PRL„Wieczernik”: manifest wolności i nadziei

„Wieczernik”: manifest wolności i nadziei

Wnętrze kościoła parafialnego pw. Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny na Muranowie. Fot. Adrian Grycuk
Wnętrze kościoła parafialnego pw. Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny na Muranowie. Fot. Adrian Grycuk / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Chętnych do obejrzenia przedstawienia były tysiące. Raptem teatr, słowo poetyckie okazało się potrzebne jak wiara i jak chleb.

W kwietniu 1985 roku widziałem najbardziej niezwykłe przedstawienie teatralne w swoim życiu. Określenie „widziałem” nie oddaje w pełni istoty rzeczy; czułem się bowiem nie tyle widzem, ile uczestnikiem spektaklu rozgrywającego się w kościele bardziej przypominającym plac budowy niż świątynię. W „Wieczerniku” Ernesta Brylla wystawionym przez Andrzeja Wajdę w Kościele Miłosierdzia Bożego na Muranowie, niemal na samym rogu ulic Żytniej i Żelaznej grali nie tylko Janda, Łukaszewicz czy Zelnik lecz setki stłoczonych ludzi, którzy na stojąco, w przerażającym zimnie chłonęli każde słowo tego wcale niełatwego dramatu.

Dramat nawiązywał do tradycji chrześcijańskich misteriów paschalnych. Jego akcję umieścił autor w Wieczerniku, tam, gdzie w przeddzień ukrzyżowania Jezusa miała miejsce ostatnia Jego wieczerza z apostołami. I znowu spotykają się w tym samym miejscu. Nie wiedzą jeszcze o zmartwychwstaniu swojego Mistrza; boją się szykan, przewidują represje jakie na nich spaść mogą, wracają do chwil, jakie spędzili z Jezusem, roztrząsają swoje postępowanie. I oto w tej atmosferze strachu i niepewności pojawia się wiadomość o zniknięciu ciała Chrystusa. Usiłują dociec przyczyn tego, co się stało, zracjonalizować to, czego rozumem objąć się nie da, gdy nagle poraża ich myśl o obecności Mesjasza wśród nich. Obecności mistycznej.

Tym mistycyzmem „Wieczernik” podszyty był od początku do końca. A miał on charakter, oczywiście, nie wyłącznie, narodowy. Bo przecież już wcześniej uczniowie Jezusa dociekali, czy może ta ziemska Jeruzalem musi zginąć, by zwyciężyła wiara i objęła ziemię całą. Echo narodowego mesjanizmu, naszego romantycznego dziedzictwa, było tu aż nadto wyraźne.

Wszyscy na coś czekali

Krystyna Janda, która w „Wieczerniku” dowiodła, że jest wybitną aktorką i potrafi grać na więcej niż jednej nucie wypracowanej w „Człowieku z marmuru”, do chwil spędzonych przy realizacji tamtego spektaklu wróciła po latach w rozmowie z Katarzyną Montgomery („Pani zyskuje przy bliższym poznaniu”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016):

„Kiedy go graliśmy, już był legendą, także za granicą, gdziekolwiek pojechałam, ludzie o nim mówili. Ta historia była bardzo bliska temu, co przeżywaliśmy w 1985 roku. Uczniowie Chrystusa stracili nadzieję, ale mimo to czekali na cud. Zupełnie tak, jak polskie społeczeństwo. ‘Wieczernik’ i moja w nim rola Marii Magdaleny to przeżycie, którego nie zapomnę (…). Graliśmy to w Warszawie, w budowanym kościele przy Żytniej, bo nie pozwolono nam w Ateneum. Wajda walczył przez pół roku o prawo do wystawienia ‘Wieczernika’, aż w końcu wpadł na pomysł, żeby wystawić to w kościele w czasie Świąt Wielkanocnych. Mieliśmy tylko 12 prób, w tym czasie do kościoła przychodziły dzieci na lekcje religii i nas ciekawie podglądały, przyjeżdżały ciężarówki z darami z Zachodu. W tym zamieszaniu często z naszych ust padały słowa, po których ksiądz proboszcz Wojtek mówił, że trzeba będzie wyświęcić kościół na nowo, zwłaszcza po mnie.

To był wspaniały, ale też bardzo obszerny tekst. Monolog Marii Magdaleny, napisany ośmiozgłoskowcem, zachwycił mnie od razu. Dopiero w czasie pierwszego spektaklu powiedziałam go tak, jak powinien być mówiony, brak tchu był wpisany w rytm tego napisanego w natchnieniu monologu (…). Zimno, tłum ludzi i otwarte drzwi na miasto, twarze niespokojne, umęczone, odgłosy karetek, wozów milicyjnych. Cała uwaga widzów skupiona na drzwiach, którymi może zaraz wejdzie zmartwychwstały Chrystus. Stan wojenny się skończył, ale to wciąż był niespokojny czas. Widownia pełna, przybyli chyba wszyscy korespondenci zagraniczni, ambasador francuski, amerykański. Ani jednego wyjścia bezpieczeństwa, graliśmy na tle jednych drzwi prowadzących do wyjścia. Wajda zawsze przed spektaklem robił nam odprawę: ‘Jeśli będzie prowokacja i rzucą świecę dymną, to ludzie przejdą po was. Pamiętajcie, żeby od razu uciekać na boki’. Albo: ‘Ratujcie siebie, bo ludzie będą biec przez was’, mówił.

