PRLCztery miesiące ukrywał się w kanale. Sensacyjna ucieczka przed bezpieką

Cztery miesiące ukrywał się w kanale. Sensacyjna ucieczka przed bezpieką

Dodano 3

Skąd miał pan te wszystkie materiały – pieśni, przemowy?

Burzliwe sytuacje tworzyły materiały, a wszystko przechodziło przez moje ręce. Przecież wydawałem gazetkę i audycje w radiowęźle, więc miałem to wszystko. Przewidując rozgrywkę i finał walki, nagrałem nocą kasetę z materiałami zagrzewającymi do oporu.

Ostatecznie 16 grudnia musiał pan zejść z posterunku przy radiowęźle.

W zakładzie w miarę spokojnie było do pierwszej w nocy 16 grudnia. 15 zorganizowano pozorowany atak. Podjechali z hukiem, padły strzały, ale chodziło tylko o to, żeby nas przestraszyć. Z zakładu nikt nie wyszedł. 16 grudnia zjechało się więcej jednostek. Bramami nie mogli wjechać, więc czołgami wyłamywali płot. Wzięli nas w kleszcze. Od początku zakładaliśmy, że nie będziemy walczyć tylko stawiać bierny opór. Oczywiście mogliśmy próbować się bronić. Wystarczyło wezwać załogę, która i tak się przygotowywała do czynnej obrony. W zakładzie były węże strażackie, hydranty, butle z gazem – mogliśmy podjąć próbę walki. Mieliśmy jednak świadomość, że w takiej sytuacji w końcu zniszczą nas całkowicie. Nie chcieliśmy mieć na sumieniu czyjegoś życia. Może, gdyby była pewność, że zwyciężymy w konfrontacji z wojskiem i milicją… Ale przecież nie mieliśmy żadnych szans.

Nie wyszedł pan z zakładu z innymi pracownikami. Jak to się stało, że przez kilka miesięcy ukrywał się pan na jego terenie?

Kiedy czołgi wdarły się i w biurowcu zrobiło się ciemno od gazu wyszliśmy z radiowęzła. Nastawiłem kasetę z moim głosem, a drzwi pomieszczenia zablokowaliśmy od wewnątrz belką. Załoga myślała, że wciąż jestem w studio. Tymczasem z obstawą pobiegliśmy do centrum walki, dołączając do wielkiej ludzkiej fali. Wystrzały mieszały się z okrzykami i śpiewem. Naprzeciw czołgi, za nimi zomowcy w hełmach, z tarczami, stąpający jak roboty. Rzucali w naszą stronę petardy, gaz, powoli spychając w stronę południowych bram.

Obok, mój kolega, św.p. Henio Gontarz zawyrokował, że ja i Andrzej Sokołowski (wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność” WSK Świdnik – przyp. red.) musimy się ukryć. Tu nas gonią, pałują, trzaskający mróz. Jak tu się ukryć? – oponowałem. Kolega nalegał. Poszliśmy pod prąd w stronę zomowców, skręcając w małą uliczkę przy hali nr 1. Heniek wprowadził mnie do acetylenowni, gdzie w butlach składowany był gaz dla całego zakładu. Zostałem sam słysząc z głośnika swój głos, który zmienił się w sykot nie wyłączonego radiowęzła. Jeszcze długo dobiegały do mnie odgłosy walki, by zamienić się w rozrywającą mózg ciszę. Przerwały ją kroki, ktoś założył kłódkę na drzwi. Pomyślałem, że to koniec. Wojna wokoło, a ja zamknięty na kłódkę, w pomieszczeniu z zakratowanym oknem. Tak spędziłem trzy dni. Teraz mogę się z tego śmiać, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

Czytaj także:
„Wyglądali, jakby byli w amoku”. Piekło internowanych w Wierzchowie

Po trzech dniach przyszedł, nieżyjący już Janek Borysiuk. Nie można było przemieszczać się po zakładzie, chodzić między wydziałami, ale Janek był zakładowym hydraulikiem, więc mógł wchodzić wszędzie. Przeprowadził mnie w nocy przez lasek koło kuźni. Trafiłem do podziemnego kanału gdzie były rury ciepłownicze. Tam miałem czekać. Janek przyniósł mi kufajkę, watowane spodnie, płat styropianu. Później, także małe radyjko, żebym wiedział co dzieje się na zewnątrz. Nad głową słyszałem odgłosy normalnej zakładowej pracy. Nad moim kanałem jeździła ciuchcia dowożąca materiały do hali. Miało to potrwać kilka dni, ale zostałem tam sam ze sobą przez cztery miesiące. Tak się składało, że moja żona pracowała z żoną Janka w zakładzie dziewiarskim, więc podawała mi tą drogą jedzenie. Musiałem o nie walczyć z dzikimi kotami, które mi towarzyszyły figlując i miaucząc przeraźliwie. Długo tkwił we mnie uraz do tych pożytecznych zwierząt, chociaż to ja wszedłem na ich teren.

Czekałem, bo wciąż dochodziły do mnie informacje o internowanych, o wyrokach. Po 120 dniach wyjechałem z zakładu polonezem służbowym głównego dyspozytora, mijając straże przemysłową i wojskową – zakład był wówczas zmilitaryzowany.

Koledzy ukryli pana w bagażniku?

