PRL„Wszystko wyleci w powietrze!”. Jak górnicy zastraszyli ZOMO

„Wszystko wyleci w powietrze!”. Jak górnicy zastraszyli ZOMO

MO w akcji. Zdjęcie ilustracyjne
MO w akcji. Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Wikimedia Commons / Djdeaka - Praca własna/Djdeaka - Praca własna
Dodano
– Na ogrodzeniu powiesiliśmy jak najwięcej kabli i wywiesiliśmy tabliczki z napisem „uwaga wysokie napięcie”, chłopaki zaspawali też główną bramę. Puściliśmy plotkę, że zakład jest podminowany i jeśli ZOMO spróbuje nas ruszyć, to wszystko wyleci w powietrze – opowiada Edward Wóltański, jeden z organizatorów strajku w kopalni miedzi Rudna, od 1980 r. działacz „Solidarności”, a od 1982 r. organizator Solidarności Walczącej w Zagłębiu Miedziowym

Agnieszka Niewińska: Gdzie zastała pana informacja o wprowadzeniu stanu wojennego?

Edward Wóltański: Byłem w domu. Żona akurat wyjechała na narty, a ja zostałem z córką Anią. W niedzielę rano włączyłem telewizor i tak się dowiedziałam o stanie wojenny. Od razu wziąłem Anię za rękę i poszedłem do mieszkającego najbliżej kolegi – Franka Kamińskiego – by omówić co dalej robimy. Miałem za zadanie namalować dwa transparenty strajkowe – na Rudną Główną i na Rudną Zachodnią

W Zakładach Górniczych Rudna był pan zatrudniony jako plastyk.

Tak, kiedyś w takich zakładach zatrudniano plastyka, bo to on musiał zaprojektować i wykonać wszystko – od dyplomów, bo przecież nie było komputerów, przez wyposażenie biura dyrektora, po ośrodek wypoczynkowy dla pracowników. Jako że byłem plastykiem koledzy wyznaczyli mi zadanie przygotowania transparentów na strajk, bo 13 grudnia nas nie zaskoczył. To nie jest tak, że myśmy niczego nie wiedzieli, nie domyślaliśmy się. Podejrzewaliśmy już wcześniej, że władza coś szykuje.

Spodziewaliście się wprowadzenia stanu wojennego?

Myśmy uważali, że dojdzie do sytuacji w której zostanie ogłoszony strajk generalny. Po spotkaniu Komisji Krajowej „S” w Radomiu, które odbyło się na początku grudnia 1981 r. mówiliśmy o tym, że może dojść do jakiejś nadzwyczajnej sytuacji, może nawet używaliśmy określenia „stan wyjątkowy”. To po tym radomskim spotkaniu, na którym Lech Wałęsa teatralnie wymachiwał pięścią, zaostrzył się język władzy. Jaruzelski potem wykorzystywał to spotkanie twierdząc, że „Solidarność się rzuca”, chce doprowadzić do anarchii. To były jego argumenty za wprowadzeniem stanu wojennego. Przed 13 grudnia byliśmy przygotowani. Inaczej niż w sierpniu 1980 r. kiedy do strajku u nas doszło dopiero 27 sierpnia dzięki dwóm kierowcom z PKS-u dowożących górników do kopalń. W grudniu 1981 r. mieliśmy przygotowany plan działania. Wszystko w Rudnej było zapięte na ostatni guzik.

Jak się przygotowaliście?


Żeby w razie ewentualnej zawieruchy nie było bałaganu, komisja zakładowa na wszelki wypadek podjęła uchwałę o powołaniu komitetu strajkowego. Komitet strajkowy w czasie strajku jest legalną i oficjalną władzą związkową i zakładową (dlatego po 13 grudnia prowadziliśmy strajk okupacyjny). Po rozbiciu wielu strajkujących zakładów w Polkowicach czy Lubinie część ich pracowników dotarła do nas (strajk w Rudnej został rozbity na końcu) i wtedy utworzyliśmy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS). Jako MKS zeszliśmy do podziemia i w czasie stanu wojennego to była właściwa władza związkowa. Jest to ważne z tego względu, że w naszym regionie w wyniku nieporozumień tworzyły się różne twory – frasyniukowcy stworzyli własny twór, inna grupa powołała kolejny. Nie do końca uznawali i nie we wszystkim słuchali się Regionalnego Komitetu Strajkowego, czyli legalnej władzy związkowej. Uważam, że ktoś, kto nie uznawał legalnej władzy był jeśli nie zdrajcą, to co najmniej osobą, na którą trzeba było uważać. Właśnie przez te powoływane kolejno twory do naszych struktur wchodzili agenci.

Zaczęliście strajkować w poniedziałek 14 grudnia.

Ja, jako pracownik niedołowy, pracowałem od godz. 7. Górnicy zjeżdżali na dół od godz. 6. Po przyjściu do zakładu zablokowaliśmy dojście do markowni. Ludzie chcieli strajkować. Ja byłem odpowiedzialny za informację, bo już wcześniej w zakładzie kolportowałem bibułę, założyłem radio „Solidarność”. Moim zadaniem było także zabezpieczenie w kopalni miejsc, w których strajkowaliśmy – między innymi cechowni.