W trakcie ‘Wieczernika’ wszyscy na coś czekali. Nikt nie wiedział, ilu na widowni siedziało prowokatorów, ilu ubeków. Każdy spektakl był niezapomnianym przeżyciem. Po każdym wsiadałem do taksówki i wieźli mnie nocą do Łodzi na plan ‘Kochanków mojej mamy’. Dwa zupełnie inne światy. Zwariowane światy. Potem wezwali mnie, podobnie jak pozostałych aktorów, na rozmowę do urzędu miasta, żeby mi uświadomić, że w innych krajach socjalistycznych lepsze aktorki mają w warzywniakach, a nie chcieliby, żeby mnie spotkał podobny los. Dociekali, co widzę w tak marnym, jak się wyrazili, reżyserze czyli Wajdzie. I że nie powinnam występować w kościołach. ‘Dla Wajdy zagram wszędzie’, odpowiedziałam (…)”.

Krajobraz po klęsce

A jak wspominał pamiętne przedstawienie sam reżyser? W autobiograficznej książce „Kino i reszta świata pisał: „Wiosną w okresie Wielkiej Nocy 1985 roku, nie mogąc nic zrobić w warszawskich teatrach, zdecydowałem wystawić w kościele na Żytniej, który był wtedy miejscem wielu opozycyjnych spotkań, ‘Wieczernik’, sztukę specjalnie napisaną na tę okazję przez Ernesta Brylla. Wśród notatek ze spektaklu zachowała się kartka napisana moją ręką:

Pamiętaj!

Twoim obowiązkiem

dokładać do ognia!

Symboliczna treść tego wezwania była wtedy jasna dla wszystkich; tak naprawdę szło o podtrzymanie żaru w żelaznym koksowniku, który widzom przypominał 13 grudnia i pierwsze dni stanu wojennego, ale równocześnie ogrzewał zimny do niemożliwości kościół i pozwalał przetrwać widzom przedstawienie. Wszyscy staraliśmy się dokładać do ognia, choć nasze nastroje w tym czasie najlepiej oddawały życzenia świąteczne, jakie otrzymałem tej Wielkiej Nocy od autora ‘Wieczernika’:

Moc truchleje

Ale czy dla nas?”.

A Maciej Karpiński w „Teatrze Andrzeja Wajdy” konstatował: „»Wieczernik« był analizą sytuacji po klęsce. Inscenizacja Andrzeja Wajdy uwypukliła aktualną problematykę dramatu, nie zatracając jego religijnego charakteru. Było to widowisko skromne w sensie teatralnym, ale bardzo znaczące w sferze świadomości społecznej i politycznej w Polsce”.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Zbyteczne recenzje

Michał Misiorny w niezawodnej „Trybunie Ludu” w artykule poświęconym „Wieczernikowi” najpierw się użalił, a następnie usiłował być dowcipny, co – jak zwykle – nie udało mu się. A brzmiało to tak: „Ponieważ nie byłem pośród specjalnie zaproszonych, ominęła mnie okazja zobaczenia jeszcze jednego przejawu modnej u nas teatralizacji kościołów (…) według recenzentek z rozgłośni akcja ‘Wieczernika’ dzieje się po ukrzyżowaniu, w Jerozolimie, w której panuje stan wojenny, wyją syreny milicyjne, słychać huki eksplozji, a zgromadzeni apostołowie są ‘zaszczuci, zgnębieni i czują się ofiarami podstępnej manipulacji’. Na scenę wpada samochodem Nieznajomy i wywozi wystraszoną Marię Magdalenę w kierunku prawdziwej wolności, zupełnie tak samo, jak w 1947 roku wywieziono Mikołajczyka. Nie wiadomo, kim jest ów nieznajomy; jedna rozgłośnia domyśla się, że uosabia on zbawczą emigrację, inna sugeruje delikatnie, że może to być Anioł Stróż”.

Omówień sztuki z prawdziwego zdarzenia szukać było można w prasie podziemnej. I nie były to wcale recenzje lizusowskie. Na przykład, w „Kulturze Niezależnej” Marta Fik pod pseudonimem J. Lerska reżysera spektaklu potraktowała bezceremonialnie: „W ‘Wieczerniku’ zbiegły się (…) w przedziwnym i niefortunnym pomieszaniu dwie tendencje objawione przez Wajdę w jego ostatnich ‘wojennych’ przedstawieniach (…) z Antygony pochodzi tania aluzyjność, brak wiary w to, że aby poruszyć ludzi (a cóż dopiero zmusić ich do myślenia) nie trzeba – a nawet nie wolno – wszystkiego ubierać w sztafaż doraźnej propagandy, ze Zbrodni i kary przyjęto chrześcijańską pociechę, chwalebną, lecz z trudem sprawdzającą się w życiu”.

