PRLAptekarze - wrogowie dwóch reżimów

Aptekarze - wrogowie dwóch reżimów

Apteka szpitalna, lipiec 1936 r.
Apteka szpitalna, lipiec 1936 r. / Źródło: NAC
Dodano
Aptekarz, jako inteligent i prywaciarz, był wrogiem najpierw Niemców, a później komunistów. Komunistyczna władza, przejmując prywatne apteki, zarekwirowała wszystko - od leków, przez składniki do ich przygotowania, po pieniądze z kas. Farmaceuci zostali potraktowani jak przywiązani do ziemi chłopi pańszczyźniani. Nie wolno im było zmienić zawodu ani miejsca zamieszkania. Porzucenie pracy, czy utrudnianie przekazania apteki i zgromadzonego w nim mienia, traktowane było jak sabotaż i zagrożone karą wieloletniego więzienia.

Aptekarze w danej Polsce cieszyli się sporym autorytetem. To nie byli prości sprzedawcy leków. Do nich przychodziło się po radę w sprawie drobnych schorzeń i urazów. Aptekarze brali na siebie część odpowiedzialności za stan zdrowia lokalnych społeczności. Im mniejsza ta społeczność, tym większa była odpowiedzialność, ale też szacunek i prestiż. To nakładało na tę grupę zawodową kolejne obowiązki. Aptekarze zrzeszeni w swoich izbach często wpływali na sprawy ogólne, które daleko wykraczały poza sprzedaż leków.

Wróg Niemców i komunistów

Aptekarz to był autorytet. Ktoś kto posiadł skomplikowaną - tajemną wiedzę o działaniu tych wszystkich pigułek, maści i mikstur. Potrafił z prostych składników sporządzić lek, który czynił życie lepszym. Jeśli nie lepszym, to w każdym razie znośniejszym. Ten autorytet powodował, że głosu aptekarza słuchano uważnie. Bywał powiernikiem lokalnej społeczności, także jej przewodnikiem. Zajmował bardzo wysokie miejsce w hierarchii społecznej, a to rodziło zobowiązania.

W czasie II wojny światowej wielu polskich aptekarzy czynnie wspomagało ruch oporu. Farmaceuci prowadzili konspiracyjne szkolenia sanitarne. Często bezpłatnie przekazywali walczącym partyzantom leki i środki opatrunkowe. Szacunek jakim się cieszyli i łatwość z jaką mogli nawiązywać rozliczne kontakty i czynne zaangażowanie w konspirację były jedną z przyczyn, dla których Niemcy starali się, żeby apteki były przejmowane przez niemieckich farmaceutów. Okupanci dobrze wiedzieli, że aptekarze należeli do elity i mieli wielki wpływ na morale społeczeństwa. I przez to byli niebezpieczni.

W 1945 roku polskie apteki, a raczej to co z nich zostało, stawały się łupem „wyzwalającej” kraj Armii Czerwonej. Wkraczający do polskich miast sowieccy żołnierze często pierwsze kroki kierowali właśnie do miejscowej apteki. Na miejscu wypijali wszystko, co pachniało alkoholem. Reszta była konfiskowana na potrzeby wojska.

W rzeczywistość PRL-u środowisko to, podobnie zresztą jak inne grupy zawodowe polskiej inteligencji, weszło zdziesiątkowane. Ci którzy przeżyli, nie mieli lekko. Schorowani i wyniszczeni wojną ludzie potrzebowali łatwego dostępu do tanich leków. A władza ludowa była w tej sprawie całkowicie bezradna. Przemysł farmaceutyczny praktycznie nie istniał. Zniszczone fabryki wymagały wielkich nakładów na odbudowę. Te które ocalały nie mogły podjąć produkcji leków, bo były pozbawione dostępu do surowców. Jedyną grupą zawodową zdolną zaspokoić te potrzeby byli drobni aptekarze. Tylko oni potrafili w swoich przyaptecznych laboratoriach przygotować wiele podstawowych leków.

