PRLKoszmar Kiszczaka - opozycja w Milicji Obywatelskiej

Koszmar Kiszczaka - opozycja w Milicji Obywatelskiej

Tarcze milicyjne z lat 80., ekspozycja w Europejskim Centrum Solidarności. Fot:  Wojciech Pędzich
Tarcze milicyjne z lat 80., ekspozycja w Europejskim Centrum Solidarności. Fot: Wojciech Pędzich / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Gdy myślimy o milicjantach w czasie stanu wojennego, nasuwają nam się jednoznaczne skojarzenia. W tej regule trafiały się jednak nie tak rzadkie wyjątki – milicjanci, którzy odważnie służyli dobrej sprawie, ryzykując nieraz więcej niż sami opozycjoniści.

Sławomir Cedzyński

Czy funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej byli zadowoleni ze swojej służby? Wydaje się, że w pewnej części tak, a pokaźna liczba po prostu się zaaklimatyzowała. Nie wszyscy mogli jednak znieść warunki pracy. Relacje w MO opisywał po latach Marian Sadłowski, w 1981 r. inspektor dochodzeniowo-śledczy w Szczecinie, z 17-letnim stażem, odznaczony brązowy krzyżem zasługi.

„Nie nosiłem nigdy odznaczenia, gdyż w mojej głowie pozostała pamięć, że wspomniane odznaczenie zostało przyznane mi przez ludzi o rękach zbroczonych niewinną krwią polskiego społeczeństwa. Warunki, w których pracowałem były nieznośne. (...) Funkcjonariusze MO byli zmuszeni rozkazami do działań niezgodnych z obowiązującym wówczas prawem w PRL i własnym sumieniem milicjantów. Milicjanci byli bezwolnym narzędziem w resorcie MSW do tłumienia słusznych wystąpień narodu przeciwstawiającego się narastającym deformacjom”. - pisał inspektor Marian Sadłowski na stronie jozefdarski.pl [6].

„Bezprawne działania MSW były powodem tego, że staliśmy się znienawidzoną i wyizolowaną grupą społeczną. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych karmiło nas codziennym kłamstwem w przysyłanych rozkazach, zarządzeniach i biuletynach, że to elementy antysocjalistyczne, warchoły i agenci zachodu chcą obalić ustrój socjalistyczny. Jedynym oficjalnym miejscem spotkań milicjantów były tylko zebrania i narady partyjne, na których wszelkimi metodami starano się prać nasze mózgi, że Milicja Obywatelska jest zbrojnym ramieniem partii, a powołanie do milicyjnej służby jest głównym zadaniem ochrony partii i jej dygnitarzy partyjnych”.

Czytaj także:
Prześlij nam swoje wspomnienia ze stanu wojennego!

Takie poglądy, wypowiadane na głos, na pewno nie należały do codzienności, nawet biorąc pod uwagę klimat chaosu i pewnego rozprężenia w szeregach władzy, jaki wprowadziła Solidarność. Podobna postawa wymagała wyjątkowej odwagi. W końcu dla przełożonych w partii i MO zbuntowani milicjanci nie byli już wrogami, z którymi należało się liczyć i walczyć jak równy z równym. Postrzegano ich bardziej jako zdrajców, na którymi miało się pełną władzę. Milicjant o takim nastawieniu był też wyjątkowo niebezpieczny. Funkcjonariusze, myślący podobnie do ins. Sadłowskiego, dotykali najbardziej wrażliwych informacji dotyczących swoich przełożonych. W jego wspomnieniach czytamy m.in: „We wrześniu i październiku 1980 r. milicjanci z jednostek MO garnizonu szczecińskiego złożyli wnioski i postulaty na otwartych zebraniach partyjnych w Podstawowych i Oddziałowych Organizacjach Partyjnych, które dotyczyły spraw pracowniczych, warunków życia milicjantów, prawdziwej informacji odnośnie nastrojów społecznych, zaprzestania używania sił milicyjnych do tłumienia słusznych wystąpień narodu oraz poruszono problem narastającej przestępczości na stanowiskach kierowniczych w jednostkach podlegających Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Wnioski i postulaty z zebrań partyjnych zostały sfałszowane.

W środowisku milicyjnym garnizonu szczecińskiego zapanowało wielkie rozgoryczenie. Milicjanci pisali anonimy o przestępczej działalności do KG MO i MSW, ale to nie przynosiło pozytywnego wyniku, gdyż oficerowie z KG MO, którzy przyjeżdżali na kontrole spędzali czas na pijaństwie i innych rozrywkach urządzanych przez wyższych oficerów garnizonu szczecińskiego”.

Inspektor Spychalski pisał raporty do szefów Komendy Głównej MO, MSW, a nawet NIK o, jak to ujął „funkcjonariuszach MO ze stanowisk kierowniczych dokonujących nagminnie pospolitych przestępstw”. Nie otrzymywał jednak żadnych odpowiedzi. Nie dawał za wygraną. Postanowił założyć Związek Zawodowy Funkcjonariuszy MO garnizonu szczecińskiego. Udało mu się nawet przekonać do tego pomysłu aktyw partyjny, który poparł ten pomysł. Wkrótce jednak okazało się, że niezależnie myślący milicjanci wymykają się spod kontroli, zwłaszcza, że nowa „choroba” w resorcie zaczęła docierać także do Warszawy. Wysocy rangą oficerowie resortu nie mieli na co czekać. Zaczęli energicznie zabiegać, by sąd nie zarejestrował nowych związków. Wszystkie chwyty były przy tym dozwolone. Prewencyjnie zwolniono z służby wielu aktywnych w związkach milicjantów uzasadniając to paragrafem opierającym się na określeniu „dla dobra służby”. Innym grożono zatrzymaniem, choćby na 48 godzin.

