PRLUcieczka przed SB

Ucieczka przed SB

Katowicka „Superjednostka
Katowicka „Superjednostka", w której mieszkała Teresa Baranowska. / Źródło: Wikimedia Commons / Jan Mehlich
Dodano
Esbecy nie mogli przeżyć ucieczki opozycjonistki. Z zemsty postanowili ją więc „uśmiercić”.

PIOTR WŁOCZYK: Na Śląsku jest pani znana m.in. jako „Dziewczyna z klepsydry” - SB pokazała wobec pani szczyty perfidii. Gdzie ta historia się zaczyna?

TERESA BARANOWSKA: To był listopad 1982 roku. „Solidarność” nawoływała wówczas do ogólnopolskiego strajku. Byłam wtedy „świeżo” po wypuszczeniu z internowania. Strajk okazał się kompletną klapą – niewiele zakładów przyłączyło się do akcji. Ja oczywiście nawet po internowaniu byłam aktywną działaczką opozycji, więc czerwoni mieli mnie cały czas na oku.

Esbecja zamykała mnie z byle okazji. Czasem trafiałam na „dołek” na 24 godziny, a czasem nawet na 48 godzin. „Pani Tereso, do przechowalni” - mówili zwykle esbecy po kolejnej rewizji w moim mieszkaniu (śmiech). Chciałam wziąć udział w strajkach na Śląsku, ale wiedziałam, że będą chcieli mnie zamknąć, więc postanowiłam im uciec. Było to o tyle łatwe, że mieszkałam wówczas w tzw. „superjednostce” w Katowicach.

Czyli w jednym z największych budynków mieszkalnych w Polsce.

Tak, „superjednostka” to prawdziwy kolos. Na korytarzu zobaczyłam moją „obstawę”. Lada moment mogli przyjść, zrobić rewizję i wziąć mnie do „przechowalni”. Postanowiłam im uciec do mieszkania moich znajomych, którzy mieszkali piętro niżej. Zaczęłam udawać, że robię porządki na korytarzu, żeby trochę uśpić czujność esbeków. Ten blok ma trzy wejścia, ale można było przechodzić górą między klatkami.

Zamykając za sobą drzwi do mieszkania usłyszałam: „Idzie, idzie”. Zamiast do windy, pobiegłam do następnej klatki schodowej i wjechałam na górę. Układ przejść w bloku pozwolił mi wymknąć się SB i dotrzeć do sąsiadów na 7. piętrze. Cały budynek był obstawiony, ale oni nie mieli pojęcia, gdzie jestem.

Chyba nietrudno sobie wyobrazić, jak bardzo musieli być wściekli...

Tak, nie mogli tego przeżyć. Z zemsty postanowili więc mnie „uśmiercić”. W czasie, gdy siedziałam u znajomych, oni okleili prawie całe centrum Katowic klepsydrami… To miała być nauczka, że z SB się nie zadziera.

Wiadomość o pani śmierci musiała się rozejść lotem błyskawicy.

To był szok dla wszystkich, bo przecież miałam wtedy zaledwie 36 lat. Jeden ze znajomych zerwał klepsydrę wiszącą w szpitalu, bo był pewien, że to akcja SB. Po chwili jednak znów zawisł tam nekrolog... Widać esbecy mieli to wszystko pod kontrolą.

Kiedy pani „zmarła”?

Na nekrologu wpisali ten sam dzień - 9 listopada 1982 roku. Napisali też, że pogrzeb odbędzie się w Bieszczadach. Ludzie wiedzieli, że mam tam gospodarstwo zostawione przez brata.