Nie, siedziałem z Jankiem normalnie, jako hydraulik. Na głowie miałem beret z „antenką”, w ręku torbę z narzędziami. W żołądku tabletkę relanium. A że przez cztery miesiące urosła mi długa broda, to Janek pożyczył przepustkę od brodatego robotnika. Strażnicy sprawdzili zawartość pojazdu i nas puścili. Za bramą czekał już na mnie maluch, którym pojechałem na wieś, gdzie ukrywałem się kolejne cztery miesiące. Tam też mnie szukano. To inna historia. Potem, jako Romek mieszkałem na stancji u pani Kazimiery Jarzyny na oś. LSM w Lublinie, która z patriotką panią Heleną Rzezak-Nadulską udzielała mi schronienia.

Co było najtrudniejsze w tym okresie kiedy się pan ukrywał?

Obezwładniająca bezsilność i samotność, szczególnie w święta. I fakt, że przez półtora roku legalnej „Solidarności” włożyliśmy tak wiele wysiłku i pracy w nasze działania, i to wszystko nam przekreślono, zniszczono jednym zamachem stanu. Martwiłem się o represjonowanych, czułem się za nich odpowiedzialny. Przeczuwałem, iż nie wszyscy zrozumieją sens działań, więc mogą mieć żal do tzw. prowodyrów. Dręcząca była także świadomość, że nie zrobiłem niczego złego, a mimo to znalazłem się w tak poniżających godność warunkach. W tym czasie wiele przeszła moja ukochana rodzina. Ciągle były rewizje w domu. Przedwcześnie żonie szron zabielił włosy. Dzieci śledzono, zaglądali im do tornistrów kiedy szły do szkoły. Po roku już nie było sensu się ukrywać. Przy pomocy żony i mec. Tomka Przeciechowskiego uzgodnione zostały warunki, że ujawnię się, jeśli mnie przy tej okazji nie zamkną. 13 grudnia 1981 r. wyszedłem z domu przez okno, a wróciłem do niego drzwiami dopiero 16 grudnia 1982 r. Wcześniej przesłuchiwano mnie przez 8 godzin w Wojewódzkiej Komendzie Milicji w Lublinie. Tam przeszedłem próby upokorzenia, ale wróciłem do domu. Potem prokuratura wojskowa i meldowanie na komendzie MO. Tak zamknął się jeden z etapów mojej walki.

Czym pan sobie „zapracował” na to, że chcieli pana internować? Chodziło o strajk w WSK Świdnik z lipca 1980 r., którego był pan aktywnym uczestnikiem? Zmobilizowaliście do strajku cały region lubelski, a w sierpniu fala strajków przeszła przez resztę kraju.

Strajk w lipcu, to był w zasadzie krótki incydent, ale jakże ważny w życiu zakładu i całego Świdnika, bo niemal w każdym domu był ktoś, kto pracował w zakładzie. Sam nie wiem jak to się stało, że ten strajk udało się wtedy zorganizować. Miasto było upartyjnione, młode bo powstało w latach 50. ub. w. Tradycji robotniczych nie było. Nie mieliśmy nawet kościoła. I w takim mieście nagle wybuchł strajk. Nie wyszliśmy na ulice, nie rozbijaliśmy sklepów ani samochodów. Protestowaliśmy w zakładzie, byliśmy stanowczy w niepodejmowaniu pracy – mimo łamistrajków, straszenia nas wyrzuceniem z pracy, nacisków. Załoga postawiła na swoim, złączona w jedności – robotnicy z kadrą. Dzięki naszemu oporowi, po czterech dniach doszło do podpisania pierwszych w Polsce porozumień między władzą a robotnikami. Załoga nawet odpracowała te cztery dni strajku, żeby zakład nie miał strat. Od nas poszedł sygnał, że świat pracy jest już gotowy do walki o lepsze jutro. Kiedy lubelskie zakłady strajkowały na wszelki wypadek byliśmy w pogotowiu strajkowym. A gdy zaczął się sierpień my już nie protestowaliśmy, ale popieraliśmy postulaty innych strajkujących. Byliśmy i jesteśmy dumni z tego, że rozpoczęliśmy tę falę protestów. A na internę zasłużyłem sobie nieco później.

Strajkowaliście m.in. przeciw podwyżkom cen, pustym półkom w sklepach – podobnie jak w 1976 r. robili to pracownicy zakładów w Ursusie i Radomiu. Nie baliście się? Wiedzieliście przecież o ścieżkach zdrowia i represjach wobec uczestników protestów.

Oczywiście, że strach był. Nie ma ludzi którzy się nie boją. Między nami pojawiła się jednak szczera międzyludzka solidarność. Poczuliśmy, że możemy coś zdziałać, ale tylko razem, w solidarnej postawie. To nas łączyło i dodawało odwagi. Byli tacy, którzy chcieli zakończyć strajk, jednak w większości byliśmy zdeterminowani, nie daliśmy się zastraszyć.

Czytaj także

 3
  • Aniaa IP
    Poszukuje pana na tajemne randki. Liczę 22 lat, fotki i kontakt na fotce: http://www.t453hj98tgh7949.ml i szukaj mnie po nicku: ania69
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Pestka IP
      Bardzo dziękuję Panu, Panie Alfredzie, za to świadectwo, za tę ważną relację. A pani Agnieszcze za przprowadzenie rozmowy z panem Alfredem Bondosem. Wielkie wrażenie zrobił na mnie opis oporu podjętego przez załogę zakładu w Świdniku. Bardzo dramatyczne obrazy. Poruszające sa także opisy Pana samotnej gehenny podczas ukrywania. A zakończenie gorzkie - niestety ma Pan rację! Solidarność została zdradzona. Spróbujmy Ją wskrzesić!
      Dodaj odpowiedź 21 5
        Odpowiedzi: 1