PRLBiały kataklizm PRL. „Nie podawać liczby ofiar!”

Biały kataklizm PRL. „Nie podawać liczby ofiar!”

Dodano 9

„Sylwestra spędzaliśmy [...] razem z wojewodą Jerzym Kołodziejskim – wspominał Fiszbach. – O północy wypiliśmy szampana i ściągnęli nas do siedziby sztabu kryzysowego. W następnym tygodniu kryzys przerósł nasze możliwości techniczne. Przeglądam mój notes z tamtego roku – same spotkania w zakładach pracy, egzekutywy, posiedzenia sztabu: węgiel rozładowywać wprost z wagonów, żeby uniknąć przerw w ogrzewaniu; po odbiór mleka od rolników skierować pojazdy PKS. I tak w kółko”.

Fiszbach podkreśla, że w tamtych latach gdy coś się sypało, zawsze sięgano po hasła ofiarności obywatelskiej. „Nie wiem, czy działaliśmy dość skutecznie, na pewno w tamtym ustroju łatwiej było mobilizować załogi fabryk, bo przecież wszystkie one były państwowe. Ale kontakt z ludźmi był bardzo dobry, nikt się nie uchylał, sąsiad pomagał sąsiadowi. Ten kataklizm nie miał nic wspólnego z polityką, tak samo jak u nas działały sztaby kryzysowe na Zachodzie. Może dlatego nie odczułem też nacisków cenzury w sprawie upubliczniania informacji. Z jednym wyjątkiem – był zapis, by nie podawać liczby ofiar śmiertelnych. Jakieś na pewno były, ale ja nie wiem nawet, ile osób zginęło w województwie gdańskim”.

W elitach PZPR równie silne było przekonanie, że nieprzewidywane sytuacje opanować może tylko wojsko. Do odśnieżania torów i dróg skierowano czołgi, które miały swymi ciężkimi gąsienicami zrywać z dróg zmrożoną i zbitą twardą warstwę śniegu. Tam, gdzie ulice żołnierze przekopywali łopatami, autobusy jeździły w czymś w rodzaju jarów w zwałach śniegu. Na osiedlu Morena w Gdańsku stałym rytuałem tamtych dni było zatrzymywanie pojazdu przed stromą górą, na której zbudowano osiedle, i komenda kierowcy, by wszyscy pasażerowie wysiadali i pchali wóz. Kobietom łaskawie darowano te nadzwyczajne obowiązki pasażerskie.

Także tam, gdzie nie było wysokich wzniesień, jelcze utykały w śniegowo-lodowych zaspach, a tramwaje były zatrzymywane przez masy śniegu z błotem gromadzące się pod kołami.

Czytaj także:
„Słuchaj, jesteśmy otoczeni”. Henryk Wujec o oblężeniu hotelu pełnego działaczy „S”

Stanął transport międzymiastowy PKS, co spowodowało przerwy w dostawach towarów do hurtowni i sklepów. Wraz z komunikatami poszczególnych wojewodów o wprowadzaniu stanu klęski żywiołowej i zawieszeniu działania szkół minister oświaty i wychowania Jerzy Kuberski ogłosił, że wstrzymane zostają powroty z zimowisk dzieci i młodzieży. Rodzice nie wiedzieli, czy cieszyć się z decyzji ministra – bo odsuwało to wizje pociech tkwiących w pociągach zakopanych w szczerym polu – czy martwić się o to, czy dzieci na przedłużonych feriach aby czasem nie marzną. Niewiele pomagały silące się na urzędowy optymizm oficjalne media. Telefony w kuratoriach urywały się od pytań rodziców, czy ich pociechy na zimowych koloniach mają co jeść.

Lutowa powtórka

Najostrzejsza faza zimy stulecia zakończyła się 6 stycznia 1979 r., ale powracające okresowo mróz i śnieżne zawieje nie wypuszczały Polski z uścisku aż do końca lutego 1979 r. Kolejny atak zimy nastąpił bowiem w lutym. Rekordowy poziom pokrywy śniegu odnotowano wtedy w Suwałkach (84 cm, 16 lutego). Wcześniej znów solidnie zasypało: Łódź (78 cm, 2 lutego), Warszawę (70 cm, 31 stycznia), Szczecin (53 cm, 19 lutego), Kielce (39 cm, 2 lutego) i Poznań (29 cm, 20 lutego).

