PRL„Zabójca zakpił sobie z tej rodziny”. Wstrząsająca wizyta u rodziców ofiary stanu wojennego

„Zabójca zakpił sobie z tej rodziny”. Wstrząsająca wizyta u rodziców ofiary stanu wojennego

Czołgi T-55 podczas stanu wojennego w Zbąszyniu
Czołgi T-55 podczas stanu wojennego w Zbąszyniu / Źródło: Wikipedia/J. Żołnierkiewicz/Domena Publiczna
Dodano
"Rodzice zamordowanego chłopaka poprosili mnie o zajęcie miejsca na krześle. A potem zaczęli opowiadać… I tego, co wtedy usłyszałem, nie zapomnę zapewne do końca życia" - wspomina nasz czytelnik. Tekst powstał w ramach Muzeum Wspomnień Stanu Wojennego.

Wprawdzie opisywana historia wydarzyła się przed dziesiątkami lat, ale niektóre szczegóły tkwią w mojej pamięci tak wyraźnie, jakby wszystko wydarzyło się przed chwilą. Myślę też, że może zaciekawić wielu ludzi, szczególnie, że dotyczy jednego z najtragiczniejszych momentów polskiej historii ostatnich lat.

Ale do rzeczy.

Pochodzę z Chorzowa, jestem nieodrodnym dzieckiem lat osiemdziesiątych, co oznacza między innymi, że z racji ówczesnego miejsca pracy mojego taty, czyli Hutniczego Przedsiębiorstwa Remontowego, w skrócie HPR, miałem możliwość wyjeżdżać co roku na kolonie, a później na obozy młodzieżowe w czasie letnich wakacji. Latem 1983 roku wyjechałem na obóz na Mazury. Część uczestników znałem już z wcześniejszych wyjazdów, innych widziałem po raz pierwszy.

Jak to przy takich okazjach bywa, próbowałem się o tych nowo poznanych czegoś dowiedzieć, między innymi zaintrygowała mnie jedna z dziewczyn, niby całkiem normalna, ale w jej zachowaniu było coś, czego nie potrafiłem określić, jakaś zaduma, smutek czy coś w tym rodzaju. Próbowałem dowiedzieć się od dziewczyn z jej namiotu, w czym rzecz, ale zbywały mnie tylko mówiąc, że są powody, dla których Alina, bo tak miała na imię, się tak, a nie inaczej zachowuje. Wobec tego nie wypytywałem o nic więcej, wakacyjne obozowe życie biegło dalej swoim torem.

Obóz dobiegł końca, pożegnaliśmy się będąc już myślami przy następnym razie, kiedy mieliśmy nadzieję znów się wszyscy spotkać, a ja, jako że od wielu lat byłem zapalonym fotoamatorem i na obozie pełniłem rolę nadwornego fotografa, wracałem do domu z notesem pełnym adresów i telefonów moich wakacyjnych znajomych. Obiecałem wszystkim zainteresowanym, że w miarę możliwości postaram się jak najszybciej zrobić i dostarczyć im pamiątkowe zdjęcia z wakacji. Ponieważ, jak mawiał klasyk polskiego filmu, „u mnie słowo droższe pieniędzy”, w ciągu kilku tygodni zdjęcia były gotowe. Osobom mieszkającym w pobliżu udało mi się je w miarę bezproblemowo dostarczyć i skasować zwrot kosztów wykonania, problem był tylko z ludźmi mieszkającymi w Nowej Hucie, tu musiałem czekać na jakąś możliwość wyjazdu w tamte strony.

Okazja nadarzyła się szybciej, niż mogłem się spodziewać. Otóż okazało się, że 13 października jedziemy ze szkoły na jednodniową wycieczkę klasową do Krakowa.

Postanowiłem skorzystać z okazji i dostarczyć dawno już gotowe zdjęcia zainteresowanym. Naszemu wychowawcy powiedziałem, o co chodzi,i ten bez żadnych zastrzeżeń pozwolił mi się „urwać” po odbyciu obowiązkowego programu wycieczki. Swoją drogą, potrafi sobie ktoś coś takiego wyobrazić, żeby w dzisiejszych czasach siedemnastolatka puścić samopas w obcym mieście i do tego pozwolić mu wracać samemu do domu prawie sto kilometrów?

Tak więc po „zaliczeniu” Wawelu, Kościoła Mariackiego i Kazimierza reszta klasy wraz z wychowawcą wybrała się w drogę powrotną, ja natomiast wsiadłem w tramwaj jadący do Nowej Huty i rozpocząłem moją pielgrzymkę po znajomych z wakacji.

Ponieważ już wcześniej dałem znać, kiedy przyjadę, udało mi się dość szybko rozprowadzić prawie wszystkie zdjęcia. Na liście została już tylko wspomniana wcześniej Alina. Jedno z nowohuckich osiedli, czteropiętrowy blok, ostatnie piętro, ostatnie drzwi.

Dzwonię, po chwili otwiera starszy mężczyzna, siwy jak gołąbek, przedstawiam się i mówię, że mam ze sobą zdjęcia z wakacji dla Aliny. Pan W. (nie czuję się upoważniony do posługiwania się tutaj pełnym nazwiskiem, ale dla obeznanych w historii Polski będzie jasne, o kogo chodzi) mówi, że Ali niestety nie ma w domu, ponieważ po szkole musiała iść jeszcze do kościoła.