Utuczyć przed zarżnięciem

I chociaż w nowej rzeczywistości farmaceuci postrzegani byli przez ówczesne władze jako grupa zawodowa z natury nieprzychylna nowemu ustrojowi, komuniści musieli pogodzić się z szybkim odradzaniem się prywatnych aptek. W pierwszych latach po wojnie uznali, że tych sympatyków imperializmu trzeba zostawić w spokoju. Co więcej, pozwolić im działać. Na razie!

Powodów takiego stanu rzeczy było kilka. Zasadniczym był fakt, że do tego zawodu nie można było, tak jak działo się w wielu innych branżach, wprowadzić z dnia dzień ludzi z awansu społecznego. Potrzebni byli wysokiej klasy specjaliści. Po drugie, otwarcie apteki, oprócz fachowej wiedzy i doświadczenia, zawsze wymagało znacznych środków finansowych. A z tym w PRL-u zawsze było kiepsko. Zdając sobie sprawę, jak ważny jest dla społeczeństwa dostęp do leków i wiedząc, że państwo nie jest w stanie go zapewnić, komuniści po prostu nie mieli wyjścia.

Aptekarze byli nieufni. Bali się, że podzielą los innych prywatnych przedsiębiorców i handlowców, których mienie przejmowało socjalistyczne państwo. Aptekarze widzieli jaki los spotykał ich sąsiadów - właścicieli zakładów rzemieślniczych, handlowców, przemysłowców. Obserwowali reformę rolną i walkę z kułactwem. Zdawali sobie sprawę, że w komunistycznej rzeczywistości każda prywatna własność jest władzy nie na rękę.

Do oficjalnych zapewnień, że mogą spokojnie rozwijać swoja działalność, podchodzili z rezerwą. W środowisku głośno mówiło się o rychłej nacjonalizacji aptek i wprowadzeniu państwowego monopolu na ich prowadzenie. Pogłoski te dementowała ówczesna propaganda. W prasie pojawiały się artykuły zapewniające, że przejęcie przez państwo aptek nie leży ani w interesie państwa, ani w interesie klasy pracującej, czyli pacjentów. Komuniści wiedzieli, że sprawa jest bardzo poważna, dlatego do boju ruszył sam Hilary Minc, ówczesny minister przemysłu.

Minc, który później wsławił się przeprowadzeniem „bitwy o handel” i zabiciem wszelkiej prywatnej inicjatywy, już jesienią 1945 roku wydał na łamach branżowego pisma oświadczenie, w którym zapewniał, że aptekarze mogą czuć się bezpieczni.

Tyle, że Minc był cynicznym graczem i bezwzględnym aparatczykiem, który idee uspołecznienia przemysłu i handlu wprowadzał bez względu na cenę, jaką przyszło płacić właścicielom nacjonalizowanych przedsiębiorstw.

Zdani na siebie, pozbawieni „opieki” państwa aptekarze szybko stanęli na nogi. Odrodził się samorząd zawodowy. Mimo wielkich trudności z zaopatrzeniem w surowce i gotowe leki, apteki zaczęły normalnie funkcjonować. W socjalistycznej rzeczywistości, gdzie państwo przejmowało fabryki, rozkułaczało zamożniejszych rolników, likwidowało prywatny handel i walczyło z rzemieślnikami, apteka stała się ostatnią wyspą wolnego rynku i miejscem, gdzie ludzie przychodzili po poradę. Nie tylko w sprawach zdrowotnych.

Komunistyczna władza ten stan tolerowała przez pięć lat. Było to bardzo cyniczne działanie. Chodziło, o to, żeby dać aptekarzom czas na odbudowanie „substancji aptecznej”, a sobie na wykształcenie nowych kadr. Komuniści tym razem uzbroili się w cierpliwość, która była, jak to się miało okazać, cierpliwością wilka, pozwalającego barankowi, żeby się utuczył. Tolerując rozwój aptek nie zostawili ich właścicieli bez kontroli. Aptekarze, jako element politycznie niepewny, byli pod dyskretną, ale stałą, opieką Urzędów Bezpieczeństwa i referatów finansowych. Władza szykowała się do skoku.

