PRL„Polska ambasada” w RFN na wojnie z Jaruzelskim

„Polska ambasada” w RFN na wojnie z Jaruzelskim

Pacyfikacja kopalni
Pacyfikacja kopalni "Wujek" na wystawie PWPW / Źródło: DoRzeczy.pl
Dodano
- Jeździliśmy po całych Niemczech, szczególnie po uniwersytetach, i opowiadaliśmy o sytuacji w Polsce. Nie byliśmy w stanie odpowiedzieć na każde zaproszenie – tyle tego było. Po każdym takim spotkaniu organizowane był specjalne listy, na które wpisywali się chętni do wysłania do Polski paczek z pomocą - mówi Henryk Jagielski, szef Biura Informacyjno-Koordynacyjnego „Solidarności” w Bremie w okresie stanu wojennego.

PIOTR WŁOCZYK: Zazwyczaj aresztowanie w stanie wojennym przebiegało w dramatycznych okolicznościach. Pan jednak śmieje się z akcji SB w pańskim mieszkaniu...

HENRYK JAGIELSKI: Było ich chyba z dziesięciu. Kazali nawet otworzyć lodówkę. Mój syn wyśmiał ich: „Czy wy normalni jesteście? Żeby ojciec się w lodówce ukrywał?” Nasze mieszkanie było na 10. piętrze. Jeden ze smutnych panów dostał rozkaz, żeby sprawdzić, czy ja pod balkonem nie wiszę (śmiech). To byli jacyś wariaci. Esbecja była bardzo zaskoczona tym, że nie było mnie w domu. Moja córka powiedziała im na koniec: „Wy taki wywiad macie i nie wiecie, że ojciec wyjechał dziś z Polski?”

Gdzie pan wtedy był?

Jechałem już w tym czasie międzynarodowym ekspresem Moskwa-Warszawa-Berlin-Paryż. Było nas w delegacji osiem osób, wszyscy ze Stoczni Gdańskiej z komitetu strajkowego z 1980 roku. Byliśmy zaproszeni na wizytę przez zachodnioniemieckie związki zawodowe. Nad ranem 13 grudnia 1981 roku przyjechaliśmy do Berlina. Sześciu wschodnioniemieckich strażników granicznych zajmowało się naszą delegacją. Przyprowadzili ze sobą kilka wilczurów, zrewidowali nas i zabrali paszporty. Oczywiście musieli wstrzymać pociąg aż do wyjaśnienia naszej sytuacji. Dzwonili do Polski, ale tego dnia panował przecież potworny bałagan. Nie mieli odpowiedzi.

Piękne” okoliczności, żeby dowiedzieć się o wprowadzeniu stanu wojennego...

Prawdę mówiąc spodziewaliśmy się, że coś takiego może się wydarzyć. Już od jakiegoś czasu mieliśmy wiadomości, że w wojsku coś się dzieje, ale i tak wprowadzenie stanu wojennego było szokujące. Byliśmy daleko od domu, nie wiadomo było, co z nami będzie.

O 11 przed południem mieliśmy być w Bremie. Na stacji kolejowej czekał na nas cały komitet powitalny i dziennikarze, a było siedem stopni poniżej zera. Tymczasem nasz pociąg miał kilkugodzinne opóźnienie. Po wszystkim okazało się, że Hans-Dietrich Genscher, wspaniały facet, minister spraw zagranicznych RFN, interweniował i pomógł nam przejechać. Na miejsce dojechaliśmy późnym wieczorem 13 grudnia.

Od razu po przyjeździe spytałem się, czy jest tam ktoś z Radia Wolna Europa. Zgłosił się Tadeusz Górski. Poprosiłem go, żeby przekazał naszym rodzinom, że dotarliśmy do Bremy.

Przedstawiciele niemieckich związków zawodowych i dziennikarze chcieli się dowiedzieć od nas, co się dzieje w PRL. Tymczasem nasza wiedza na temat sytuacji w Polsce nagle kompletnie się zdezaktualizowała: nie mieliśmy bladego pojęcia, co się działo po wprowadzeniu stanu wojennego.

Niemcy stanęli na wysokości zadania, jeżeli chodzi o zapewnienie wam opieki?