Oczywiście pani rodzina od razu musiała się dowiedzieć o zgonie…

Tak, niestety ta informacja szybko dotarła do mamy i brata. Nie wiedzieli, co się stało, myśleli, że mnie zabili. Bardzo to przeżywali. To właśnie była cała esbecka perfidia. Kto normalny zrobi drugiemu człowiekowi coś takiego? Wieczorem do moich znajomych przyszedł znajomy Wiesław Rajski i mówi: „Teresa, ale ty przecież nie żyjesz”. Myślałam, że zwariował. Wiesław wytłumaczył mi, że Katowice oblepione są moimi nekrologami. Klepsydry wisiały też na wejściach do superjednostki. Powiedział, że ludzie składali kwiaty i palili znicze pod nimi. Proszę sobie wyobrazić, że pod moimi drzwiami do mieszkania też paliły się znicze...

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam było oczywiście powiadomienie rodziny, że to ubecka prowokacja. Potem zaczęłam sprzątać te wszystkie znicze i kwiaty. To była surrealistyczna scena. Gdy to robiłam, a było to już późno wieczorem, widzę, że pod moje drzwi podchodzi sąsiadka. Ze zniczem w rękach. Spojrzała mi w oczy i krzyknęła wniebogłosy (śmiech). To musiała być dla niej scena jak z jakiegoś horroru.

Potem wykonałam wiele telefonów do znajomych z wyjaśnieniem, że jednak żyję. Zadzwoniłam też do Jacka Kuronia. Wprawdzie byliśmy przeciwnikami politycznymi, ale trzeba było w stanie wojennym współdziałać. Dałam mu znać, żeby wiedział, że to tylko prowokacja. Wtedy już chyba nawet RWE podała informację, że zmarłam śmiercią tragiczną…

Pewnie mama straciła najwięcej nerwów.

Oczywiście, jak to mama… Ludzie już organizowali się, żeby wynająć autokar i pojechać w Bieszczady na mój pogrzeb. Jeszcze kilka dni później, zdarzało się, że mijałam ludzi, którzy widząc mnie robili wielkie oczy, jakby właśnie zobaczyli ducha.

Skąd się wzięły pani problemy z SB?

Wszystko przez moją działalność w nauczycielskiej „Solidarności”. Od razu po po przyjeździe z wakacji 1980 roku postanowiłam stworzyć koło „Solidarności” u mnie w Zespole Szkół Handlowych w Katowicach. Większość grona pedagogicznego zapisała się.

Dyrektor był z tego zadowolony?

Usłyszałam z jego ust: „Pani Tereso, co pani robi? To sprawa polityczna! Dzwoniłem do wszystkich dyrektorów szkół i nigdzie u nich nie ma „Solidarności!” To był po prostu tchórz. Najbliżej miałam do Huty Katowice z zarejestrowaniem koła. Bardzo się tam ucieszyli, że oświata też się ruszyła.

Dowiedziałam się, że dzień wcześniej była u nich Grażyna Aloszko ze szkoły podstawowej z Katowic. Byłam więc druga z oświaty (śmiech). Dostałam do Grażyny telefon i zaczęłyśmy pomagać innym szkołom w zakładaniu kół „S”. W październiku przeszłam do pracy w zarządzie regionu „S”.

Tym wszystkim na pewno zaszłam za skórę komunistom, ale chyba jeszcze bardziej „zaszkodziłam” sobie moją działalnością w KPN-ie. W listopadzie 1980 roku zaczęłam współtworzyć struktury KPN-u na Śląsku. Mnóstwo ludzi się do nas zapisywało, głównie młodzi robotnicy. Jeździłam po całym Śląsku po kopalniach i namawiałam ludzi do wstępowania do naszego ruchu.

Esbecja naprawdę mnie przez to nie lubiła. Kiedyś nawet zaczaili się na mnie klatce schodowej. Kolega akurat postanowił mnie odprowadzić pod same drzwi. Całe szczęście, bo jakiś dryblas wyskoczył na mnie, ale zobaczywszy mojego kolegę zrobił pirueta i uciekł. Od tej pory koledzy eskortowali mnie do i z domu. Bardzo o mnie dbali.

Jak u pani wyglądał 13 grudnia?

