PRL„Bezpieka przeoczyła radio”. Tak kobiety z Gołdapi ograły SB

„Bezpieka przeoczyła radio”. Tak kobiety z Gołdapi ograły SB

Anna Urbanowicz
Anna Urbanowicz
Dodano 11
- Korzystając jedynie z blasku radiowego wyświetlacza spisywałyśmy najważniejsze wydarzenia. Jedna z nas zawsze stała wtedy na korytarzu na czatach – wspomina Anna Urbanowicz, działaczka antykomunistycznej opozycji internowana w Gołdapi.

PIOTR WŁOCZYK: Jak w tym najcięższym okresie wyglądała solidarność między wami?

ANNA URBANOWICZ: Najlepiej widać ją było przy okazji tragedii, która spotkała jedną z nas - nieżyjącą już Halinę Gaińską ze Szczecina. Halina otrzymała w Ośrodku Odosobnienia dla Internowanych Kobiet w Gołdapi informację, że zmarł jej syn. Wystąpiła o przepustkę na pogrzeb, ale komendant się nie zgodził. Jak dowiedziałyśmy się, że ten człowieka nie zgadza się, żeby matka pojechała na pogrzeb syna, to ustaliłyśmy, że głodujemy i rzeczywiście głodówka się odbyła.

Pomogło?

A skąd. Wie pan co pomogło? Dziewczyny, które miały pokój nad jego gabinetem podsłuchały przez szklankę, że to Warszawa nie pozawala mu wypuścić Halinę na pogrzeb. Kilka dziewczyn postanowiło wtedy pójść naprawdę „na ostro”. Zeszły do komendanta i powiedziały mu, żeby był świadomy, że wiedzą jak się nazywa, gdzie mieszka i że w niedługim czasie Radio Wolna Europa poda te informacje.

Krótko potem podsłuchały, jak komendant przez telefon powiedział przełożonym, że nie będzie ryzykował życiem swojej rodziny. W ten sposób Halina pojechała w konwoju na pogrzeb syna. Czasem trzeba było stosować ich metody przeciw nim samym.

Pani również stała się ofiarą takich perfidnych zagrywek?

Ich perfidia nie znała granic i również mnie to dotknęło. Z naszych rodzinnych miejscowości przyjeżdżała do nas bezpieka, żeby opowiadać nam dziwne historie. Mnie na przykład mówili, że mój syn wyjechał w Bieszczady z grupą narkomanów, więc mogę zapomnieć o jego maturze. Oczywiście wiedziałam, kogo wychowałam, ale jednak jednak jakieś wątpliwości zasiali.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Od samego początku internowania nękali nas psychicznie. Zaczęło się już w czasie transportu z aresztu w Olszynce Grochowskiej do Gołdapi. Tuż przed końcem podróży zatrzymali się przy drodze w głębokim lesie. Powiedzieli bardzo uprzejmie: „Jeżeli któraś z pań chciałaby skorzystać, to zapraszamy”. Wyskakujemy, a tam słup z napisem „Granica państwa”… Zmroziło nas wszystkie. Łzy się polały, dziewczyny potwornie to przeżywały.

W wyobraźni stanęła wywózka do Związku Sowieckiego?

To było wtedy dla nas oczywiste, bo po co by nas tam przywozili? A skoro Związek Sowiecki, to pewnie Sybir. Wszystkie myślałyśmy o naszych rodzinach. Co z nimi będzie? Co z nami będzie?

Nie odmówili sobie tej przyjemności, żeby nas podłamać psychicznie. Zapakowali nas wszystkie raz jeszcze do więźniarki, ale po chwili znów się zatrzymali. Byłam pewna, że to już granica i zaraz Rosjanie nas przejmą. Tymczasem widzimy wielki oświetlony dom… Któraś z dziewczyn krzyknęła z głębi budy: „To przecież ośrodek wypoczynkowy Radiokomitetu!” To musiała być jakaś dziennikarka, która najwyraźniej była tam kiedyś na wczasach…

Czyli gierkowski luksus.