Miejsca zebrań pracowników zakładu?

Cechownia, to potężna sala, w której dawniej zbierał się cech górniczy. Tam odbywały się akademie, organizowaliśmy tam z okazji Barbórki karczmy piwne. Akurat przed stanem wojennym zrobiłem dekorację cechowni, do której pożyczyłem od wojska siatkę maskującą. Nie zdążyłem jej oddać i bardzo się nam przydała w czasie strajku. W cechowni na jednej ze ścian były same okna. Zabiliśmy je dechami, zakryliśmy siatką maskującą. Na ogrodzeniu powiesiliśmy jak najwięcej kabli i wywiesiliśmy tabliczki z napisem „uwaga wysokie napięcie”, chłopaki zaspawali też główną bramę. Puściliśmy plotkę, że zakład jest podminowany i jeśli ZOMO spróbuje nas ruszyć, to wszystko wyleci w powietrze.

Musiało to brzmieć wiarygodnie, bo przecież w kopalni były materiały wybuchowe.

Od razu zabezpieczyliśmy magazyny z materiałami wybuchowymi, żeby nie doszło do jakiejś prowokacji złośliwych agentów. Wiedzieliśmy że i tacy byli wśród nas. Podminowanie zakładu, tak jak i płot pod wysokim napięciem, to były plotki, które miały odstraszyć ZOMO i żołnierzy. Cel był taki, żeby nie oddać zakładu, jak najdłużej się w nim utrzymać.

Przygotowaliśmy też wentylatory do wydmuchiwania dymu. Chłopaki z ZWR, czyli Zakładu Wzbogacania Rudy, w których były między innymi warsztaty stolarskie, wpadli na pomysł, że przygotują takie drewniane terkotki. Przymocowali je do każdej z dmuchaw. Jak dmuchawa ruszała, to te terkotki robiły taki hałas jakby ktoś strzelał z karabinu. Kiedy ZOMO podchodziło do okien cechowni mocno strzelając z karabinów, wybijało szyby i dechy, wrzucało granaty dymne włączaliśmy dmuchawy i oni się wycofywali, bo bali się tych terkotek. Kilka razy przymierzali się też do tego, żeby utorować sobie drogę czołgiem, ale bali się wysokiego napięcia i podminowania, na temat którego rozpuściliśmy plotkę.

Pracownicy Rudnej okazali się bardzo pomysłowi.

Znaliśmy każdą dziurę w zakładzie. Ja przez lata mojej pracy miałem pracownię w kilku miejscach, więc poznałem wiele zakamarków. Fantazja też nas nie opuszczała. Warto przypomnieć chłopców z Rudnej Zachodniej, którzy zgromadzili zapasy i zaspawali się w wieży szybowej skąd mieli znakomity widok, mogli obserwować ruchy wojska, ZOMO, wiedzieli kiedy się zbliżają, od której strony. Do końca nie chcieli wyjść z zakładu. Z góry zrzucali na ZOMO różne rzeczy.

Zabawną historię usłyszałem też od Heńka Molendy, z którym siedziałem później w jednej celi. Kiedy na Rudną Zachodnią jechała kolumna samochodów ZOMO Heniek wyskoczył na drogę i pierwszemu nadjeżdżającemu zaczął niby pokazywać drogę do szybu. Tyle, że wyprowadził ich w pole kierując z drogi bitej wiodącej na Rudną Zachodnią, na polną drogę, na której utknęli. Pokrzyżował im plany opóźniając dojazd na Rudną Zachodnią. Później jakiś zomowiec go rozpoznał i wyciągnął z tłumu.

Jaka atmosfera panowała w zakładzie podczas strajku?

Na początku nie było łatwo zapanować nad nastrojem. Ludzie byli wściekli. Byli wśród nas tacy, którzy chcieli, żebyśmy zjechali na dół do kopalni i tam strajkowali. Trzeba było im to wybić z głowy, bo wystarczyło, żeby ktoś wrzucił do szybu jedną płonącą oponę i wyłączył prąd. Bez wentylacji sami byśmy stamtąd uciekali. Byli też ludzie, którzy szykowali się do starcia, ostrzyli kotwy. I też trzeba było ich przekonać, że to nie ma sensu iść na karabiny z kotwami. Robiłem to zarówno ja, jak i Witek Majewski, sybirak, który miał autorytet wśród załogi. Musi sobie pani wyobrazić, że na takiej cechowni w jednym czasie mogło być nawet 2 tys. ludzi – pod wpływem emocji, zdenerwowanych. Nie było łatwo zapanować nad takim tłumem.

Przekazywał pan strajkującym informacje z zewnątrz?

