejsca do rejterady, tu się zagrzebać albo zwyciężyć potrzeba”. Minęła zaledwie chwila, kiedy dowodzący pułkiem ułanów płk Franciszek Wojciechowski stwierdził, że sumienie każe odprowadzić mu pułk do króla, bo tu zginie niechybnie, i uciekł do Warszawy. Rosjanie rozbijali tymczasem kolejne oddziały nieustępującej piechoty polskiej.

Do końca bili się artylerzyści, których heroizm wzbudził podziw gen. Denisowa, dowodzącego rosyjskim natarciem. W obliczu śmierci, bez osłony piechoty, do końca obracali działa, rażąc ogniem nacierających Moskali. Jeszcze do rozpaczliwego natarcia rzucił się płk Jan Krzycki, uderzając na Rosjan z regimentem grenadierów krakowskich – czyli kosynierów. Załamaniu się ataku i śmierci Krzyckiego biernie przyglądały się kolejne oddziały jazdy polskiej, by za chwilę podążyć za ułanami. Kiedy Kościuszko chciał z resztą kawalerii wesprzeć ginącą piechotę, ta zbiegła w panice śladem poprzedników. Podążył z nią, chcąc nie chcąc, i Kościuszko z garstką oficerów. Osaczony przez kozaków bronił się, lecz w końcu ciężko ranny został wzięty do niewoli.

W czasie tych dramatycznych zmagań Poniński uparcie dążył na pole walki, wciąż pospieszając żołnierzy, co wspominał idący wśród nich późniejszy dyktator powstania listopadowego Józef Chłopicki. Kiedy w południe dywizja zbliżała się do Życzyna, kanonada artyleryjska ucichła, a wkrótce pokazali się rozbitkowie spod Maciejowic, do których Ponińskiemu brakowało mniej niż 12 km. W tej sytuacji zarządził postój, a potem, zbierając niedobitków, wycofał się do Warszawy.

Czy Poniński mógł zdążyć na pole bitwy z odległych o 40 km Białek, by odwrócić jej losy i losy powstania? Jak pisał historyk Wojciech Mikuła, „oddziały Ponińskiego przeszły w ciągu sześciu godzin prawie 30 km, a więc odległość, którą w czasach insurekcji wojska wykonywały w dwóch, a nawet trzech dziennych przemarszach […]. Żołnierze dywizji nadwiślańskiej maszerowali z prędkością 5 km na godzinę. Szli jednak po wąskich, piaszczystych drogach”, ścierając się z podjazdami wroga.

Przede wszystkim jednak Kościuszko wydał generałowi rozkaz zbyt późno, co najpewniej wynikało z mylnej oceny odległości dzielącej wojska Naczelnika od dywizji Ponińskiego. Wiadomo, że Kościuszko korzystał z niedokładnej mapy Perthesa. Dokładniejszą miał król Stanisław. Kiedy jednak Naczelnik przed wyruszeniem z Warszawy zwrócił się z prośbą o jej wypożyczenie, Poniatowski okazał wyjątkowy jak na niego upór i odmówił. I to zdarzenie dostrzegł niezrównany Kaczmarski, według którego na pokorną prośbę Naczelnika król odpowiedział: „Ostatniej mapy nie dam kłuć chorągiewkami/Co oznaczają wojska, których nie mam już!/Rzekł król i Polskę zwinął w rulon, a pergamin/Jak muszla schował w sobie szum Jej obu mórz/Więc z niczym wybiegł wódz, o gniew wołając boży…”.

Winny klęski?

Poniński zrobił wszystko, by wypełnić rozkaz Kościuszki, jednak opinia publiczna, która nie dopuszczała nawet myśli, że Naczelnik mógłby popełnić jakiś błąd, oskarżyła generała o celowe spowodowanie klęski. Szkalowano go, pomówiono o przekupstwo, do którego miało dojść we Lwowie, kiedy leczył rany odniesione pod Szczekocinami, oskarżono o zdradę, zarzucając mu, że nie przybył na pole bitwy – co w czasie walki zapowiadał żołnierzom Kościuszko (Kitowicz zanotował plotkę, jakoby Poniński stał dwie mile od Maciejowic!). Generała aresztowano. W zapale oskarżeń nikt nie zapytał, jak to się stało, że w Warszawie znalazła się niemal cała kawaleria, którą Kościuszko zabrał pod Maciejowice.

