PRLSkazany na śmierć za Bieruta, wrócił do akcji w stanie wojennym

Skazany na śmierć za Bieruta, wrócił do akcji w stanie wojennym

Leszek Mroczkowski
Leszek Mroczkowski
Dodano
Ja miałem nadzieję nawet wtedy, gdy mieli mnie zabić w latach 50-tych. Nawet wtedy wierzyłem, że będzie III wojna światowa i się z nimi policzymy. A jak wprowadzili stan wojenny, to też wierzyłem, że jeszcze chwila i rozliczymy komunę. No niestety, nie do końca to się sprawdziło po ‘89 roku...

PIOTR WŁOCZYK: Jak wypadają pana doświadczenia z bezpieką w okresie stanu wojennego na tle tego, co przeszedł pan po wojnie?

LESZEK MROCZKOWSKI: Na przełomie 1951/52 roku przeszedłem śledztwo na UB, więc na tym tle esbecja z l. 80-tych to byli chłopcy, którzy prowadzili ze mną kulturalne rozmowy. W stanie wojennym przesłuchiwał mnie oficer o imieniu Andrzej. Ten człowiek prowadził też sprawę m.in. Ewy Tomaszewskiej, dzisiejszej posłanki. W czasie stanu wojennego nie było tygodnia, żeby mnie nie wzywali na komendę. Porucznik Andrzej grzecznie mówił: „Panie Leszku, przecież pan jest porządny człowiek, tylko żonę ma pan nic nie wartą. Niech się pan z nią rozejdzie”. Doskonale wiedział, że moja żona jeszcze bardziej udzielała się w „Solidarności”. Straszyli mnie, że mi dzieci zabiorą. A ja na to: „Panie, chcecie je zabrać jeszcze dziś, czy dopiero jutro po nie przyjedziecie?” Chyba trochę ich to zdziwiło (śmiech).

Pewnie w latach 50-tych nie pozwoliłby pan sobie na takie żarty.

To już nie były czasy, kiedy „bandytów” takich jak ja się maltretowało, zabijało. Wtedy, w latach 50-tych nie miałem nawet czasu, żeby pomyśleć o robieniu sobie żartów przed ubolem, bo na „dzień dobry” dostawało się pięścią w twarz albo kopa w brzuch i padało się na podłogę. Po takim „powitaniu” nie było już z nimi jak żartować.

Za działalność w oddziale specjalnym odpowiedzialnym za przerzut żołnierzy podziemia na Zachód został pan na mocy wyroku Wojewódzkiego Sądu Wojskowego we Wrocławiu skazany w 1952 roku na śmierć. Miał się pan „zresocjalizować” i przestać szkodzić ludowej ojczyźnie, ale w latach 80-tych znowu zszedł pan na ścieżkę oporu. Nie miał pan już dość problemów?

W l. 50-tych karę śmierci zamienili mi na na 12 lat, ale w 1957 roku zwolnili mnie na mocy „amnestii”. Gdy wybuchła „Solidarność” nie mogłem siedzieć spokojnie.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Pracowałem wtedy – od 1970 roku – w Zakładach Elektronicznych Tewa w Warszawie. To tam zaczęła się moja współpraca z „Solidarnością”. W Tewie zatrudniony byłem w dziale inwestycyjnym. Byłem pracownikiem biurowym.

Chyba nie było u pana łatwo ze znalezieniem i utrzymaniem pracy?

Latami nie miałem pracy. Były okresy, gdy ja, dorosły mężczyzna, byłem na utrzymaniu mamy. Kolejni pracodawcy szybko się dowiadywali o mojej przeszłości. Przeważnie wzywał mnie personalny i mówił: „proszę pana, złoży pan wymówienie albo my pana wyrzucimy”.