W porównaniu z więzieniami, w których nas do tamtej pory trzymali - to był luksus. Cały czas nas to denerwowało, bo przecież inni internowani siedzieli w dużo cięższych warunkach. Nazywałyśmy Gołdap naszą „złotą klatką”.

Jednak zanim tam dotarłyśmy, warunki były tragiczne. Jechałyśmy suką kilkanaście godzin w lichych ubraniach przy mrozie sięgającym minus 20 stopni. Milicjanci byli w kożuchach, z kocami na kolanach. My tymczasem byłyśmy tylko w tym, w czym nas wyciągnęli z domów. Ja np. byłam w dresie. Całe szczęście, że syn zrzucił mi ze schodów palto. Do tamtej pory nie wyobrażałam sobie – w swojej naiwności – że można sobie człowieka tak po prostu wziąć z jego domu, jak jakąś rzecz.

Czym był dla was „Informator Gołdap”?

Dla nas – oddzielonych od realnego świata – Informator był łącznikiem ze światem. Proszę pamiętać, że nie wolno nam było nawet wychodzić z budynku na spacery – pod tym względem było tam gorzej niż w więzieniu, gdzie są przecież spacerniaki. Pamiętam, że jak wychodziłam z internowania i wypuścili mnie z budynku, to miałam przez chwilę wrażenie, że ziemia pode mną faluje.

Informator był naszą gazetą, którą tworzyłyśmy nocami na podstawie audycji w „Radiu Wolna Europa” i w „Głosie Ameryki”. Nasza gazeta powstawała w „nakładzie” zaledwie kilku ręcznie przepisywanych (zawsze pismem drukowanym!) sztuk. Informator podawany był następnie z ręki do ręki.

Jak to się stało, że internowane miały dostęp do radia?!

To był jakiś cud. Bezpieka, przygotowując ośrodek do przyjęcie nas, przeoczyła jeden z pokoików na górze. Było to pomieszczenie dla personelu ośrodka, w którym jedna z nas na samym początku znalazła odbiornik radiowy… To brzmi jak żart, ale SB przeoczyło radio! Zakradałyśmy się tam nocami i korzystając jedynie z blasku radiowego wyświetlacza spisywałyśmy najważniejsze wydarzenia. Jedna z nas zawsze stała wtedy na korytarzu na czatach.

W sumie ukazało się 147 numerów Informatora. Nigdy nie było problemów?

Czasem Informator wpadał w ręce strażników, ale nigdy nie wykryli oni źródła informacji. Pewnie myśleli, że jakimś cudem dostajemy tak dobre informacje na bieżąco od odwiedzających. Raz tylko najadłyśmy się strachu podczas prac redakcyjnych - usłyszałyśmy stuk kamienia w szybę. Było wówczas trochę stresu, ale potem okazało się, że to jeden z pilnujących terenu wokół ośrodka żołnierzy zauważył blade światło zza nie do końca zasłoniętej kurtyny i ostrzegł nas w ten sposób.

Żołnierz was ostrzegł?!

Tak. Część żołnierzy bardzo przyzwoicie się zachowywała. Z niektórymi nawet nawiązaliśmy przyjazny kontakt. Ostrzegali nas przed SB. Na sam koniec kilku żołnierzy wpisało się – z imienia i nazwiska – do mojego pamiętnika z internowania.

Z imienia i nazwiska?!

Musieli mieć do mnie zaufanie, bo przecież gdyby to wyszło na jaw, to wysłaliby ich pewnie do jakiejś karnej kompanii. To, że bezpieka nigdy nie odnalazła przy mnie tego pamiętnika to kolejny cud.

Prawie czterysta kobiet zamkniętych w jednym budynku 24 godziny na dobę. Bywało nerwowo?

Atmosfera cały czas była fantastyczna. Mimo że tyle miesięcy spędziłyśmy stłoczone w jednym miejscu, to nigdy nie było awantur ani nawet sprzeczek. Ta ciężka sytuacja pokazała, jakie charaktery zamknęli komuniści. Wtedy najlepiej było widać, jacy ludzi walczyli z komuną. Podczas internowania trzeba się było wspierać psychicznie. Najgorsze były odwiedziny dzieci. Dziewczyny rozsypywały się w tych momentach. Ja miałam wtedy syna w klasie maturalnej. Ochrona ośrodka trzymała naszych bliskich przy bramie w kolejce prawie cały dzień. To kolejny przykład ich perfidii, bo chociaż można było zorganizować widzenia w ogromnej świetlicy, to oni zrobili to w maleńkim pokoiku. Jak syn wszedł w końcu do środka, to nie mógł nic powiedzieć ani nie mógł niczego utrzymać w rękach – tak był zmarznięty. Chcieli nas w ten sposób złamać.