Wrogowie ludu

8 stycznia 1951 roku Sejm skończył z prywatą polskich aptekarzy. Na mocy ustawy „O przejęciu aptek na własność państwa” zostali z dnia na dzień pozbawieni dorobku często kilku pokoleń. Tego samego dnia do Prezydiów Wojewódzkich Rad Narodowych trafiło pismo, w którym Minister Zdrowia nakazuje natychmiastowe przejęcie aptek. Od tego dnia apteka stała się formalnie placówką służby zdrowia i jako taka nie mogła pozostać w rękach prywatnych. Akcja nacjonalizacji aptek była świetnie przygotowana.

9 stycznia w teren wyruszyły specjalne komisje zaopatrzone w kopie tego pisma, których zadaniem było poinformowanie o nowych przepisach właścicieli i pracowników aptek i natychmiastowe przejecie ich mienia.

Aptekarz już oficjalnie stał się wrogiem ludu! Burżujem żerującym na klasie pracującej, dorabiającym się na trudnej sytuacji ludzi chorych. Władze ogłosiły, że to właśnie właściciele prywatnych aptek byli bezpośrednio odpowiedzialni za bark „środków leczniczych”. Zdaniem Ignacego Kelnera, dyrektora Departamentu Zaopatrzenia i Farmacji w Ministerstwie Zdrowia, zmiany były konieczne, bowiem „apteki prywatne coraz gorzej wywiązywały się ze swoich zadań. Coraz częstsze były przypadki braku środków leczniczych, a w tym samym czasie na magazynach hurtu farmaceutycznego gromadziły się znaczne remanenty tych leków, których brak było w aptekach prywatnych. (…) taka sytuacja zmusiła Państwo do przedsięwzięcia środków mających na celu przywrócenie normalnych stosunków na odcinku aptecznym, aby zabezpieczyć interesy szerokiego ogółu obywateli, a przede wszystkim świata pracy” - czytamy w piśmie dyrektora Kelnera uzasadniającym decyzję o nacjonalizacji aptek. Od tego czasu wszystko miało się zmienić. Oczywiście na lepsze.

Dyrektor Kelner zapowiadał, że przejęte pod zarząd państwa apteki zostaną zaopatrzone w duże ilości i szeroki asortyment podstawowych leków. Do tego leki miały być o wiele tańsze.

Na „odcinku aptecznym” miał od tego czasu zapanować socjalistyczny dobrobyt. Państwo wreszcie mogło włączyć do socjalistycznej gospodarki wielką, liczącą 1 555 placówek handlowych, sieć.

Jak zawsze w takich sytuacjach do akcji włączyła się prasa. Czytelnicy gazet dowiadywali się, że aptekarz do którego od lat chodzili po radę i pigułki, to obcy klasowo paskarz i wyzyskiwacz. Dziennikarze rozpisywali się o licznych nadużyciach, zdzierali z twarzy farmaceutów maski, pod którymi ukrywali oni wrogi stosunek do pacjentów. Pacjent dowiadywał się, że każda prywatna apteka była nastawiona na maksymalny zysk, a jaj właściciele przez te lata kiedy społeczeństwo budowało socjalizm, nie robili nic innego jak tylko pasożytowali na zdrowej takce społecznej. Kosztem ludzi chorych i starych nabijali sobie kabzy.

