PRLCzerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Czerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Jerzy Jacek Pilchowski.
Jerzy Jacek Pilchowski. / Źródło: Fot: archiwum autora
Dodano 6
Esbecy przyszli koło pierwszej w nocy. Pomachali papierkiem i powiedzieli, że jestem internowany. Żona zapytała: „Co to znaczy internowany?” Odpowiedzieli: „Proszę się nie martwić. Niedługo wróci...”

Jerzy Jacek Pilchowski

Czerwona narracja o stanie wojennym była i jest dalej, z maniackim uporem, lansowana. Przedstawia się nas, czyli działaczy Solidarności, jako manipulowanych przez esbecję naiwniaczków.

Nie zacznę więc: 13 grudnia roku pamiętnego…

Wiedzieliśmy, co nadciąga i nazywaliśmy to stanem wyjątkowym. Trudno było jednak o tym mówić i pisać, gdyż wiedzieliśmy, że przez wielu szeregowych członków Solidarności będzie to odbierane jako obsesja. Dobrym tego przykładem, są moje własne doświadczenia. Pierwszego września 1980 r., czyli już po podpisaniu gdańskiego porozumienia, wałbrzyscy górnicy nie chcieli zakończenia strajku. Nie rozumieli, że jesteśmy na historycznym zakręcie i ważniejsze od podwyżek jest szybkie rozpoczęcie budowania wolnych związków zawodowych. Powiedziałem wtedy, że jeśli nie przyjmiemy gdańskiego porozumienia za swoje i strajki trwać będą dalej, to mogą przyjechać czołgi. Wlokło się to za mną w stylu: „Kim on jest, jeśli straszył ludzi czołgami?”.

Ośmieliła nas dopiero bydgoska prowokacja. Opracowaliśmy wtedy instrukcję „Społeczeństwo polskie w warunkach stanu wyjątkowego – zalecenia i przewidywania”.. Napisałem „opracowaliśmy”, choć nie uczestniczyłem bezpośrednio w pisaniu tego tekstu. Jest on jednak wynikiem naszych wcześniejszych rozmów. Dowodem jest podpis: „Za Prezydium MKS NSZZ Solidarność Wrocław Prezydium MKS NSZZ „Solidarność” województwa wałbrzyskiego”.

Po „Bydgoszczy”, zaczęła powstawać pewnego rodzaju konspiracja. Nie była to jakaś konkretna struktura. Były to rozmowy darzących się zaufaniem ludzi. Zaczęliśmy magazynować w prywatnych mieszkaniach matryce, farbę i papier.

Poważnym ostrzeżeniem, że czas konfrontacji jest już bliski była trwająca pięć godzin rewizja (22 listopada 1981 r.) w mieszkaniu Jacka Kuronia. Byłem na tym spotkaniu i widziałem jak się esbecy zachowywali. Nie było na co dłużej czekać i prezydium Zarządu Regionu Dolny Śląsk podjęło decyzję o ukryciu 80 milionów.

Uff. Wstęp mam za sobą. Teraz mogę zaczynać:

13 grudnia roku pamiętnego …

12 grudnia obchodziliśmy, w mieszkaniu teściów, imieniny żony. Po wyjściu gości zostaliśmy tam na noc. Esbecy przyszli koło pierwszej w nocy. Pomachali papierkiem i powiedzieli, że jestem internowany. Żona zapytała: „Co to znaczy internowany?” Odpowiedzieli: „Proszę się nie martwić. Niedługo wróci”.

Zawieźli mnie do KW MO, wprowadzili do pokoju przesłuchań.

Czytaj także:
„Jak się rodzi samodzielnie?!” Dziecko stanu wojennego

Czekał tam na mnie kapitan Marian Polerowicz. Znałem go dobrze. Znałem bowiem wielu esbeków. Od roku 1977, współpracowałem aktywnie z KOR-owską opozycją i Polerowicz był „towarzyszem dowódcą” (tak nazwał go kiedyś jeden z jego podwładnych) grupy, która mnie wielokrotnie aresztowała i robiła w naszym mieszkaniu rewizję.

On grał zawsze rolę „dobrego policjanta”, czyli podczas przesłuchań tłumaczył mi, że dla mojego dobra … i czasami nawet poczęstował kawą. Tym razem, powiedział twardym głosem: „Panie Jacku. To pańska ostatnia szansa. Inaczej długo pan nie wyjdzie”. Odpowiedziałem: „Trudno”.

