PRL„To nie żaden pan, tylko ubek”. Bezpieka zarzuca sieć w szkole

„To nie żaden pan, tylko ubek”. Bezpieka zarzuca sieć w szkole

Gen. Czesław Kiszczak na wystawie PWPW
Gen. Czesław Kiszczak na wystawie PWPW / Źródło: DoRzeczy.pl
Dodano
W szkole poinformowano mnie, że dzwoni jakiś pan. Po rozmowie mówię, że to nie żaden pan, tylko ubek. Sekretarce zaczęły się trząść ręce...
Pamięci mojego męża – działacza podziemnej Solidarności. Jest 13 grudnia 1982 r. Wracam od siostry pociągiem relacji Gdynia-Katowice, kuszetką. Budzę się czasem w nocy i widzę jakieś czołgi i wojsko, myślę sobie - znów kręcą filmy. Dopiero w domu dowiaduję się, że ten zdrajca ogłosił stan wojenny. Przez dworzec w Katowicach przeszłam bez przeszkód, dobrze, że nie kontrolowali. Miałam przecież bibułę, nie ruszałam się nigdzie bez tych książek…

Jest 23 lipca 1983 r. Urodziłam naszą córeczkę. Dziś – 23 lipca – w dniu odwołania stanu wojennego, ale o tym dowiem się później. Ona – malutka – symbolicznie dziecko działaczy Solidarności i ulubienica wujka Adama, z którym malutka – usadowiona na tylnym siedzeniu żółtego malucha będzie strzec bezpieczeństwa bibuły, która leży pod jej kocykami, książek lub papieru, który trzeba dostarczyć, bo potrzebny jest do wydrukowania pisma bardzo poszukiwanego przez ubeków - „Cios”, w którym pisze też nasz przyjaciel.

21 lipca student medycyny, który sprzątał salę mówi: „no chyba się nie urodzi jutro…”. 24 lipca wrócił i mówi - „widzi pani, mądre dziecko, nie urodziło się 22 lipca”.

Mądre dziecko - dziś świetny nauczyciel, mądry, zagubiony w środowisku ciemnoty politycznej. I uczy ich rozumu czasem, a nieżyjący ojciec cieszy się tam – w zaświatach.

Mój mąż – działacz podziemnej Solidarności, kolporter prasy i książek. To jemu dedykuję te zapiski. Ja - założyciel Solidarności w szkole w której uczyłam, zostałam wiceprzewodniczącą, bo nie podołałabym prowadzeniu koła, byłam sekretarzem KIK-u.

Czytaj także:
Prześlij nam swoje wspomnienia ze stanu wojennego!

W stanie wojennym zawiesili nam KIK, ale wcześniej dokonano napadu na nasz sekretariat, zastaliśmy wszystko porozrzucane. Szukali deklaracji. Nie znaleźli, zawsze nosiłam je przy sobie. Ale „rozmawiali” ze wszystkimi członkami zarządu. Zamieszczam tu kilka notatek z mojego dziennika z tamtych dni.

7 II 1982

Słucham radia i myślę o tych, którzy cierpią, płaczą po uwięzionych. Jak tu się cieszyć swoim prywatnym życiem, gdy tyle zła na ziemi… Boże dobry, daj siłę ludziom, daj siłę do przetrwania”.

29 IV 1982

Refleksje po naszym wczorajszym ślubie. Przed 20.00 przyszedł pan Marek – kierownik USC, który nam dawał ślub. Kolega Bogusi - razem studiowali. Miał tremę. Posłuchał jak opowiadaliśmy o internowanych, Bogusia opowiadała o swoim Staszku, który miał być naszym świadkiem, czytała wiersze jakie internowani pisali. Uświetniły nam ten ważny dzień”.

18 X 1982

Acha! W środę (13 X) byłam na „randce” z tym szpiclem z UB w Centralnej na herbacie. Wszyscy mówią, że mogłam go naciągnąć na obiad. Przy wyjściu wyłożyłam się jak długa. Chyba mu się odechce chodzić na spotkania z taką niedołęgą. Dusiłam się wewnętrznie ze śmiechu. Jakbym tak się uszkodziła musieliby mi pewnie odszkodowanie zapłacić. Nie dowiedział się biedaczek niczego. Taka wsza! Inteligentna - trzeba przyznać. Tym gorzej”

4 XII 1982

Wrócił Staszek K. z internowania. Jest już w domu. Pracuje w Katowicach w wydawnictwie”. Byli u nas w domu po Jego powrocie. Cieszymy się ich szczęściem, bo wreszcie są razem a Staszka tyle lat śledzili i szykanowali, nie mógł się nigdzie zameldować, bo straszyli ludzi u których miał mieszkać. Andrzej był wtedy z nim w zarządzie Solidarności w Katowicach, gdyby został tam w tę noc byłby razem ze Staszkiem internowany.