Poza tym wsparciem były dla nas wizyty przedstawicieli Czerwonego Krzyża, a także kontakt z księżmi. Muszę tu wymienić przede wszystkim księdza Aleksander Smędzika. Ten kapłan zawsze umiał sobie świetnie poradzić z bezpieką… Nie mieli odwagi, żeby go nie wpuścić. Ksiądz organizował dla nas nie tylko życie duchowe, ale pomagał też znaleźć rodzinom z całej Polski noclegi przy okazji odwiedzin, przenosił dla nas grypsy. Ks. Smędzik pomógł nam nawet zorganizować wspaniałe Święta Wielkanocne. Mieszkańcy Gołdapi wykazali się wtedy wielką serdecznością: za pośrednictwem księdza przekazali nam mnóstwo pysznego jedzenia. Prawdę mówiąc nigdy wcześniej w PRL-u nie miałam tak smacznych świąt (śmiech).

Jak wyglądał rozkład dnia w internowaniu?

Dziewczyny organizowały mnóstwo różnych zajęć. W Gołdapi zamknęli kwiat inteligencji, więc miałyśmy przeróżne – bardzo ciekawe – wykłady, koncerty, zajęcia edukacyjne. Ja np. nauczyłam się tam robić na drutach (śmiech). Po wielu awanturach w końcu otworzyli dla nas dwa tarasy. Można było tam pospacerować, a ja prowadziłam na tarasach gimnastykę – jestem w końcu nauczycielką wychowania fizycznego. Zajęcia prowadziłam codziennie od 12:00 do 13:00.

Nigdy nie zapomnę artykułu, który napisał o Gołdapi reżimowy dziennikarz Dionizy Sidorski. Notabene jego córka, młodziutka studentka, sama została internowana. Cytuję z pamięci fragment tekstu Sidorskiego: „Starsze kobiety bez cienia wstydu zadzierają spódnice przed pilnującymi ich żołnierzami”. Insynuował też, że rzucałyśmy tam w siebie pomarańczami, jak jakieś rozpuszczone smarkule. Prawda, dostawałyśmy pomoc, ale to nie były żadne luksusy. My dostałyśmy pachnący tytoń, a nasi koledzy z łowicza dostali podpaski…

Przetrwanie tych ośmiu miesięcy zawdzięczam przede wszystkim wsparciu rodziny, wspaniałym księżom i solidarności ze strony innych internowanych dziewczyn.

Czym pani sobie „zasłużyła” na internowanie?

Byłam członkiem zarządu Regionu Mazowsze „S”, delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „S”, a także byłam jedną z trzech przewodniczących skierniewickiego oddziału „S” i udzielałam się w „S” nauczycielskiej. Przez ten rok „Solidarności” spałam może 3-4 godziny na dobę. Po szkole leciałam do domu zrobić obiad, potem w pociąg i do Warszawy. Cały czas na adrenalinie.

Wyjście na wolność po tych wszystkich szykanach musiała być czymś niezapomnianym.

Wolność to była w Gołdapi, w porównaniu do tego, co zaczęło się dziać po wyjściu z internowania. SB zaczęło się na mnie mścić. Stan wojenny trwał dla mnie do 1989 roku. Miałam problemy ze znalezieniem pracy, a jak już ją miałam, to byłam szykanowana. Żadnych nagród, trzynastek. Zamiast tego dostawałam dziwne nagany, byłam „zwijana” z chodnika i przewożona na komendę. Raz – podczas wizyty naszego Ojca Świętego – trzymali mnie bez powodu przez 24 godziny, ale często brali mnie na kilkugodzinne przesłuchania. Poza tym rewizje stały się dla mnie codziennością. W 1987 roku okazało się wreszcie, że nie daję „rękojmi wychowania młodzieży w duchu socjalistycznym” i decyzją komisji dyscyplinarnej zostałam wyrzucona z pracy w szkole. To był tylko pretekst. Bezpośrednią przyczyną było to, że zawiozłam klasę na grób ks. Jerzego Popiełuszki.