Tak naprawdę recenzje niepotrzebne były nikomu. Wiadomość o spektaklu niedopuszczonym przez władze do grania w Ateneum, rozeszła się po Warszawie błyskawicznie. Chętnych do obejrzenia przedstawienia były tysiące. Raptem teatr, słowo poetyckie okazało się potrzebne jak wiara i jak chleb. To nie był pierwszy wypadek, by artyści znajdowali scenę w kościele.

9 marca 1982 roku w warszawskiej katedrze św. Jana Gustaw Holoubek w roli prymasa Becketa,w wyreżyserowanym przez Jerzego Jarockiego „Mordzie w katedrze” Eliota, prorokował: „Będziecie mieli niebawem nowego męczennika, a nie będzie on bodaj ostatni”. Dwa lata później zamordowany zostanie ksiądz Jerzy Popiełuszko. Błogosławiony i męczennik Kościoła katolickiego. „Nigdy dotąd – pisał potem Jarocki – nie udało mi się zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć na żywo w kościele tak przejmującego, z takim żarem w sercu, z takim ogniem w oku wygłoszonego kazania”.

„Mord w katedrze” w tej samej reżyserii wystawił niecały miesiąc później krakowski Stary Teatr – wokół konfesji św. Stanisława na Wawelu. Z Jerzym Bińczyckim, Teresą Budzisz-Krzyżanowską, Anną Dymną. Spektakl Eliota grany był tam 57 razy, w warszawskiej katedrze – zaledwie 6.

„Wieczernik” grany był na Żytniej wiele razy, a przecież na spektakle dostała się zaledwie część tych, którzy pragnęli wziąć w nich udział. Problem rozwiązano w ten sposób, że pokazywano przedstawienie nagrane przez jedną z zachodnich telewizji. I ten telewizyjny „Wieczernik” też miał ogromną widownię, a kasety z nagraniem krążyły po całym świecie.

Folia i piach

Tamten niezapomniany „Wieczernik” pokazywany był w kościele, którego powstawaniu towarzyszyłem. Tuż obok znajduje się bowiem XXX Liceum Ogólnokształcące, w którym w 1972 r. zdałem maturę. Dopiero dwa lata później działający z upoważnienia Kurii Warszawskiej ks. Wojciech Czarnowski uzyskał pozwolenie władz na odbudowę spalonej w Powstaniu Warszawskim świątyni. Ale już rok wcześniej odprawił przy ołtarzu stojącym w ocalałym przedsionku kaplicy pierwszą mszę. Podłogi nie było, tylko piach, a dach zastępowała folia.

Kościół erygował w roku 1974 ksiądz prymas, kardynał Stefan Wyszyński, poświęcił dzwon i spotkał się z wiernymi. Formalnie parafia pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego funkcjonuje w tym miejscu od 15 grudnia 1980 roku. Jej pierwszym proboszczem został ks. Wojciech Czarnowski.

A historia tutejszego Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia sięga wieku XIX. W 1925 roku przyjęta została do zgromadzenia Helena Kowalska, która po roku otrzymała imię zakonne Faustyna. Tak, ta sama Faustyna. Toteż obecnie kościół ma w nazwie swoją świętą, jako Kościół Miłosierdzia Bożego i świętej Faustyny.

Schronienie w cieniu ołtarza

„Wieczernik” nie był jedynym wydarzeniem kulturalnym związanym z tą niewielką, muranowską parafią. Organizowano i inne, mniej znaczące, spektakle czy wystawy plastyczne. Warto tez pamiętać, że do upadku PRL odbywały się tutaj nielegalne spotkania Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, w stanie wojennym udzielano pomocy rodzinom internowanych, już wówczas na szeroką skalę pomagano też chorym i samotnym. Niebawem zaczęto wydawać obiady, urządzono też noclegownię i łaźnię, nad czym opiekę przejął potem Caritas.

Ciekawe, że tej świątyni mogłoby nie być wcale. W chwili powstawania była tu bowiem bardzo mała parafia, utworzono jakby na siłę, mówiąc wprost – w obawie, by władze komunistyczne nie unicestwiły kościoła, który zniósł rosyjskie represje po Powstaniu Styczniowym, zapisał tez piękną kartę podczas okupacji niemieckiej, zanim hitlerowcy nie spalili go. To tutaj siostry ukrywały te żydowskie dziewczęta, którym udało wydostać się z pobliskiego getta. Tutaj, w kościelnych ruinach spotykali się w 1945 roku AK-owcy. Dawało to miejsce schronienie działaczom „Solidarności”, a w trudnych latach 80. ludziom kultury, którzy wtedy w kościołach takich jak ten właśnie, jak niedaleka stąd świątynia redemptorystów – wolski kościół św. Klemensa, jak kościół św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, jak Muzeum Archidiecezji Warszawskiej znajdowali wspólny język ze swoimi odbiorcami. I, mam nadzieję, szczerze byli wdzięczni ludziom Kościoła, że stworzyli im taką możliwość. Dziś, gdy najgłośniejszymi spektaklami stają się przedstawienia bluźniercze, antykościelne – wydaje się to wszystko nieprawdopodobne. A jednak tak właśnie było, nie inaczej.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 0

Więcej historii