Wiadomo było, że utknęliśmy tam na dłużej, ponieważ prawdopodobnie cała nasza delegacja była na liście osób przeznaczonych do internowania. Muszę przyznać, że niektórzy Niemcy bali się trochę całej tej sytuacji. Chyba myśleli, że mogą mieć przez nas problemy z Sowietami albo z NRD. Słychać było nawet po cichu wypowiadane opinie, że najlepiej byłoby, gdybyśmy jak najszybciej wrócili do domu, żeby nie zaogniać sytuacji. Oczywiście to była kompletna bzdura, bo przecież nic im nie groziło. Nasi gospodarze powiedzieli nam, że cały świat chce się z nami połączyć. Wydzwaniali wtedy do centrali niemieckich związków zawodowych dziennikarze z całej Europy i z USA, żeby nawiązać z nami kontakt. Szybko dowiedzieli się bowiem, że do Niemiec przyjechała akurat oficjalna delegacja „Solidarności” ze Stoczni Gdańskiej. A wiadomo, jak brakowało wtedy informacji z Polski. Tylko co my im mogliśmy powiedzieć w tych pierwszych dniach na temat stanu wojennego? Muszę w tym miejscu bardzo pochwalić zachowanie niemieckich „zielonych”. To oni jako pierwsi podali nam pomocną dłoń, umożliwiając nam rozwinięcie działalności. „Zieloni” udostępnili nam w tym celu swoje biuro w Bremie.

Zapewne wielu czytelników kojarzy niemieckich „zielonych” ze skrajną lewicą.

Tak, ale wtedy to byli zupełnie inni „zieloni” niż dzisiaj. Na początku l. 80-tych nie byli oni jeszcze partią polityczną, tylko byli ruchem społecznym. W każdym razie to dzięki nim mogliśmy bez zwłoki rozpocząć działalność.

Do sierpnia 1983 roku kierował pan Biurem Informacyjno-Koordynacyjnym „Solidarności” w Bremie. Czym zajmowaliście się przez ten czas?

Staraliśmy się odgrywać wówczas rolę ambasady Polski. Działaliśmy na wielu płaszczyznach. Kontaktowaliśmy się z dziennikarzami z Zachodu, opowiadaliśmy im o sytuacji w Polsce. Szybko zaczęliśmy organizować demonstracje przeciw stanowi wojennemu. Pierwsza odbyła się w Bremie 31 grudnia 1981 roku. Również tu pomogli nam „zieloni”. To były naprawdę duże manifestacje. Stan wojenny i działalność „Solidarności” pomogły wtedy wielu Niemcom przejrzeć na oczy. Wyglądało na to, że DKP – Niemiecka Partia Komunistyczna – powoli przestaje istnieć. Młodzież masowo opuszczała jej szeregi i pomagała nam organizować manifestacje! Niemcy tworzyli prężnie działające komitety „Solidarität mit Solidarność” („Solidarność z Solidarnością”). W każdym większym niemieckim mieście istniała taka organizacja. Pamiętam, że komitet z Bonn zorganizował piękne powitanie dla Jaruzelskiego podczas jego wizyty w RFN. Musiał wtedy uciekać tylnym wyjściem!

Jeździliśmy po całych Niemczech, szczególnie po uniwersytetach i opowiadaliśmy o sytuacji w Polsce. Nie byliśmy w stanie odpowiedzieć na każde zaproszenie – tyle tego było. Po każdym takim spotkaniu organizowane był specjalne listy, na które wpisywali się chętni do wysłania do Polski paczek z pomocą.

Niemieckie związki zawodowe uzbierały siedem milionów marek, m.in. podczas koncertów organizowanych specjalnie z myślą o wsparciu Polaków, i za te pieniądze wysyłały paczki do Polski. Ale władzom PRL ta akcja pomocowa nie za bardzo się podobała. Zarzucano nam nawet, że wysyłamy do kraju starą żywność.

I jak to rozwiązaliście?

Związki zawodowe zatrudniły dwóch laborantów do badania wysyłanej żywności! Czyli problem został załatwiony „po niemiecku” (śmiech).

Historia „Solidarności” zapamiętała pana również jako współorganizatora transportów materiałów poligraficznych dla polskiego podziemia. Jak udawało wam się przemycać cały ten sprzęt?

Powiem tak: Kościół katolicki ma swoje sposoby (śmiech). Trzeba tu oddać honor ks. Franciszkowi Blachnickiemu, który działał wtedy w Niemczech i był świetnym organizatorem takich transportów. Nie mogę też zapomnieć zasług niemieckiego Kościoła ewangelickiego, który była nam bardzo przychylny.

To szczególne zainteresowanie Niemców sprawami polskimi skończyło się wraz z zakończeniem stanu wojennego?

Oczywiście nie było już tak wielkiego poruszenia wśród Niemców, jak na początku, ale cały czas interesowali się losem Polaków i pomagali nam. To doświadczenie kazało wielu Polakom – również mnie – zrewidować stereotypowe myślenie o Niemcach z czasów wojny.

Henryk Jagielski (ur. 1932 r.) był współorganizatorem strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Od września 1980 roku należał do „Solidarności”, pełnił m.in. funkcję wiceprzewodniczącego Komitetu Założycielskiego w Stoczni Gdańskiej. Stan wojenny zastał go podczas delegacji z ramienia „Solidarności” do RFN. Nie wrócił do Polski. W l. 1983-93 pracował w zakładach Mercedesa w Bremie.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 0

Więcej historii