Jeszcze w 1969 roku podjąłem pracę w szpitalu na Szaserów. Po trzech miesiącach mnie stamtąd wyrzucili. Jakoś tak się złożyło, że Dział Personalny w Tewie był mało czerwony i przymykali na mnie oko. A przecież na pewno wiedzieli, o wyroku, jaki mi zasądziła ludowa ojczyzna.

Właśnie w Tewie współorganizowałem w 1980 roku komitet strajkowy. A później, od 1982 roku byłem członkiem MRKS (Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności), który był oczywiście strukturą podziemną.

Razem z żoną byliśmy w „Solidarności”. Ewa była bardzo waleczną kobietą. Niestety, żona zmarła w zeszłym roku. Zdążyła jeszcze odebrać Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i Krzyż Wolności i Solidarności.

W Encyklopedii Solidarności napisano o panu m.in.: „organizator hurtowego punktu kolportażu wydawnictw podziemnych”. Co się kryje za tym jednym zdaniem?

To jest cała historia! Na początku nie potrafiłem za bardzo znaleźć swojego miejsca w ramach tego wielkiego antykomunistycznego ruchu społecznego. Chciałem działać wszędzie, ale tak się przecież nie da. W końcu postanowiliśmy z żoną, że zajmiemy się kolportażem. Właśnie dzięki MRKS-owi włączyliśmy się do kolportażu ogólnopolskiego. Ale jeszcze zanim to nastąpiło, zanim zaczęli do nas do mieszkania zwozić gazety, to wstawili mi do kuchni powielacz. Przychodziło tu dwóch ludzi i ryzę papieru obrabiali od 22 do 2-3 nad ranem. Potem kładli się na podłodze i spali do rana. Ale tak właściwie to od strony organizacyjnej tym kolportażem zajmowała się moja żona. Ja byłem w tej całej operacji raczej na zasadzie „przynieś, wynieś, pozamiataj”.

Wpływały do nas gazety w naprawdę dużych ilościach. Przywozili je ludzi z MRKS-u. Niektóre przychodziły bezpośredni z drukarni, bo śmierdziało mi potem w domu farbą. Bywało, że pół mieszkania było zastawione paczkami po 50-200 sztuk. Po te paczki zaczęli do nas przyjeżdżać ludzie z całej Polski. Trafiał do nas np. „Tygodnik Mazowsze” i „Robotnik” - było to pismo wydawane przez MRKS.

W ten oto sposób tu, w tym małym, dwupokojowym mieszkaniu na Bielanach, zrobił się punkt rozdzielczy prasy. A przecież mieszkałem tu z żoną i trójką dzieci. Nawet nie wiem, kto przynosił te gazety, bo przecież nikt nie pytał o nazwisko. Zwykle wyglądało to tak: pukanie do drzwi, słyszę „pan Leszek”? I ten ktoś rzucał paczkę na wycieraczkę i szybko znikał. Kolportaż trwał mniej więcej do 1986 roku. Ale były okresy, że niczego nie mieliśmy w domu, bo robili nam rewizje.

13 grudnia zabił w panu entuzjazm?

Nie. Telefon nam wyłączyli, telewizja nie działała. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Przybiegł do mnie kolega z „Solidarności”: „czołgi na ulicach stoją!” Ludzie byli zdezorientowani, jak wprowadzili stan wojenny. Wiedzieliśmy, że coś się stanie, ale stanu wojennego chyba nikt się nie spodziewał. No bo jak to? Żeby wojnę własnemu narodowi wypowiedzieć?

Ja miałem nadzieję nawet wtedy, jak mieli mnie zabić w latach 50-tych. Nawet wtedy wierzyłem, że będzie III wojna światowa i się z nimi policzymy. A jak wprowadzili stan wojenny, to też wierzyłem, że jeszcze chwila i rozliczymy komunę. No niestety, nie do końca to się sprawdziło po ‘89 roku...

Często pana wtedy zatrzymywali?

Co tydzień miałem się stawiać na komendzie, natomiast oni sami w stanie wojennym zatrzymali mnie jeden raz. Moją żonę zgarnęli za to dwa razy.