W grudniu Staszek poinformował nas, że jakiś milicjant pytał o Andrzeja, brał jego dane z USC. Pomyślałam, że to może ten nasz „przyjaciel” z KIK zaczyna się dowiadywać o sprawy męża.

Czerwiec 1983 rok

Odwiesili KIK.

O jednym krótko, ale muszę dokładnie opowiedzieć o tych trzech spotkaniach z ubekami.

Pierwsze. Przyszedł do mnie do domu. Nie wiem, jak się przedstawił, mignął mi legitymacją – szkoda, że nie zwróciłam uwagi na nazwisko, ale oni mieli przecież kilka nazwisk. U nas było malowanie. Posadziłam go na tapczanie, przed nami szafa, za nią biurko pełne bibuły. Stosy książek - wiadomego formatu i koloru. Wszedł Andrzej - chciał podać ciastka, ale tylko popatrzył i wyszedł. On wiedział, że to był ubek. Wyszedł, nie pamiętam o co pytał. Jedno tylko musiało go wkurzyć - powiedziałam, że zaraz o naszym spotkaniu poinformuję cały KIK.

Drugie spotkanie. W moich notatkach piszę o „randce” z ubekiem, ale tutaj coś więcej. W szkole poinformowano mnie, że dzwoni jakiś pan. Po rozmowie mówię, że to nie żaden pan, tylko ubek. Sekretarce zaczęły się trząść ręce. Siedzieliśmy w Centralnej w Mysłowicach. Zrzedła mu mina jak powiedziałam, że kelnerzy tutaj to moi uczniowie, a potem wyzywałam równo na ten czas, jaki nam zgotowali: „nie mogę kupić butów mężowi do ślubu (kościelnego), nie mogę kupić słodyczy dzieciom przyjaciół, nie mogę…, nie mogę…”... Szybko się skończyła nasza „randka”.

Ale dali mi spokój dopiero po trzecim spotkaniu. To już była połowa 1983 roku. Byłam w zaawansowanej ciąży. Dzwonił do szkoły, powiedział, jakim samochodem po mnie przyjedzie. Uprzedziłam Elę – nauczycielkę i moją uczennicą, że jadę z ubekiem i żeby poinformowała mojego męża, gdybym długo nie wracała. Była przerażona. Ja – nie! Wszyscy z zarządu KIK-u mieliśmy takie doświadczenia. Czekałam przed szkołą rozmawiając z dziećmi. Przyjechał innym samochodem. Wyjeżdżaliśmy z drogi podporządkowanej i mówię mu, niech pan jedzie śmiało, a on: „nie boi się Pani?”. Ja: „nie, nade mną czuwa opatrzność”. W kawiarni, po krótkiej rozmowie o wszystkim i o niczym podsunął mi kartkę, żeby podpisać, że nikt się nie dowie o naszej rozmowie. Wkurzyłam się i mówię: „Już moja uczennica wie, że z Panem rozmawiam, jak wrócę poinformuję wszystkich w KIK, ale czemu ma mnie Pan za idiotkę? Co ja za kilka lat zobaczę pod swoim podpisem?” Byłam wściekła, on też, zabrał kartkę i wyszedł, już mi nawet nie zaproponował, żeby mnie odwieźć.

I to było ostatnie moje spotkanie z ubekiem. W KIK o tym wszystkim rozmawialiśmy i potem, już po odwieszeniu KIK, pilnie śledziliśmy, kto przychodzi na spotkania, staraliśmy się wyśledzić, kto jest „służbowo”.

Najmilej wspominam te dni, w których nasze pokoje zamieniały się w hurtownię książek. Pełne ich plecaki przynosili Henio, Antoś i Alina. Andrzej rozdzielał je. Skarby ukrywane w stanie wojennym, a przechowywane do dziś jako najcenniejsze pamiątki tamtych lat. Gazetki – informujące o działaniach KOR-u.

Wiedzieliśmy, że i Macierewicz, i J. Kaczyński pomagają ludziom, dlatego dziś każde złe słowo, które rzucane jest w ich kierunku doprowadza mnie do szału. Macierewicza znam osobiście, pomógł nam pozbyć się ubeka z naszego RdR-u. Pękające w szwach sale na spotkaniach z nimi…

To dzięki mojemu mężowi jestem kim jestem, poznałam losy Kornela Morawieckiego (dlatego też między innymi uwielbiam Jego syna), Andrzeja Rozpłochowskiego i Kazimierza Świtonia – z którymi spotykaliśmy się na zebraniach.

Anna Kozioł, Sosnowiec

Zapraszamy do przesyłania wspomnień na adres:muzeumwspomnien@superhistoria.pl Razem możemy stworzyć wirtualne Muzeum Wspomnień Stanu Wojennego!

 0

Więcej historii