To był pierwszy dzień za kratkami. Przyszli po mnie 12 grudnia wieczorem. Cały dzień byłam w zarządzie „S”, mieliśmy tam bardzo dużo pracy. Od dłuższego czasu widziałam, że miałam esbecki „ogon”. Milicjanci zatrzymali mnie tego dnia i przewieźli do komendy miejskiej. Koledzy z „Solidarności” powiedzieli, że jeżeli mnie nie wypuszczą w ciągu dwóch godzin, to śląskie zakłady zaczną strajkować, a oni sami własnoręcznie rozbiorą komendę zaczynając od komina (śmiech). No i faktycznie wypuścili mnie. Pobiegłam od razu do zarządu regionu „S”.

Koło godziny 22 wyszłam z siedziby zarządu „S”. Już wiedzieliśmy, że coś się dzieje – na mieście pełno było wozów milicyjnych. Koledzy mi powiedzieli, że muszę się schować – znaleźli dla mnie nawet kryjówkę – bo pewnie znowu mnie aresztują. Odpowiedziałam, że tak od razu nie wyjadę, bo źle się czułam. Umówiłam się z nimi na rano i wróciłam do domu. Zaczęłam się przygotowywać do wyjazdu. Naraz słyszę dzwonek do drzwi... Za drzwiami esbek i esbeczka. Machnęli jakąś legitymacją. Powiedziałam: „Jeżeli jesteście z SB, to doskonale wiecie, że między 22 a 6 rano nie wchodzi się do domów, chyba że w nadzwyczajnych sytuacjach”.

Na prawie siłą rzeczy musiała się pani przez ten czas poznać.

Oczywiście. „Proszę otworzyć, bo wyważymy drzwi” - krzyczeli. Nie przypuszczałam, że to zrobią… Pobiegłam do drugiego pokoju, żeby zadzwonić do zarządu regionu. Telefon był już jednak odcięty. Łomem rozwalili mi drzwi. Huk niesamowity, w końcu drzwi wpadły do mieszkania. Pięciu esbeków wleciało do środka. Dwóch miało broń. „Ubieraj się!” - zaczęli krzyczeć. Domagałam się okazania dokumentów, na podstawie których mnie zatrzymują. Jeden z esbeków przystawił mi pistolet do brzucha i powiedział: „Ubieraj się, bo inaczej żywa stąd nie wyjdziesz”. Wiedziałam już, że to nie są żarty. Ubierałam się w łazience pod okiem esbeczki.

Zawieźli mnie znowu do komendy wojewódzkiej MO w Katowicach. Chyba nie do końca wiedzieli, co ze mną zrobić. Potem zaprowadzili mnie do aresztu.

Pamiętam, że na korytarzu widziałam już mnóstwo kolegów wciśniętych za kratami… Działo się coś bardzo złego... Ja byłam w celi sama jedna. Dopiero ok. 6 rano wrzucili mi do celi Halinę Bendychową, znajomą z rzemieślniczej „Solidarności”. Halina powiedziała, że jak przyszli do niej do domu i zaczęli walić w drzwi, to ona wyszła na balkon i zaczęła wyrzucać na ulicę szklane przedmioty. Krzyczała przy tym: „Ratunku, napad!” (śmiech). I tak po kolei wrzucali nam do tej celi kolejne koleżanki.

Jak się pani dowiedziała, że to stan wojenny?

Pamiętam, że chciałam wydusić od jednego z milicjantów, co się dzieje. „Też nie wiemy, będzie przemawiał generał” - odpowiedział. No i niedługo wszystko było już jasne.

Jak się pani poczuła? Zgnieciona?