Najbardziej dramatyczna tragedia, której przyczyna wynikać mogła z długotrwałego zamarznięcia ziemi, miała jeszcze nadejść. I ku kolejnemu przerażeniu ekipy Gierka na swoją scenę wybrała samo centrum socjalistycznej stolicy. 15 lutego 1979 r. o godz. 12.02 wyleciała w powietrze Rotunda PKO na dzisiejszym rondzie Dmowskiego w Warszawie.

Rozwścieczeni indolencją władz podczas kataklizmu w sylwestra Polacy nie dowierzali oficjalnym komunikatom (wszystko wskazuje na to, że prawdziwym) mówiącym o wybuchu wskutek awarii instalacji gazowej. Skoro władze od dziesięcioleci kłamały w dzień i w nocy, zwykli Polacy uznali, że musiało dojść do katastrofy, za którą kryły się tajne działania władz. „Jak się nazywa nowy szef PZPR? – Bank Sam Penk” – kpiono w popularnym żarcie nawiązującym do ciągłych wizyt szefów azjatyckich partii komunistycznych w Warszawie.

Podejrzewano, że mogło dojść do zamachu terrorystycznego będącego zemstą za bicie robotników Ursusa i Radomia w 1976 r. Według innych pogłosek eksplozja miała być wynikiem składowania w podziemnych korytarzach składów materiałów wybuchowych lub zakrzesania iskry przez mające ponoć jeździć tajnymi tunelami pod Warszawą transporty Armii Czerwonej z bazy w Rembertowie. Prawda była bardziej prozaiczna i miała związek z zimowym kataklizmem. Rekordowo długie zamarznięcie ziemi w Warszawie naruszyło instalacje gazowe i zabłąkana iskra wywołała eksplozję.

Absurdy „Misia”

Najlepszą i najbardziej znaną rejestracją szoku zimowego z 1979 r. jest film Stanisława Barei „Miś” kręcony zimą 1980 r., czyli rok później. Sceny z biurami, gdzie wszyscy noszą grube płaszcze, a kawa zamarza w szklankach, nie były zmyśleniem. Tak samo jak parodie ówczesnych pogadanek w TVP stworzone w dobrotliwych pogadankach Stanisława Mikulskiego „Wujka Dobra Rada”, który dobrotliwie pouczał młodych przyjaciół,że „klimat w naszej części Europy zawsze był przeciw nam”.

Czytaj także:
Zabijał, gdy żona rodziła. Ostatnie egzekucje w PRL

Tak samo znajomo w uszach widzów „Misia” brzmiały wówczas słowa szefa kotłowni, który pouczał kierowniczkę z administracji mieszkaniowej, że „jak jest zima, to musi być zimno – takie jest odwieczne prawo natury”. Nawet słynna scena z nieletnim Tomkiem Mazurem klnącym: „Motyla noga”, która odbywa się na przystanku, gdzie para dzieciaków czeka bez końca na autobus, to reminiscencja traumatycznych dni stycznia 1979 r.