Chwilę później, zostałem odprowadzony na dołek. W celi siedziało już trzech naszych. Rozmowa kręciła się dookoła pytania: „Co teraz?” Powiedziałem, że zaczął się nowy okres naszego działania. Naszym zadaniem jest teraz spokojnie siedzieć, niczego nie podpisywać i w żadne dyskusje z esbekami się nie wdawać. Trwał to godzinę. Może dwie. Oni wyraźnie chcieli rozmawiać do rana. Na imieninach żony nie wypiłem ani kieliszka, gdyż rano miałem jechać do Wrocławia. Byłem po prostu zmęczony. Położyłem się więc na pryczy i zasnąłem. Na drugi dzień atmosfera w celi nie była dobra. Koledzy odebrali to moje spanie jako pewnego rodzaju lekceważenie. Przepraszałem ich więc i tłumaczyłem, że dla mnie noc na dołku to nic nowego. Przy okazji starałem się namówić ich, aby brali ze mnie przykład i wyciszyli emocje.

Trzy lub cztery dni później, wywieźli nas do aresztu w Świdnicy. To była zmiana na lepsze. Cele w wałbrzyskim areszcie są ciemne i ciasne. Dzień przed wigilią miałem tam pierwsze widzenie z żoną.

Jej pierwsze słowa: Czy cię bili? Odpowiedziałem zgodnie z prawda, że nie. Uspokoiła się i powiedziała, że dobrze wyglądam. Sprawdziłem to później w lusterku. Miała rację. Byłem wypoczęty, gdyż mogłem wreszcie spać do woli.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Zrobiliśmy choinkę z papieru. Podzieliliśmy się opłatkiem, zaśpiewaliśmy kilka kolęd i wypaliliśmy duuużo papierosów. Rozmowa jakoś się nam nie kleiła.

W pierwszych dniach stycznia zaprowadzony zostałem na przesłuchanie. Było ich trzech. Ten, który usiadł po drugiej stronie stołu był chyba prokuratorem. Powiedział, że będzie proces KOR-owców i od tego jak się teraz zachowam zależy moja przyszłość. Nic nie odpowiedziałem i zaczęło się formalne przesłuchanie: Imię i nazwisko?, Data urodzenia?, Adres zamieszkania? Na takie pytania odpowiadałem.

Pierwszym „merytorycznym” pytaniem było: od kiedy współpracuję z KOR-em. Wyrecytowałem wtedy formułkę; „Nie udzielę odpowiedzi na to pytanie”.. Facet powtórzył wtedy to, co poprzednio i dodał, że od moich odpowiedzi zależy, czy będę w tym procesie świadkiem czy oskarżonym. Ucieszyłem się szczerze. Bycie oskarżonym w procesie KOR-u wpisałoby mnie na listę najważniejszych więźniów politycznych. Czyli takich, których trudno będzie pałować. Padały następne pytania. Powtarzałem jak katarynka: „Nie udzielę”.... Na końcu odmówiłem (oczywiście) podpisania tego protokółu.

Do Kamiennej Góry wywieziono nas siódmego stycznia. Więzienie to było w czasie wojny filią niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Wylądowałem w dużej (8 osób) celi. Ogrzewanie nie działało i szyby w oknach były wybite. Klawisze powiedzieli, że naprawiają piec i szklarz naprawia już okna w innych celach. Zatkaliśmy okna czym się dało i ubraliśmy się na cebulę. W naszej celi „Syberia” trwała trzy dni. Po kilku dniach rozpoczęły się widzenia z rodzinami. Do mnie przyjechała żona i Ojciec. Rodzice mieszkali w Ostrołęce. Przez pewien czas myśleli, że jestem w Szwajcarii. Wiedzieli bowiem, że pod koniec listopada, poleciałem do Genewy na szkolenie w Międzynarodowej Organizacji Pracy. Gdy dowiedzieli się, że wróciłem i siedzę, Ojciec przyjechał do Wałbrzycha. Było wesoło. W pewnej chwili, Ojciec przywołał jednego z klawiszy i powiedział: „Ja tu zostaję”. Zaskoczony klawisz odpowiedział coś w stylu: „Tu mogą być tylko internowani, którzy mają przyznane racje żywnościowe”. Ojciec mu na to: „Ja naprawdę jestem antykomunistą i w siedzeniu mam doświadczenie, a jedzeniem koledzy się ze mną podzielą”. (Ojciec był oficerem. We wrześniu ‘39, w walkach na przedpolach Warszawy, został ranny - wlot kuli z przodu - i dostał się do niewoli. Siedział w oflagu II C Woldenberg.)

 6
  • Antykomunista IP
    Mlodzi nic o tym nie wiedzą. Dobrze to przypominac.
    Dodaj odpowiedź 12 2
      Odpowiedzi: 0
    • Jerzy Jacek Pilchowski IP
      Politolog188: Dziękuję za miłe słowa.
      Dodaj odpowiedź 11 2
        Odpowiedzi: 3
      • Politolog188 IP
        Cześć i chwała Panu!
        Dodaj odpowiedź 14 3
          Odpowiedzi: 0

        Więcej historii