PRLCiężkie dni na pogotowiu. „Nie można opuszczać karetek!”

Ciężkie dni na pogotowiu. „Nie można opuszczać karetek!”

Karetka pogotowia z czasów PRL, zdjęcie ilustracyjne.
Karetka pogotowia z czasów PRL, zdjęcie ilustracyjne. / Źródło: Wikimedia Commons / Muzeum Ratownictwa
Dodano
Brak leków, sprzętów medycznych, brak środków higienicznych, jedzenia, godzina milicyjna... Tak wyglądał początek stanu wojennego u nas na pogotowiu.

Byłam wówczas młodym lekarzem, bo studia ukończyłam w 1979 roku. Pracowałam w tym czasie w szpitalu zakaźnym we Wrocławiu przy ul. Piwnej.

Oczywiście bieda ówczesna powodowała, że wszyscy młodzi, a więc i ja, pracowaliśmy, gdzie się dało. Dyżur gonił dyżur. 13 grudnia w niedzielę miałam zaplanowany dyżur w Pogotowiu Ratunkowym przy ul. Ukrytej we Wrocławiu. Dyżury rozpoczynały się o 7 rano, a mieszkałam na peryferiach miasta w wynajętym pokoju na Wojnowie. Żeby dojechać musiałam wyjść z domu ok. 6:15.

Stoję na przystanku, ziąb diabelny, ale czekam na autobus; jeden, drugi nie przyjeżdża mimo zapisów w rozkładzie jazdy. Nagle ukazuje się człowiek ubrany w roboczą kufajkę. Ledwo jedzie na rowerze, ślizga się, ale krzyczy do mnie: „Dziewczyna, wracaj do domu, wojna!” Powtarza to kilkakrotnie mijając mnie. Wracam do domu, budzę moje koleżanki – obie studentki. jedna przyszła lekarka, a druga prawniczka.

Włączamy telewizor, oczywiście zawodząc i płacząc, a tu w TV Jaruzelski z informacją o stanie wojennym. Za bardzo nikt nie wiedział, czy to wojna, jak to później w tym wierszyku: „wojny nie ma, wojna jest.”.. Ja z wyrobioną przez Rodziców odpowiedzialnością za pracę zaczynam się pakować. Tu przydaje się doświadczenie wojenne mojej mamy, o którym wielokrotnie opowiadała: „Należy zabrać najcieplejsze rzeczy jakie masz i coś do jedzenia”.

Pakuję nazwaną przeze mnie „Wyprawkę wojenną”, tj. dwa swetry, bieliznę na zmianę, pasztet mazowiecki oraz konserwę tyrolska i wyruszam na piechotę w kierunku pogotowia. Docieram po 2 godzinach.

W dniu tym wyłączone zostały wszystkie radia - również stacje radiowe na dyspozytorniach pogotowia i w karetkach.Pacjenci przychodzili sami na podstację lub przychodzili, żeby powiedzieć, gdzie są osoby potrzebujące pomocy medycznej.

Jedziemy w środku nocy na Poświętne (peryferyjna dzielnica Wrocławia), szukamy kogoś, kto potrzebował pomocy, ale grzęźniemy w środku pola i akumulator (stary tabor, zużyty) odmawia posłuszeństwa. Stoimy, czekamy, mija godzina, dwie... Ale koledzy z pogotowia domyślili się. że długo nas nie ma i trzeba nas szukać. Myślę, że uratowali nas przed zamarznięciem, a co najmniej przed przeziębieniem.

Czytaj także:
„Jak się rodzi samodzielnie?!” Dziecko stanu wojennego

Nad ranem przychodzi informacja, że nie można opuszczać karetek pogotowia w godzinach ogłoszonych godziny policyjnej, bo można trafić do więzienia. Na następnym dyżurze czekała już na mnie przepustka umożliwiająca poruszanie się w godzinie policyjnej w czasie pełnienia dyżuru w pogotowiu.

Grudzień to Święta, a w związku z tym, że mieszkałam 150 km od Wrocławia w Lubaniu, chciałam spędzić Wigilię z Rodzicami. Bezwzględnie trzeba było uzyskać przepustkę pozwalająca na opuszczenie miasta. Pamiętać należy, że na drogach wyjazdowych i wjazdowych były zasieki i kontrola ZOMO. Zgłosiłam się do urzędu przy ul. Zapolskiej we Wrocławiu, bo tam mogłam taką przepustkę uzyskać.

Czekam i czekam na korytarzu pod drzwiami, kolejka spora. Z pokoju przepustek wychodzi mężczyzna i zaprasza mnie do środka. Przepustki jednak nie dostaję, bo spędzenie Wigilii z Rodzicami (chorymi) nie jest dostatecznym powodem dla tego urzędnika.

Jednak na Święta jadę autobusem, mam w dowodzie osobistym stałe zameldowanie w Lubaniu, a tymczasowe we Wrocławiu, bo tu pracuję i liczę,że nie będą na to zwracać uwagi w czasie kontroli. Kontrola na autostradzie jest, ale żołnierz się nie czepiał i dzięki temu 24 grudnia docieram do moich Rodziców i spędzamy razem Święta.

Problemy kolejne to brak zameldowania stałego we Wrocławiu - podano do wiadomości, że w mieście mogą przebywać tylko osoby ze stałym zameldowaniem. Ponownie nie chciano mnie zameldować u mojej siostry, która mieszkała we Wrocławiu, powodem było to, że prezes spółdzielni Biskupin powiedział, że nie zamelduje, bo mieszkanie siostry jest małe, a jak zamelduje to zaraz będzie chciała dostać większe. Oczywiście argumentacja komusza, bo meldował w mniejszych, ale „swoich”. Problem kolejny to bezdomni pacjenci, bez dowodów osobistych, którzy leżeli w szpitalu. Nie było ich gdzie i jak wypisać bez dokumentów.

Moja ówczesna Ordynator, dr W. Smoleńska, wypełniała wnioski o wydanie dokumentów dla nich i wysyłała do Komendy Milicji. W większości ludzie ci byli analfabetami. Po miesiącu dowody otrzymywali, jednak nie chcieli iść do noclegowni.

Ciężko było. Brak leków, sprzętów medycznych, brak środków higienicznych, jedzenia, godzina milicyjna...Strasznie, ale dzięki moim Rodzicom, ich ambicjom, zdobyłam wykształcenie (Nic nie dostałam od komuny, nic mi się nie należało, bo inteligenckie pochodzenie: punkty na studia nie należały się. Akademik też się nie należał, stypendium socjalne też nie, stypendiów za naukę w okresie moich studiów nie było, stołówka nie należał się, brak przynależności do organizacji ZSP, PZPR uniemożliwiło mi otrzymanie etatu na AM mimo dobrych i b. dobrych ocen z egzaminów).

Dzięki wpojonemu przez Rodziców patriotyzmowi nie opuściłam Polski i dzisiaj ciesze się, że żyję w wolnej, demokratycznej, pięknej i kochanej Polsce.

Lek. Barbara Szmaj, Wrocław

 0

Więcej historii