Co więcej, to właśnie oni byli odpowiedzialni za niedobry leków. Do tej pory świadomie uchylali się od ich sprzedaży, bowiem handel medykamentami przynosi mały dochód, dlatego woleli apteczne półki zastawiać innymi towarami. W trosce o człowieka pracy, władza ludowa musi wreszcie zrobić z tym porządek. „Tak więc już żadne materiały drogeryjne, ani towary kolonialne nie znajdą się na aptecznych półkach, które zalegały tam zamiast leków mających poprawić zdrowie ludzi pracy” - ogłaszało triumfalnie „Słowo Ludu” w styczniu 1951 roku.

Rabunek w biały dzień

Sami aptekarze zostali tą sytuacją zaskoczeni. W jednej chwili socjalistyczne państwo pozbawiło ich nie tylko dorobku, ale i środków dożycia. Państwowe komisje przejmowały nie tylko prywatne lokale, ale także zgromadzone za prywatne pieniądze leki i surowce służące do wyrobów medykamentów. Przepadkowi podlegały też zgromadzone w kasach pieniądze! Były to często jedyne środki jakimi dysponowali farmaceuci. Znane są przypadki, że aptekarz przez pierwsze miesiące po nacjonalizacji, żył z tego co mu ofiarowali pacjenci pamiętający jego dawne zasługi dla lokalnej społeczności.

Właściciele i pracownicy aptek stali się zakładnikami państwowego systemu. Nowe przepisy nie tylko pozbawiały ich własności, ale ograniczały wolność. Farmaceuci zostali potraktowani jak przywiązani do ziemi chłopi pańszczyźniani. Nie wolno im było zmienić zawodu ani miejsca zamieszkania. Porzucenie pracy, czy utrudnianie przekazania apteki i zgromadzonego w nim mienia traktowane było jak sabotaż i zagrożone karą wieloletniego więzienia. W tych przepisach czuć było ducha Hilarego Mincla, który w tym czasie awansował na stanowisko ministra odpowiedzialnego za sprawy gospodarki narodowej, a jako członek Komisji Bezpieczeństwa KC PZPR ściśle współpracował z osławionymi Jakubem Bermanem i Stanisławem Radkiewiczem, którzy z rozkoszą zajmowali się niepokornymi burżujami i pilnowali żeby uwłaszczeni aptekarze nadal pozostawali pod troskliwą opieką bezpieki.

Dotychczasowi właściciele aptek w najlepszym wypadku stawali się ich kierownikami i byli poddani ścisłej kontroli wydziałów zdrowia. Zamiast zawodowego etosu, zaczęło obowiązywać socjalistyczne współzawodnictwo pracy.

Aptekom narzucono odgórnie plany zadaniowe. Ci, którzy je wykonywali, otrzymywali zaszczytny tytuł przodownika pracy socjalistycznej. Tym, którym się to nie udawało, przysyłano kontrole.

Kiedy już państwo przejęło apteki, urzędnicy uznali, że teraz przyszedł czas na ich unowocześnienie. „Specjaliści” z powołanej do życia Centrali Aptek Społecznych, szybko rozpoczęli walkę z indywidualnym charakterem podległym im placówek. Przecież nie mogło być tak, że każda apteka wygląda inaczej. Przyszedł czas na zerwanie z dotychczasowym, drobnomieszczańskim charakterem aptek. Działające przez dziesiątki lat w jednym miejscu apteki wyposażone w stare, często zabytkowe, robione na indywidualne zamówienie meble, musiały przejść gruntowną przemianę. Socjalizm to przecież nie jest ustrój dla indywidualistów! To się zawsze źle kojarzyło. Stary mebel, to oznaka burżuazyjnego stylu życia. Wypracowana przez pokolenia tradycja miała ustąpić miejsca nowoczesności i duchowi socjalizmu. Stare, wyposażenie miało trafić na śmietnik, tak jak cały burżuazyjny świat. Znakiem czasu miała być wszechobecna lada, która zastępując tradycyjny stół farmaceutyczny, miała symbolizować otwarcie aptekarza na społeczeństwo i jego przynależność do klasy pracującej. Na szczęście chroniczny brak pieniędzy i niemoc przemysłu meblarskiego skutecznie zatrzymały te zapędy.

