PRLCzerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Czerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Dodano 14

Moja grodkowska przygoda nie trwała jednak długo. Szesnastego września zapakowano nas do dużej więźniarki i ruszyliśmy w nieznanym kierunku. Szybko okazało się, że wywietrzniki są zamknięte i w środku zaczyna brakować powietrza. Dwóch kolegów zemdlało, a reszta była mokra od potu. Wypuszczono nas dopiero w Krakowie, na terenie więzienia przy ulicy Montelupich. Dostaliśmy coś do picia i jedzenia oraz mogliśmy się wysikać. Okazało się jednak, że to nie jest koniec odysei - chcieli nas znów zapakować do tego nieszczęsnego Stara. Odmówiliśmy.

Przyprowadzili atandę i wyglądało na to, że zrobią nam ścieżkę zdrowia. Nie zrobiło to na nas większego wrażenia. Mała jest przecież różnica pomiędzy biciem i duszeniem. Po pewnym czasie przyszedł jakiś wyższy rangą oficer i rozkazał aby te wywietrzniki otworzyć. Wsiedliśmy więc i pojechaliśmy dalej. Do więzienia w Uhercach.

Tak ogólnie, to źle w Uhercach nie było. Tylko krajobraz był dla mnie denerwujący, gdyż przypominał mi piękne czasy, gdy chodziło się po Bieszczadach z plecakiem. Dodatkowo, wkroczyliśmy w okres „internackiej” dekadencji, czyli czas podziału na KOR-owców i twarde robotnicze jądro. Byłem tam najbardziej rozpoznawalnym KOR-owcem i na mnie skupiały się narastające pretensje o „niepotrzebne mieszanie spraw związkowych i politycznych”.

Z mojego punktu widzenia był to narastający podział na radykalizm czynów i radykalizm gestów. Człowiekiem najbardziej naładowanym adrenaliną był Janusz Sanocki. Polegało to głównie na organizowaniu demonstracji. Stawaliśmy w rzędzie na korytarzu, podnosiliśmy wysoko rękę (z palcami ustawionymi w literę V) i śpiewaliśmy patriotyczne piosenki. Ja tego nie lubiłem, ale rozumiałem, że potrzebny jest „trening”. Abyśmy umieli publicznie (np., na mszach za Ojczyznę) demonstrować opór. Nie zawsze jednak chciało mi się przerywać czytanie lub rozmowę. Janusz traktował nieobecność jako „tchórzostwo”. Co gorsze, jego ataki na KOR stawały się coraz ostrzejsze i coraz bardziej dziwaczne. W tym co mówił, coraz wyraźniej pobrzmiewała pretensja o to, że gdyby nie KOR-owskie upolitycznienie Związku, to wszystko potoczyło by się inaczej.

Któregoś dnia, miarka się przebrała i powiedziałem Sanockiemu, w obecności wielu świadków, że kłamie. Zrobiła się awantura i powstała nawet grupa rozjemcza, która miała ustalić czy to co opowiada Sanocki jest prawdą.

Kilka dni później, konkretnie szóstego października, do celi przyszedł klawisz i powiedział, że mam się pakować, gdyż idę na przepustkę. Byłem tym zaskoczony. Podania o przepustkę nie składałem. Poszedłem więc na rozmowę z komendantem i dowiedziałem się, że podanie złożyła moja Mama i w uzasadnieniu podała chorobę Ojca. Pod bramą czekał na mnie brat. Dowiedziałem się od niego, że Ojciec ma raka żołądka. Miał operację i jego stan jest ciężki.

W Warszawie czekała na mnie żona z córką. Nie widziałem córki od dnia aresztowania. Marta urodziła się w lutym 1981 r. Była wcześniakiemi uznaliśmy, że jest zbyt mała na podróż do Nysy lub Grodkowa. Tym bardziej na podróż do Uherc. Byłem dla niej kimś obcym. W autobusie do Ostrołęki udało mi się z nią trochę zaprzyjaźnić. Wieczorem był jednak wielki płacz. Gdy siedziałem, Marta spała z żoną i nie chciała mnie wpuścić do łóżka.