„W Warszawie grozili nam generałowie z MSW, że wysadzą nas w powietrze, jeżeli nie przerwiemy obrad związkowych. Mogli spełnić swojej groźby, ponieważ na palcu batalionu była stacja benzynowa - opisywał Marian Sadłowski.

Milicjantów pozostawionych na służbie grożono karami dyscyplinarnymi, traktowano ich jak podejrzanych, nie wolno im było opuścić miejsca zamieszkania bez zgody przełożonego. Gdy w końcu przyszedł czas na rejestrację związku, Sąd Wojewódzki w Warszawie odroczył rozprawę, bo jak stwierdził, konieczne było przedtem rozstrzygnięcie, czy milicjant w świetle prawa jest pracownikiem. Milicjanci próbujący protestować w warszawskiej Hali Gwardii zostali wyparci przez zomowców. Wówczas w Stoczni Szczecińskiej głodówkę ogłosiło pięciu funkcjonariuszy. Sprzeciwiali się łamaniu ich praw, ale i oszczerstwom rozgłaszanym na temat milicjantów-związkowców. Władze zaczęły ich przedstawiać jako agentów zachodnich wywiadów, a to już stawało się wyjątkowo niebezpieczne. Głodówka rozpoczęła się kilka dni przed 13 grudnia i musiała się zakończyć wraz z wprowadzeniem stanu wojennego.

Czytaj także:
„Z takiej odległości trudno nie trafić”. Mord bezpieki na dwudziestolatku

Stoczniowcy, którzy solidaryzowali się z protestującymi milicjantami wiedzieli, że gdy ci trafią w ręce swoich kolegów po fachu, mogą skończyć dużo gorzej niż zwykli członkowie Solidarności. Dlatego zaproponowali im ucieczkę z kraju na statkach pod obcymi banderami. Funkcjonariusze nie zgodzili się jednak na to. Już 17 grudnia wszyscy zostali internowani i trafili za kratki do różnych zakładów. W celi, jak pisał Sadłowski, był bity, przechodził wraz z innymi przez 300-metrowe „ścieżki zdrowia”, trafiał do izolatki. Milicjanci wyszli na wolność, ale wielu z nich do służby wróciło dopiero po 1989 r. A i wtedy nie mogli oni liczyć na sympatię wszystkich kolegów. Zresztą nauczyli się z tym żyć. Za „komuny” w środowisku Solidarności byli postrzegani jako ludzie nie do końca pewni, nie do końca sprawdzeni. Po drugiej stronie barykady, byli traktowani jak słynny nowojorski policjant Frank Serpico, odegrany w kasowym filmie przez Ala Pacino. Gliniarz kierujący się wartościami zawartymi w przysiędze, którą złożył, walczący z przestępczością również wśród swoich przełożonych i kolegów.

Po upadku PRL wielu funkcjonariuszy, którym wcześniej zabrakło odwagi lub po prostu nie chcieli się sprzeciwić przełożonym, pozostało na służbie. - Oni wykonywali wtedy wszystkie polecenia. My nie, więc jako buntownicy byliśmy potem dla nich niewygodni, niepewni - mówił Wiktor Mikusiński, jeden z założycieli związku zawodowego milicjantów, internowany w stanie wojennym. Funkcjonariusze protestujący w Szczecinie czy w Warszawie wiedzieli, że zapłacili słoną cenę za wybór złej profesji w złym czasie.

Jednak niektórzy nie mieli nawet wyboru. Należał do nich Jan Druć, który został siłą wcielony do oddziałów ZOMO. To kara za rozklejanie ulotek na murach. Ciesząca się złą sławą formacja nie miała jednak pożytku z rekruta. Podczas pacyfikacji kopalni „Wujek” zamiast zatrzymywać i pilnować górników, wypuszczał ich z „suk”. Przesiedział za to dziewięć miesięcy w więzieniu. Potem musiał wyemigrować do Australii. W lipcu 2009 prezydent Lech Kaczyński docenił postawę milicjantów potrafiących postawić się swoim przełożonym. Odznaczył ich krzyżami Orderu Odrodzenia Polski. - Chcemy podziękować panu prezydentowi, który nie zapomniał o nas w przeciwieństwie do swoich poprzedników - mówił podczas prezydenckiej uroczystości Wiktor Mikusiński, który w 2006 r. został przewodniczącym Stowarzyszenia Byłych Funkcjonariuszy MO Represjonowanych za Działalność Związkową i Polityczną w l. 1981-1989 „Godność”.

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 1
  • esejendiej IP
    I takiego milicjanta miałem za kolegę w 1979 roku dostarczałem mu ulotki które przywoziłem z Wrocławia Wiosna 80 r On wyleciał z milicji ja na rok do więzienia w Lubaniu Dziś o Nas się nie pamięta
    Dodaj odpowiedź 5 0
      Odpowiedzi: 0

    Więcej historii