Poniński nie uląkł się oszczerstw i napisał do następcy Kościuszki – Tomasza Wawrzeckiego – że jako żołnierz i obywatel „najmniejszej plamy nigdy nienoszący, tylekroć narażając życie dla ojczyzny, domagam się natychmiastowego sądu. Umrzeć dla mnie jest niczym, ale zostawać w opinii publicznej żem zdrajca [...] jest to dla mnie gorzej niż tysiąc śmierci” – dodawał. Uniewinniono go krótko przed szturmem rosyjskim na Pragę, lecz w zamieszaniu po rzezi praskiej nie zwolniono z aresztu. Sam nie chciał go opuścić bez zgody Wawrzeckiego, uważając, że to niehonorowe. W końcu na dane słowo, za zgodą króla, wyjechał za wojskiem powstańczym do Radoszyc, gdzie nastąpił kres insurekcji.

Wyrok uniewinniający nie był znany powszechnie, oskarżenie – tak. Znalazło ono chociażby wyraz w wierszu Stanisława Doliwy Starzyńskiego, który klęskę przypisywał „chciwej złota pańskiej ręce”, co było czytelną aluzją do Ponińskiego. W 1795 r. sąd obywatelski, złożony z 20 oficerów pod przewodnictwem gen. Michała Wielhorskiego, zebrany w sali lwowskiej restauracji Hechta, jednogłośnie uwolnił generała od winy.

Sprawa odżyła jednak po kilku latach, kiedy w książce francuskiego autora L.P. Ségura, znanej w środowisku polskim, znalazło się najpierw podejrzenie, a w kolejnym wydaniu pewność, że generał zdradził powstanie i naczelnika. W 1803 r. Poniński przybył zatem do Paryża, gdzie wówczas mieszkał Kościuszko, i poprosił go o wydanie jednoznacznej opinii w tej sprawie. Naczelnik zasłonił się niepamięcią i brakiem dostępu do dokumentów. Wystawiając Ponińskiemu dobre świadectwo za odwagę pod Szczekocinami, stwierdzał równocześnie, że w przypadku Maciejowic wydał kilka rozkazów przybycia jego dywizji, na co wielce liczył i to nie zostało wykonane. Rzecz jasna nie mógł wiedzieć, że do Ponińskiego dotarł tylko jeden rozkaz – ten, po którym natychmiast ruszył on na plac boju.

Generał stracił cierpliwość i zarzucił Kościuszce, że działał bez planu i że to on ponosi odpowiedzialność za klęskę maciejowicką. Jednocześnie podkreślał, że to rozpacz przywiodła go do wyrażenia tak ostrej opinii. Swój list zakończył pojednawczo: „Póki naród polski będzie narodem, póty imię Kościuszki ulubione wszystkim pokoleniom będzie hasłem ojczyzny, jej nadziei, jej nieśmiertelnego bytu”. Kościuszko – mimo to – poczuł się obrażony i wyzwał Ponińskiego na pojedynek. Ostatecznie, wskutek mediacji świadków tego sporu, Naczelnik przyjął przeprosiny generała, po czym sporządził zaświadczenie, w którym ponownie podkreślił męstwo Ponińskiego okazane w powstaniu. Nie przyznał się jednak do jakiegokolwiek własnego błędu, tj. do zbyt późnego wydania rozkazu i trwał przy opinii, że Poniński go nie wykonał. Nie wnikano już, że przybycie na pole bitwy w tak krótkim czasie było niemożliwe – obaj zgodzili się na kompromis, korzystny przede wszystkim dla Kościuszki, i udali do Ségura, który obiecał w kolejnym wydaniu książki sprostować błędy krzywdzące Ponińskiego. To jednak nastąpiło dopiero w 1824 r., gdy obaj adwersarze już nie żyli.

Chociaż w następnych latach nie oskarżano już Ponińskiego o zdradę, to nadal przypisywano mu udział w klęsce i milczano o błędach Naczelnika. Obecnie nikt raczej nie kwestionuje twardego sądu Wojciecha Mikuły, że „klęska była wynikiem błędów poczynionych przez samego Kościuszkę i to jeszcze w toku wyprawy maciejowickiej, a nawet w czasie przygotowań do niej. To one spowodowały, że dywizja prowadzona przez Naczelnika została zaskoczona nagłym atakiem przez liczniejszego i lepiej dowodzonego przeciwnika i to w terenie niedogodnym do długotrwałej obrony”.

Wróciwszy z Paryża, Poniński osiadł w Tulczynie jako rezydent syna marszałka konfederacji targowickiej Jerzego Szczęsnego Potockiego, nałogowego hazardzisty. Spędził tam ostatnie 11 lat życia. Wiadomo o nich tylko tyle, że namiętnie oddawał się grze w karty. Nie był jeszcze człowiekiem starym, jednak nie brał już udziału w życiu publicznym. Trudno mu jednak poczytywać to za złe, wiedząc, z jakim poświęceniem bił się w 1794 r. i jak mu za to podziękowano.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 12/2014
Artykuł został opublikowany w 12/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0