Robiłem nasłuch radiowy i potem przekazywałem ludziom fakty na temat tego, co się dzieje na zewnątrz. Nadali mi nawet ksywę „Suche fakty”. Najtrudniejszym momentem było przekazanie załodze informacji o wydarzeniach z Wujka, o strzałach, które padły i o zabitych. Trzeba to było zrobić umiejętnie, żeby dodatkowo nie podburzyć ludzi, żeby u nas nie doszło do kolejnej tragedii. Wbrew temu, co mówią niektórzy historycy kierujący się jedynie ubeckimi papierami, strajkowaliśmy do 17 grudnia. Rozkaz likwidacji strajku był wydany i 15, i 16 grudnia, ale trzymaliśmy się do 17. Dopiero kiedy strzelając powybijali okna i zaczęli do cechowni wrzucać granaty hukowe, postanowiliśmy że będziemy wychodzić.

Strzelali do okien ostrymi nabojami?

Wrzucali nam nie tylko petardy czy granaty hukowe, ale też strzelali ostrą amunicją, tyle że my byliśmy pochowani, leżeliśmy na podłodze, więc nikt nie zginął. Były takie momenty, w których mówiliśmy, że kto nie może dłużej wytrzymać i chce wyjść z zakładu, to może to zrobić. Wbrew temu, co niektórzy dzisiaj powtarzają nikogo nie trzymaliśmy siłą.

Poprosiliśmy księdza, żeby nam odprawił mszę. Wiedzieliśmy już jak władza zachowywała się w innych rozbitych zakładach. Wpadali w nocy i zastając ludzi śpiących spuszczali im łomot. Po informacji o górnikach z Wujka myśmy się przygotowywali na najgorsze. Nikt nie wiedział, co może się zdarzyć następnego dnia. Ksiądz udzielił nam komunii i dał absolucję, czyli odpust zupełny jak dla umierających. Liczyliśmy się z tym, że możemy zginąć.


Jak kilka tysięcy ludzi przetrwało tych kilka dni, podczas których byliście oblężeni w zakładzie?

Jeśli chodzi o jedzenie to byliśmy zabezpieczeni na kilka miesięcy. Współpracowaliśmy z okolicznymi rolnikami jeszcze w tak zwanym karnawale Solidarności. Kiedy prowokatorzy namawiali pracowników Rudnej do strajku z powodu braku cebuli czy papierosów sam robiłem audycje o tym, żeby nie narzekać, nie podchwytywać pomysłu ze strajkiem w sprawie cebuli, tylko udawać się do okolicznych rolników i tam się zaopatrywać. Bardzo dobrze z nimi żyliśmy. Jak się dowiedzieli, że strajkujemy, to nazwozili nam wszystkiego. Rudna co prawda była otoczona przez wojsko, ale to duży, rozległy teren. W wielu miejscach można było się przedostać. Byliśmy zabezpieczeni do tego stopnia, że nawet z wojskowymi grzejącym się przy koksiakach dzieliliśmy się jedzeniem.

Władza nie prowadziła negocjacji z komitetem strajkowym?

Komitet strajkowy liczył prawie 30 osób. Mieliśmy za sobą sprzymierzeńca – Jana Sadeckiego, który był na Rudnej p.o. dyrektora. On z nami dobrze żył. Kiedy płk Garus (Bogdan Garus, zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy – przyp. red.) kontaktował się z nim, on odpowiadał, że nie ma żadnej władzy w zakładzie, więc Garus musi rozmawiać z komitetem strajkowym. Właściwie był takim pośrednikiem między nami, a oblegającym zakład ZOMO. Sadecki przeciągał sprawę tak, żeby jak najdłużej nie doszło do siłowego rozwiązania.

Na rozmowy z Garusem oddelegowaliśmy pięciu chłopaków z komitetu strajkowego – mnie nie było w tym składzie. Koledzy, wcześniej pytając się załogi, pozwolili przyjść na cechownie Garusowi i jeszcze innemu pułkownikowi. Ten zaciągał po rusku, więc strajkujący go wygwizdali. Do rozmów nie doszło.

Mało kto o tym pamięta, ale Sadecki później podczas rozpraw sądowych stał za robotnikami, w przeciwieństwie do innych dyrektorów. Mnie podczas rozprawy dyrektor techniczny Andrzej Januchta wielokrotnie nazwał „małym Goebbelsem”. Sadecki zeznawał na naszą korzyść, za co chciano go nawet oskarżyć. A kolegom groziły poważne wyroki – za materiały wybuchowe kara śmierci, albo 20 lat więzienia. Dyrektor Sadecki tłumaczył w sądzie, że to była jedynie plotka, forma zastraszenia ZOMO, a ludzie z Rudnej są odpowiedzialni, więc nie podkładaliby materiałów wybuchowych. Dyrektor, nawet jeśli był „czerwony”, to przed strajkiem, w jego trakcie i po nim zachował się jak człowiek.

Kiedy 17 grudnia zdecydowaliście, że nie da się dalej stawiać czoła wojsku i milicji, wychodziliście z zakładu zgodnie z wcześniej przygotowanym planem?

 0

Więcej historii