PRLGaz w autobusie, czyli nadgorliwość ZOMO

Gaz w autobusie, czyli nadgorliwość ZOMO

"Budy" ZOMO w centrum Warszawy, l. 80-te / Źródło: Wikimedia Commons / Jarek TuszyńskiPaulina Hallala Kiedy ogłoszono stan wojenny
Dodano 1
W grudniu 1981 r. miałam 8 lat. Brak Teleranka oczywiście dotknął mnie do żywego. Przemówienie dziwnego pana – przestraszyło.
Moje dzieci nie wiedzą dziś, co to kolejki po podstawowe produkty. Ja dzielnie stałam z mamą o świcie, żeby zdobyć towary deficytowe typu kawa lub kubańskie, zielone pomarańcze. Moja rodzina - za sprawą dwóch domowników z problemami gastrycznymi - i tak była jednak w uprzywilejowanej sytuacji. Dzięki temu bowiem mieliśmy odpowiednie zaświadczenie z poradni gastrologicznej i dwie kartki na mięso rejestrowane w specjalnym sklepie dla osób chorych. Do „Kuchcika” przy ul. Zwycięstwa w Gliwicach i tak oczywiście stało się w ogromnych kolejkach, ale za to była szansa na kiełbasę z nieco większym dodatkiem mięsa do wiór. Dało się więc przeżyć.

Jako dziecko uwielbiałam kurczaki z rożna. W domu był to smakołyk, przygotowywany od wielkiego święta. Pomijam przy tym fakt, że moja Mama z jednego kurczaka potrafiła zrobić trzy obiady dla czterech osób. W połowie lat osiemdziesiątych miałam okazję pojechać pociągiem do Lipska. Na peronie powitał mnie zapach pieczonych kurczaków. Dla Niemców z ówczesnej NRD nie był to żaden rarytas. Ba, ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że kurczaki nie były na kartki! Szok… Osoba, która mnie odbierała, ze śmiechem kupiła mi dwa. Przez całą drogę do domu tuliłam do siebie pachnącą paczkę i nie wierzyłam, że oba kawały mięsa będą tylko dla mnie. Bez ograniczeń! Powiało tzw. „wielkim światem” i pyszną, pieczoną skórką.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Jeśli chodzi o zakupy, to pamiętam też uroczyste otwarcie sklepu obuwniczego na naszym osiedlu. To był Radoskór. Kolejka pod pawilonem ustawiła się już wieczorem. Rano rozpoczął się szał zakupów. Szał to dobre określenie: każdy dostawał do ręki przypadkowe pudło, płacił i wychodził rozpychając tłum łokciami. Na zewnątrz trwała natomiast wymiana: damskie na męskie, 37 na 39, sandały na mokasyny… Po długich i ciężkich bojach wróciłam z tenisówkami z granatowego sztruksu.

Po raz pierwszy „uroki” stanu wojennego dotkliwie odczułam, gdy wieczorem wracałyśmy z mamą autobusem ze szkoły muzycznej. W okolicach obecnej gliwickiej Katedry trwała kolejna manifestacja, rozpędzana przy pomocy gazu łzawiącego i armatek wodnych. W pewnym momencie jakiś gorliwy funkcjonariusz przez uchylone okno wrzucił gaz łzawiący do autobusu. Oczy piekły przez dwa dni, zaczerwienienie schodziło dłużej.

A potem nadeszło lato 1984 r. Na początku czerwca wracałam po południu z grupką znajomych z lekcji muzyki. Po drodze w centrum miasta znaleźliśmy rozrzucone ulotki, które z zapałem zaczęliśmy zbierać. Wypisane na nich hasła pamiętam do dziś: „Chcesz głodować – idź głosować!” i „Tylko durny idzie do urny”. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kto uczestniczył w ich powstawaniu i kolportowaniu.

Temat ulotek powrócił kilka dni później: 15 czerwca. Byłyśmy z mamą same, a ja leżałam wtedy w domu z gorączką. Nagle rozległo się gwałtowne łomotanie do drzwi. Do mieszkania z okrzykiem „rewizja!” wtargnęli bardzo nerwowi panowie. Jak się okazało - chwilę wcześniej mój brat został wyprowadzony prosto z lekcji w liceum. Gdy dotarło do mnie, co się dzieje, zaczęłam krzyczeć „Co zrobiliście z moim bratem? To samo, co z Grzegorzem Przemykiem?!?”. Mama nie zdążyła zareagować, a wkurzony jegomość wrzasnął „Spokój!”, po czym syknął do mojej mamy: „Ta smarkula stanowczo zbyt wiele czasu spędza przed telewizorem”.

Tego dnia u nas nic nie znaleźli. No, prawie: funkcjonariusze zadowolili się komiksowymi rysunkami pojazdów militarnych i różnorodnych postaci w czapkach z daszkiem, które mój brat dla zabicia czasu na szczególnie nudnych lekcjach szkicował na ostatnich stronach zeszytów. Kartki te zostały pieczołowicie powyrywane i dołączone do akt sprawy. Skrytki z ulotkami, zamaskowanej za listwą w szafie w przedpokoju nie znaleźli, o czym dowiedziałam się znacznie później…

W chwili zatrzymania brat nie miał ukończonych 17 lat, dzięki czemu trafił do poprawczaka w Pszczynie. Był tam jedynym więźniem politycznym. Objęła go amnestia z lipca 1984 r.

Katarzyna, woj. śląskie. Lipiec 2018

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl
 1
  • mirmir IP
    Rozbierane do naga opozycjonistki za napis PZPR na drzwiach byłego członka PZPR przypomina działania komuny.
    Dodaj odpowiedź 3 2
      Odpowiedzi: 0

    Więcej historii