Anna Urbanowicz (ur. 1942 r.) była uczestniczką opozycji antykomunistycznej, współtworzyła „Solidarność” w Skierniewicach, a także była delegatem na I Krajowy Zjazd NSZZ „Solidarność” w Gdańsku. W stanie wojennym była więziona w Ośrodku Odosobnienia dla Internowanych Kobiet w Gołdapi. W l. 1989-97 była posłanką Sejmu X, I i II kadencji.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 11
  • kaloo IP
    Po raz n-ty potwierdza się zbiorowa opinia,że najbardziej nienawidzą gen.Jaruzelskiego urodzeni po 88 r.Zawodowi antykomuniści,prześladowani za wdzięk i bezpretensjonalność,a wychowani na opowieściach o bohaterszczyznie przodków.Kto wie jakimi byliby teraz (o ile byliby) gdyby stan wojenny ogłosił w Polsce Pinochet.I jaki byłby teraz etos.
    Dodaj odpowiedź 3 0
      Odpowiedzi: 0
    • vvvvvvvv IP
      Poczytajcie wspomnienia więźniarek reżimu Pinocheta, tortury przez jakie przeszły te kobiety były potworne
      Dodaj odpowiedź 8 0
        Odpowiedzi: 0
      • klioes vel pislamista IP
        Elektryk niskich napięć

        Przyznać trzeba resortowi:
        Ludzie na umyśle zdrowi
        (Niekoniecznie zdrowi duszą!)
        Zatrudnienie mieć w nim muszą.

        Dobrze praca jest zaczęta,
        Kiedy nazwie się agenta
        Odpowiednio… Pasi ksywa,
        Gdy mentalnie jest prawdziwa!

        Bolek – „Bolkiem”, nie inaczej!
        (Bo nie „Filozofem” raczej…)
        Jest, kto Bolkiem jest pewnikiem,
        Niskich napięć elektrykiem.

        Gdy wysokie są napięcia,
        Niebezpieczne są zajęcia.
        Prąd wysoki, jeśli spotka,
        To nie wygra w toto-lotka.

        Motorówką nie dopłynie,
        Bolek, gdy od prądu zginie!
        IQ niskie i prąd niski…
        Resort jest sukcesu bliski!

        Gorzej, gdy elektryk znany
        Plecie tak, jak porąbany.
        I prąd niski za wysoki,
        Kiedy agentami ćwoki!
        Dodaj odpowiedź 2 1
          Odpowiedzi: 0
        • qqqqqqq IP
          Czytałem kiedyś co w tajnych więzieniach Pinocheta w Chile wyprawiano z więźniarkami, kobietami więźniami politycznymi. Zgroza.
          Dodaj odpowiedź 9 0
            Odpowiedzi: 1
          • Niepodległa Polska VS UE IP
            A Bolek siedział w Arłamowie i pił wódkę z Sbekami nawet zrobili mu fałszywe zdjęcie że niby jest więziony cała Solidarności była na smyczy Wywiadu Wojskowego. Dziwnym trafem Mazowiecki był komuchem Michnik żydowski komuch po rodzicach sama śmietanka udawaczy walki z Komuną
            Dodaj odpowiedź 13 5
              Odpowiedzi: 0
            • ciekawski IP
              Treść została usunięta
              Dodaj odpowiedź 1 14
                Odpowiedzi: 1
              • Historyk nie-Histeryk IP
                W tym czasie nasz wielki przywodca karmil bohatersko koty swojej mamy.
                Dodaj odpowiedź 8 24
                  Odpowiedzi: 1
                • Dr Zuber IP
                  Rominta GOŁDAP się nie łatwo nie podda !
                  Dodaj odpowiedź 1 2
                    Odpowiedzi: 0

                  Więcej historii