Tak, bo nie wiedziałyśmy, co nas spotka. Myślałyśmy, że nas wywiozą gdzieś na Syberię. W areszcie przesiedziałam dwa miesiące. Wszystkie kobiety już zabrali, a mnie wciąż tam trzymali. Potem przewieźli mnie do Darłówka. Przenieśli mnie tam na skutek interwencji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – koleżanki, które wcześniej zabrano z aresztu do Darłówka alarmowały, że nic o mnie nie wiedzą. Interweniował też w mojej sprawie biskup Henryk Bednorz, ponieważ jeden z milicjantów poinformował kurię, że ja wciąż przebywam w areszcie. W ten sposób dołączyłam do reszty koleżanek w Darłówku. Pobyt w tym zakładzie nie trwał jednak dla mnie zbyt długo. Komendant powiedział, że wywiozą mnie z Darłówka pierwszym transportem.

Dlaczego?

Koleżanki wyhaftowały mi na swetrze napis „KPN”. Pokazywałam ten napis wszystkim dookoła, chyba za to komendant chciał się mnie pozbyć (śmiech). Pamiętam, że nawet straszył mnie procesem. W ten sposób trafiłam do Gołdapi.

Czyli do „złotej klatki”, jak wspomina to wiele internowanych tam kobiet.

Tak, rzeczywiście warunki były tam całkiem dobre, ponieważ był to ośrodek wczasowy Radiokomitetu. Natomiast sama podróż do Gołdapi był dosyć traumatyczna. Widząc, jakie miejscowości mijamy, myślałyśmy, że jedziemy do ZSRR. Byłyśmy przerażone. Gołdap leży tuż przy granicy z Rosją...

Dzieliłam pokój z Anną Walentynowicz i Aliną Pieńkowską. Esbecja nie chciała się zgodzić, żebyśmy razem zamieszkały, chociaż normalnie można było się swobodnie dobierać. W końcu jednak, jak stawiłyśmy ostry opór, to dali nam spokój. Razem z resztą kobiet zostałam zwolniona w lipcu 1982 r.

Internowanie nie zakończyło się sukcesem – wróciła pani do dysydenckiego „procederu”.

Esbecy chcieli mnie tam nawet „resocjalizować”, ale ja im mówiłam wprost, że to nic u mnie nie zmieni i dalej będę działać (śmieć). Nigdy nie zapomnę, jak jeden z esbeków spytał mnie, czy nie zastanawiałam się, dlaczego nie dali mi do podpisania lojalki.

- No dlaczego?
- A podpisałaby pani?
- Oczywiście, że nie!
- No widzi pani, nie mogliśmy dać pani tej satysfakcji

(śmiech) W ogóle rozmowy z esbekami były niezapomniane. W czasie jednej z nich padł temat Katynia. Mało przy tym w twarz nie dostałam. Esbek upierał się, że mordercami byli w Katyniu Niemcy. Zapytałam go więc, dlaczego żaden zbrodniarz hitlerowski nie został oskarżony i skazany za Katyń przed trybunałem w Norymberdze. Nie mógł przeżyć tego, że wiem na ten temat swoje i był moment, gdy prawie się na mnie zamachnął.

Czas stracony w internowaniu to oczywiście tylko część ceny za działalność w opozycji. Jak to wyglądało u pani pod względem materialnym?

Po zwolnieniu z internowania cały czas działałam w opozycji, ale był problem z pracą. Wyrzucili mnie ze szkoły. Byłam na czarnej liście. Różne rzeczy robiłam, żeby zarobić na życie. Między innymi pracowałam jako ekspedientka w prywatnym butiku. Moja szefowa nie ugięła się przed naciskami i nie zwolniła mnie, ale oczywiście musieli się na niej zemścić – nie dali jej paszportu. To tylko jeden w wielu przykładów na to, jak wielka wtedy panowała solidarność między ludźmi.

Teresa Baranowska (ur. 1946 r.) - jedna z czołowych działaczek śląskiej „Solidarności", współtworzyła struktury „KPN" na Śląsku. Internowana po wprowadzeniu stanu wojennego, została zwolniona w VII 1982 r.

 0

Więcej historii