To jednak nie zrażało gorliwszych urzędników.

Dyrektor dolnośląskiego oddziału Centrali Aptek Społecznych uznał, że skoro nie ma możliwości szybkiej wymiany aptecznych mebli, zmian należy dokonywać powoli. Dlatego ma początek nakazał usunięcie ze starych mebli metalowych tabliczek z nazwami leków. Powód tej decyzji był tyleż prosty, co kuriozalny. Nazwy leków pisane były po łacinie, do tego często pismem gotyckim, a to było nie do zaakceptowania, bowiem i język ten (powszechnie używany w Kościele katolickim) i krój liter (kojarzący się z Niemcami), są obce klasowo i przez to szkodliwe. Przypominają o niechlubnej przeszłości i onieśmielają korzystającego z apteki prostego człowieka pracy, który nie jest w stanie owych napisów zrozumieć.

Nowa sytuacja polskich aptek nie poprawiła dostępu ludzi do leków. Państwowy przemysł farmaceutyczny, tak jak cała uspołeczniona gospodarka, ciągle borykał się z „przejściowymi trudnościami”. Chronicznie brakowało prawie wszystkich środków do produkcji nawet najprostszych leków. Najgorzej było z lekami wymagającymi w produkcji „wkładu dewizowego”. Wiadomo, że PRL nie miał ich za dużo, a przecież państwo miało też inne, ważniejsze potrzeby. To musiało się odbić na kondycji zdrowotnej zwykłych ludzi. Tym bardziej, że aptekarze, którzy zawsze część potrzeb lokalnej społeczności zaspakajali własnym przemysłem produkując na miejscu proste leki, zostali pozbawieni i tej możliwości. Państwowa Centrala Aptek Społecznych i nadzorowane przez nią hurtownie farmaceutyczne nie były w stanie dostarczyć aptekarzom materiałów, które wcześniej zdobywali na własną rękę. Teraz, jako pracownicy państwowego przedsiębiorstwa, nie mogli tego robić. Leki, jak niemal każde dobro, stały się towarem deficytowym. Socjalistyczna gospodarka i podporządkowanie aptek urzędnikom spowodowało, że zdobycie leku w latach pięćdziesiątych było trudniejsze niż zaraz po wojnie.

Ówczesna propaganda nie pozastawiał złudzeń. Tym razem winnymi zapaści na rynku leków stały się nastawione na zysk zachodnie koncerny farmaceutyczne, które żądały od socjalistycznego państwa ogromnych pieniędzy za dostarczane leki. Pozbawiony dostępu do leków pacjent czytał w gazetach, że to też był element walki imperialistów z triumfującym w Polsce komunizmem! Za to w całym kraju zaczęły obowiązywać państwowe ceny, które nijak się miały do rzeczywistych kosztów ich produkcji, dystrybucji i kosztów funkcjonowania samych aptek.

Jednym ze skutków przeprowadzonej w styczniu 1951 roku „reformy” był bezpowrotny upadek etosu zawodu aptekarza. Co prawda nadal doradzali pacjentom się w sprawie leków, a częściej ich substytutów, jednak sami aptekarze na całe dziesięciolecia zrezygnowali z wpisanej przez pokolenia w ten zawód tradycji angażowania się w sprawy społeczne.

Aptekarz został, podobnie jak większość ludzi w PRL-u, pracownikiem najemnym, do tego marnie opłacanym. Praca wysoko wykwalifikowanych fachowców wyceniana była nieznacznie lepiej niż ekspedientów zatrudnionych na przykład w sklepach tekstylnych.

Dezintegracja środowiska była też efektem zlikwidowania Izb Aptekarskich, samorządu zawodowego, który przed wojną zajmował się nie tylko sprawami samych farmaceutów, ale także inspirowaniem działalności kulturalnej, oświatowej, charytatywnej i społecznej.

Artur Guzicki

 0

Więcej historii