Ojciec trzymał się dość dobrze, ale było wiadome, że zbliża się koniec. Nie mógł jeść i był karmiony rurką. Po kilku dniach, odwiozłem Wiesię i Martę do Wałbrzycha.

W tym czasie byliśmy z Martą u lekarza. Od początku opiekował się nią dr Jedwabny. W czasie Solidarności, nigdy nie brał za wizyty pieniędzy tylko prosił o książki. Tym razem, zapytał co mam zamiar dalej robić. Odpowiedziałem, że jeszcze tego nie wiem. Powiedział wtedy; „Marta jest zdrowa, ale potrzebuje dobrej opieki i bananów. Wyjedźcie. Tam nawet jeśli będziesz ulice zamiatał, to na banany zarobisz”.. To jest dokładny cytat. Dokładnie pamiętam jego słowa. Prawdę mówiąc, myślałem wcześniej o emigracji ale … myślałem o tylu różnych rzeczach. Po tej rozmowie zapytałem Wiesię czy chce, abyśmy wyjechali. Nie odpowiedziała konkretnie, ale czułem, że jeśli podejmę taką decyzje to się, z ukrywaną radością, zgodzi.

Termin przepustki minął, ale mało mnie to obchodziło. Przyszli esbecy i rozkazali mi wracać do Uherc. Powiedziałem, że nie mam takiego zamiaru i wybieram się znów do Ostrołęki, aby być przy Ojcu. Myślałem, że zostanę zwinięty, ale kazali mi napisać podanie o przedłużenie przepustki. Napisałem więc wniosek o bezterminowe przedłużenie przepustki. Wzięli ten papierek i poszli. Następnego dnia pojechałem do Ostrołęki. Po kilku dniach wróciłem znów do Wałbrzycha i dowiedziałem, że przedłużono mi termin przepustki do dwudziestego drugiego października. Pojechałem więc znów na kilka dni do Ojca. Do Wałbrzycha wróciłem przed końcem drugiej przepustki. Oczywiście nie miałem zamiaru dobrowolnie wracać do Uherc. Po prostu czekałem kiedy po mnie przyjdą. Przyszli dwudziestego piątego.

W wałbrzyskim areszcie siedziało mi się całkiem dobrze. Miałem tam bowiem, zaczynając od czasów KOR-u, pewnego rodzaju przyjaciela. Jeden z klawiszy, zawsze gdy miał nocny dyżur, wyprowadzał mnie do łaźni i puszczał ciepłą wodę oraz przynosił mi kawę i papierosy. Dziwne to było gdyż, nigdy z nim słowa nie zamieniłem. Początkowo zadawałem mu jakieś pytania, ale nie odpowiedział. Chyba bał się podsłuchów. Przyjąłem to do wiadomości i nigdy się do niego nie odzywałem. (Ten człowiek miał wtedy dużo lat. - Może był skierowanym do milicji AK-owcem, którego nigdy nie „rozgryziono”?)

Czytaj także:
Esbecy zabili 16-latka, bo ujawnił wstrząsającą prawdę

Na początku listopada miałem widzenie z żoną. Wróciłem do tematu ewentualnej emigracji. Rozmowa była podobna do poprzedniej. Po powrocie do celi napisałem, że proszę, aby mnie zwolniono, gdyż mam zamiar złożyć podanie o paszport i wyjechać. Następnego dnia, czyli 18 listopada, kazano mi zabrać swoje rzeczy i zostałem zaprowadzony pokoju przesłuchań. Siedział tam esbek, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Zanim zdążył coś powiedzieć, zapytałem czy ma formularze paszportowe. Powiedział, że nie i podał mi numer pokoju do którego powinienem się zgłosić. Następnie zaprowadził mnie na portiernię. Powiedział dyżurnemu, że mogę wyjść i wskazał drzwi.

Wyszedłem.

Zaczęła się podróż. W sensie dosłownym i symbolicznym. Początkowo kursowałem pomiędzy Ostrołęką i Wałbrzychem, zatrzymując się po drodze w Warszawie i Wrocławiu. Załatwiałem różne, związane z wyjazdem, sprawy i kończyłem tkanie siatki konspiracyjnych kontaktów.