Aresztowali mnie na klatce schodowej, gdy wracałem z pracy. Pod drzwiami czekało na mnie dwóch smutnych panów. Trafiłem na komendę na Pradze. To było całkiem zabawne, bo oni wiedzieli na temat tego punktu kolportażowego więcej niż ja. Chcieli się tylko dowiedzieć, kto odbierał prasę. A ja oczywiście nic nie wiedziałem. „Panie, ja nietutejszy” - w tym stylu im odpowiadałem.

Wspomniał pan, że byli w miarę grzeczni. Czyli obyło się bez bicia?

Tak. Ale nie miałem aż tyle szczęścia, żeby zupełnie bez siniaków przeżyć stan wojenny. Byliśmy na jakimś pochodzie na Starym Mieście. Dopadli nas na Świętojerskiej i stłukli okropnie. Plecy miałem całe sine. Żona też dostała pałką, ale na szczęście mniej. Moja żona to w ogóle była dzielna dziewczyna, ona się niczego nie bała. Myślę, że więcej w „Solidarności” zrobiła ode mnie.

Ewę wyciągnęli w stanie wojennym z pochodu trzeciomajowego. Poszła tam z małym dzieckiem w wózku. Wyciągnęli ją z tłumu, ale bez dziecka... Na szczęście znajomi zajęli się małą i przywieźli mi ją do domu. Ewa wróciła do domu po 24 godzinach.

A później, jak pod katedrą św. Jana dostałem z sikawki, to trzy kozły wywinąłem po bruku. Nie spodziewałem się, że taka może być siła wody. Wtedy jednak byłem jeszcze młody – dopiero 50 lat miałem – więc człowiek szybko się zbierał po takich akcjach (śmiech).

Dużo się wtedy działo. Krzysztof Wolf z MRKS przyjeżdżał do mnie z aparatem nadawczym i nadawaliśmy z mojego mieszkania radio „Solidarność”. Ta radiostacja mieściła się w teczce. Na kasecie mieliśmy nagraną audycję Zofii Romaszewskiej i w ten sposób puszczało się to dalej. Jeszcze naprzeciwko nie było tych bloków. Kiedyś włączyliśmy radiostację, leci melodia „Siekiera, motyka” i naraz słyszę, jak ktoś wali do drzwi. Myślę sobie: „chłopaki, to żeśmy wpadli”. A to była moja sąsiadka: „Panie, co tu się wyrabia, u mnie w telewizorze jakieś dziwne głosy się odzywają” (śmiech). Było wtedy sporo złych chwil, ale zdarzały się też momenty całkiem zabawne.

Dwa pokoiki z kuchnią, ale trochę się tu działo...

Jakby tego wszystkiego było mało, to ukrywało się u nas przez pewien czas kilka osób. Zbigniew Romaszewski był tu przez kilka dni. Dłużej ukrywał się u nas Józef Teliga, rocznik 1914. To był kapitalny człowiek! Przedwojenny inteligent, żołnierz Armii Krajowej, a po wojnie działacz Wolności i Niezawisłości na Kielecczyźnie. Józef Teliga w latach 80-tych był współtwórcą „Solidarności Wiejskiej”. Warto to podkreślić, żeby nie było, że „Solidarność” tylko w miastach działała. Ukrywanie tego człowieka było samą przyjemnością. Widać było u niego tę nieprawdopodobną przedwojenną kindersztubę. Przykładowo nie do pomyślenia było, żeby nie wstał z kanapy, kiedy moja żona wchodziła do pokoju z herbatą dla niego. Czy dzisiaj ktoś by tak zrobił?

Płk Leszek Mroczkowski (ur. 1931 r.) jest weteranem WiN. W 1952 został skazany przez sąd wojskowy na karę śmierci. Od 1980 roku działacz "Solidarności", następnie MRKS.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 0

Więcej historii