Wszystko to pokazywało, jak dotkliwie Polacy zapamiętali totalny paraliż socjalistycznego państwa dobrobytu budowanego za zachodni kredyt. Dziś można już uznać, że to wtedy zimowy kataklizm i zapaść państwa skłoniły sporą część społeczeństwa do refleksji, że „tak dłużej się nie da”. Kolejnym etapem tego budzenia się ze snu będzie wizyta Jana Pawła II w Polsce w czerwcu 1979 r., a ponad rok potem Sierpień ’80 i strajki Gdańska, Szczecina oraz Górnego Śląska.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2017
Artykuł został opublikowany w 1/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 9
  • Onufry IP
    "Byliśmy tak zdeterminowani, żeby tam dotrzeć, że polecieliśmy samolotem. " no tak wszystko padło tylko lotnictwo dawało radę? wojskowe czyżby? hehe biedni działacze a latają samolotami, w 1979!
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • Zbyszek IP
      Panie Semka, oj nie odrobił Pan lekcji! Reforma oświaty rozpoczęta w roku szkolnym 1975/76 miedzy innymi, wprowadziła tzw. dziesięciolatkę oraz zmiany w przerwach świątecznych i feriach. W roku szkolnym 1978/79, przerwa świąteczna była w dniach 22-27 grudnia (6 dni), to o jakich zimowiskach Pan pisze i telefonach z tym związanych do kuratorium ? 28-30 grudnia to były normalne dni nauki szkolnej, 31 grudnia przypadał w niedzielę. więc żadnych ferii szkolnych w tym okresie nie było, tylko zawieszenie działalności szkół w dniach 2-6 stycznia 79r. w całym kraju. Oczywiście, w lutym były 2 tygodniowe ferie, okrojone do jednego tygodnia za wolne w dniach 2-6 stycznia i wtedy mogły być wspomniane zimowiska! Pamiętam bardzo dobrze, miałem wtedy prawie 18 lat i byłem uczniem III klasy technikum w Płocku. Oj, nie odrobił Pan lekcji!
      Dodaj odpowiedź 4 0
        Odpowiedzi: 0
      • xxxxxxx IP
        Czyli co kolejna zbrodnia komunizmu, jak wiadomo za gradobicie odpowiada albo komuna albo Putin. Katastrofa naturalna jakich wiele i w tym cudownym kapitaliźmie się zdarza ilu ludzi od 1989 zamarzło w śmietnikach, to była plaga i tragedia lat 90, bezdomni zamarzający każdej zimy. A gangsterskie porachunki i strzelaniny na ulicach to już czasy III RP, lata 90 pruszków kontra wołomin
        Dodaj odpowiedź 15 1
          Odpowiedzi: 0
        • Janek IP
          Z takim kataklizmem nawet dzisiaj nikt by sobie nie poradził. Zasypało tory tak, że pociągi stanęły w szczerym polu. Ludzi ewakuowano do pobliskich wsi, zapewniano posiłki i noclegi w salach domów kultury i szkół wiejskich. Podobne dramaty spotkały samochody na drogach. Pociągi z węglem, mimo przyjazdu do elektrowni miały węgiel zamarznięty na kość, bo wcześniej padał deszcz. Nie można było ich rozładować. Podobnie było z węglem na placach przy elektrowniach. To była naprawdę katastrofa
          Dodaj odpowiedź 19 0
            Odpowiedzi: 2
          • Pamiętający IP
            Ciekawi mnie jak w takich okolicznościach poradziłaby sobie "solidarność ".
            Wtedy to była prawdziwa solidarność ludzi / bez sprzętu / w walce z żywiołem .
            Przy dzisiejszych zimach to na ogrzanie mieszkań jest potrzeba około 50 % węgla jak w latach 60-70.
            Tym niedorozwiniętym umysłowo - należy także zwrócić uwagę ,że wtedy cały czas jeszcze kraj był w  powojennej odbudowie . Bredzenie wszystkiego na komunizm można uznać za nieznajomość tamtych czasów i obecną fałszywą
            propagandę . Przypominam ,że wtedy tuczono świniaka do 100-120 kg około roku -dziś taką wagę po solidnym "koksowaniu " uzyskuje się w okresie około 8 m-cy . Krowa dawała średnio około 1.500 2000 l . Dziś zwierzę zwane krową zaspakaja konsumenta ilością w granicach nie mniejszych / dzięki "paszom" mlekopędnym / rzędu nie mniejszego niż 5 .000 l. Z ula w czasach powojennych uzyskiwano miodu / nie tworu miodo-podobnego / 1,5-3 kg - obecnie nie mniej niż 10 kg przerobionego cukru . Tak samo jest z setkami ,tysiącami wyrobów nafaszerowanych chemią . Należy także zapytać , kto pozwolił tym "rządzącym " po  1989 r . roztrwaniać majątek wypracowany przez ludzi za czasów "komunizmu ". Powinni się brzydzić jego ruszać a co zrobili bez ZGODY NARODU - widać i czuć .
            Dodaj odpowiedź 31 6
              Odpowiedzi: 0