22 stycznia, pojechałem z żoną do zamku w Otmuchowie na wesele Krysi i Jarka Chołodeckich. Jarek był działaczem Solidarności z Opola. Poznaliśmy się w więzieniu w Nysie. To wesele było pierwszym dużym zjazdem internowanych.

W domu, czyli w Wałbrzychu, było z dnia na dzień coraz gorzej. Teściowa robiła coraz większe awantury. Marcin, nasz 6-letni syn, był jej oczkiem w głowie i wymyśliła sobie, że my możemy jechać, ale Marcina nam „na zatracenie” nie odda. Znosiłem to cierpliwie, ale dla żony było to trudne i pod koniec stycznia zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Ostrołęki.

Tam był spokój. Był to dla mnie czas żegnania się z Ojcem.

Trudno było wyjechać, choć „wyganiał” nas w typowy dla niego sposób: „Ty to mnie mało obchodzisz, ale chcę wiedzieć, że Wiesia i dzieci są już bezpieczne”..

Na początku marca, pojechałem w końcu do Warszawy, aby kupić bilety na samolot do Frankfurtu i zawiadomić ambasadę USA, kiedy odlatujemy. Na lotnisku miał bowiem czekać na nas ktoś, kto zawiezie nas obozu przejściowego w Bad Soden.

Był to przypadek, dostałem bilety na siedemnastego marca 1983 r. i do nowego życia odlecieliśmy w dniu moich urodzin.

Co było dalej? Napiszę o tym kiedyś, ale to już inna pieśń stepowa.

Jerzy Jacek Pilchowski: Działacz KOR-owskiej opozycji. Członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w KWK Thorez. Wiceprzewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ Solidarność woj. wałbrzyskiego. Delegat na I Krajowy Zjazd NSZZ Solidarność. Członek prezydium Zarządu Regionu Dolny Śląsk.

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 14
  • bez-TYCH-GIER IP
    na marginesie: R. GIERTYCH, gdy był liderem Ligi Polskich Rodzin i reaktywował Wszechpolaków oraz był związani z PiS był "be" dla "salonu III RP" -- nazywany był przez GW czołowym polskim faszystą
    http://forum.gazetD.a.pl/forum/w,28,43772090,43772090,Faszysta_wicepremier_Roman_Giertych.html

    -- dzisiaj bryluje w "wolnych mediach" (najczęściej w TVN u red. M. Olejnik) bo ... wali w "kaczora". Ba, można nawet domniemywać, że jest osobistym mecenasem rodziny premiera D. Tuska. W czasie poprzednich rządów PiS+LPR+Samoobrona, Młodzieżówka UW za pośrednictwem portalu GW wylansowała hasło: "Giertych do wora, a wór do jeziora" (moim zdaniem początek zinstytucjonalizowanego hejtu i ... PODŻEGANIE DO ZBRODNI)!
    Warto też przypomnieć, że to R. Giertych był wówczas jednym z najbardziej ANTY-UNIJNYCH polityków (wszystko mamy w net-cie)!
    Dzisiaj okazuje się, że dla „salonu III RP” jest OK. …
    Pytanie: WYLECZYŁ SIĘ Z FASZYZMU?
    Dodaj odpowiedź 2 3
      Odpowiedzi: 2
    • jechwoparch IP
      Dlatego już wtedy kryminalisci z więzienia i kryminalisci z solidarności się dogadali i od 89r. okradają Polskę na setki miliardów dolarów
      Dodaj odpowiedź 5 5
        Odpowiedzi: 1
      • klioes vel pislamista IP
        Ladnie napisane.
        Bez ozdobnikow, prosto i szczegolowo.
        Okropne czasy!
        Dodaj odpowiedź 10 1
          Odpowiedzi: 0
        • Piotr Babiński IP
          Drobiazgowo opisuje Pan wydarzenia- czuję klimat tamtego czasu.
          Dodaj odpowiedź 11 1
            Odpowiedzi: 1
          • Antykomunista IP
            Mlodzi nic o tym nie wiedzą. Dobrze to przypominac.
            Dodaj odpowiedź 20 3
              Odpowiedzi: 0