Musiałem chyba mieć niezbyt mądrą minę, a może też panu i pani W. zrobiło się mnie żal z powodu tylu, jak myślałem, nadaremno przejechanych kilometrów, w każdym razie zaprosili mnie do środka i poprosili o zajęcie miejsca na krześle. A potem zaczęli opowiadać… I tego, co wtedy usłyszałem, nie zapomnę zapewne do końca życia.

Okazało się, że Ala była w kościele na mszy z okazji pierwszej rocznicy śmierci jej starszego brata. Widząc mój pytający wzrok, państwo W. wyjaśnili, że rok temu, 13 października 1982 r. w Nowej Hucie niedaleko kościoła, został zastrzelony ich syn Bogdan.

W tym momencie zaczęło mi coś świtać w głowie. Jeżdżąc tego dnia tramwajem po Nowej Hucie zauważyłem gdzieniegdzie stojące radiowozy, także zapach, jaki unosił się w powietrzu, był mi wprawdzie nieznany, ale jednocześnie niemiły, a nawet czasami odrażający. Wspomniałem o tym w rozmowie, na co pani W. powiedziała, że co miesiąc po mszy świętej w intencji ich zmarłego syna dochodzi do demonstracji i zamieszek, na co milicja i ZOMO odpowiadają użyciem pałek i gazów łzawiących.

Chwilę później dałem chyba wyraz swej bezgranicznej naiwności pytając, co stało się z człowiekiem, który zabił ich syna. Okazało się, że za to, co zrobił, nie poniósł żadnej odpowiedzialności, jako że podobno działał w obronie własnej. Że nadal jest na wolności, kpiąc sobie w żywe oczy z wymiaru sprawiedliwości i z rodziny, której przyniósł tyle nieszczęścia.

Siedząc na krześle i pałaszując ze smakiem obiad, którym w międzyczasie poczęstowała mnie pani domu, usłyszałem, że dokładnie na tym krześle siedział sam Generał, gdy jakiś czas po śmierci ich syna przyjechał, by złożyć kondolencje. Wizytę Generała państwo W. podsumowali krótko - to była farsa obliczona na potrzeby propagandy i dla uspokojenia nastrojów w Nowej Hucie.

Później usłyszałem jeszcze trochę szczegółów dotyczących wydarzeń sprzed roku, pan W. pokazał mi także pokój zmarłego syna. Stojący na biurku w ramce portret młodego człowieka pozostał na długo w mej pamięci. Pani W. powiedziała, że od dnia jego śmierci wszystko jest tam nienaruszone i tak ma też pozostać.

Ponieważ pora była już dość późna, a Ali dalej jeszcze nie było, podziękowałem państwu W. za gościnę, zostawiłem przeznaczone dla niej zdjęcia, pożegnałem się i tramwajem pojechałem na dworzec w Krakowie, a stamtąd do domu.

W czasie jazdy uświadomiłem sobie, jak niewiele wiem o wydarzeniach niedawno zniesionego stanu wojennego. Wprawdzie tę niedzielę, kiedy nagle rano zamiast Teleranka widziałem w telewizorze przemawiającego Generała, miałem jeszcze w pamięci. Pamiętałem też przejazd przez centrum Bytomia 16 grudnia 1981, kiedy to widziałem zmasakrowany gąsienicami czołgów asfalt przed dworcem kolejowym.

Jak się później okazało, jechały one do Katowic, aby „zaprowadzić porządek” w Kopalni „Wujek”. Pamiętam wyjazd do rodziny krótko przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy żołnierze z widocznym zażenowaniem kontrolowali pod okiem obecnego przy tym oficera MO przepustki uprawniające do wyjazdu poza miejsce stałego zamieszkania. Pamiętam też cielęcy zachwyt w oczach mego pięcioletniego kuzyna, gdy podczas świątecznej wizyty u wujostwa w Bytomiu odwiedził ich kuzyn mamy i ciotki, pracujący na co dzień w milicji, a w grudniu 1981 oddelegowany do Bytomia w celu „nadzorowania porządku w zakładzie zmilitaryzowanym”, i dał mu do potrzymania swój służbowy pistolet, naturalnie po rozładowaniu i wyciągnięciu magazynka z amunicją. Wtedy było to także dla mnie przeżycie, jednak dopiero wizyta u państwa W. i to, czego się od nich dowiedziałem spowodowało, że do broni czuję obrzydzenie do dzisiejszego dnia.

Ponieważ w tamtych czasach cenzura i propaganda miały się bardzo dobrze, a czegoś takiego, jak internet nie było chyba jeszcze nawet w planach, więcej na temat wydarzeń dotyczących śmierci Bogdana W. mogłem się dowiedzieć dopiero w ostatnim czasie, tym większy jest mój podziw dla rodziny W. za jej dążenie do wyjaśnienia okoliczności tragedii, która ich spotkała, do sprawiedliwego ukarania sprawcy/sprawców, jak również dbałość o zachowanie pamięci o ich synu. Mam nadzieję, że moim wspomnieniem mogłem w tym choć trochę pomóc.

Arkadiusz Slomian

Październik 2018

Pomóż nam stworzyć wirtualne Muzeum Wspomnień Stanu Wojennego! Wspólnie możemy pokazać, jak tamten okres wpłynął na życie Polaków. Prześlij swoje wspomnienia ze stanu wojennego na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 0

Więcej historii