PRL„Jak się rodzi samodzielnie?!” Dziecko stanu wojennego

„Jak się rodzi samodzielnie?!” Dziecko stanu wojennego

Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Miałam obawy, bo pierwszy poród był z komplikacjami, ale tego się nie spodziewałam….

13 grudnia 1981 roku byłam w 9 miesiącu ciąży. Termin porodu miałam wyznaczony na 22 grudnia. Cieszyliśmy się, bo starsza o 2 lata córka chowała się bez problemów, więc spadkobierca nazwiska (miał być chłopiec) był oczekiwany z wielką niecierpliwością. Ja miałam obawy, bo pierwszy poród był z komplikacjami, ale tego się nie spodziewałam….

Dwa dni wcześniej przyjechał mój ś.p. ojciec – „Może pomóc, bo mąż może, na sygnał, nie będzie mógł się zwolnić z pracy?”

W niedzielę wieczorem zobaczyliśmy i usłyszeliśmy komunikat o stanie wyjątkowym. Osłupieliśmy. Nie wiedzieliśmy co to znaczy? Wojna – z kim?

Zaczął mnie boleć brzuch, z nerwów, chyba. Ale jak po godzinie bóle nie ustawały, pomyślałam – chyba rodzę! Pierwsza myśl – pogotowie. Telefon głuchy. Samochód do szpitala (mieliśmy malucha) – garaż u znajomych (w podziemiu willi), gdzie parkowaliśmy, zasypany śniegiem do połowy wysokości drzwi. Odkopanie zabrałoby parę godzin. Taksówki ani śladu.

Czytaj także:
Czołgi pod bramą. Mój dziennik strajkowy

Wpadałam w panikę – nie wiem, jak się rodzi samodzielnie! Jedyni sąsiedzi w klatce, którzy mieli w bloku samochód wyjechali.

Sąsiedzki blok był tzw. wojskowy, bo wówczas w naszym mieście stacjonowała jednostka i obok kadra miała mieszkania. Zauważyłam, że pod tym blokiem stoi gazik wojskowy. Wysłałam męża, żeby załatwił mi transport do szpitala, albo chociaż wezwali karetkę. Wrócił z niczym… (drobna uwaga a propos odpowiedzialności mężczyzn). Ani taksówki, ani pomocy znikąd. Na piechotę do szpitala? Ale to 3-4 kilometry, dam radę? Ojciec zaczął panikować, że chce do domu, do żony, do Bydgoszczy. Masakra! Wiedziałam, że muszę wytrzymać, do rana. Zaczęłam modlić się i prosić – dziecko, wytrzymaj do rana. Tych minut, godzin stresu, nie jestem w stanie opisać. Bóle złagodniały i przetrzymałam - w totalnych nerwach do poniedziałku.

Ten koszmarny dzień to była niedziela. Wiedząc, że na nic i na nikogo nie mogę liczyć, odprowadziłam rano ojca na PKS (też się okropnie denerwował, bo mama została sama) – na szczęście komunikacja autobusowa chodziła). Zapakowałam potrzebne rzeczy i autobusem miejskim (z przesiadką) dojechałam do szpitala. Przyjęto mnie sympatycznie, tzn. nie dociekano dlaczego przyjeżdżam 14, jak mam termin na 22 grudnia. Syn urodził się 18 grudnia.

P.S. Ile dzieci urodziło się na początku stanu wojennego? Ile matek ma takie koszmarne doświadczenia jak ja?

Ewa Jasińska

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 0

Więcej historii