SolidarnośćArmia dziennikarzy przeciw SB

Armia dziennikarzy przeciw SB

Kornel Morawiecki - przewodniczący i założyciel Solidarności Walczącej, fotografia z lat 60.
Kornel Morawiecki - przewodniczący i założyciel Solidarności Walczącej, fotografia z lat 60. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 2
Nieznający się nawzajem redaktorzy, drukarze i kolporterzy, zwykle amatorzy, stworzyli sieć wydawnictw, która okazała się silniejsza od aparatu represji PRL.

"Informacja dla pułkownika B.: Narzygane na balkonie pod dywanem" - taki komunikat skierowany do szefa SB na Dolnym Śląsku opublikowało w 1985 r. pismo "Solidarność Walcząca". Czesław Błażejewski nie mógł odnaleźć źródła odoru unoszącego się w jego mieszkaniu. Opozycjoniści, którzy zbierali informacje o szefie wrocławskiej bezpieki, dowiedzieli się, co jest powodem nieprzyjemnego zapachu.

Pod nieobecność esbeka, jego żona piła z koleżanką, która zwymiotowała i postanowiła ukryć przykry incydent. Wykorzystując tę błahą informację Solidarność Walcząca dała do zrozumienia pułkownikowi, że wie o niektórych aspektach jego życia więcej niż on sam. Do przekazania wiadomości wykorzystano drukowaną nielegalnie gazetę. Redakcja doskonale wiedziała, że Błażejewski osobiście analizuje każdą jej stronę.

Przełamanie monopolu na informacje

Pismo zostało założone przez Kornela Morawieckiego w 1982 r. we Wrocławiu. Wcześniej Morawiecki stworzył pierwszą po wprowadzeniu stanu wojennego gazetę - "Z dnia na dzień". Nową redakcję skompletowano błyskawicznie z ludzi, którzy nie zostali internowani. Pierwszy numer dotarł do czytelników w drugim dniu stanu wojennego. Początki były skromne - wydanie było zaledwie jedną kartką zadrukowaną dwustronnie. Nakład szybko sięgnął 20 tys. egzemplarzy, co jak na jedno miasto dawało spory zasięg. Redakcja Morawieckiego do maja 1982 r. przygotowała prawie 60 wydań - więcej niż inne tytuły w ciągu roku. Grupę uznano za wyjątkowo niebezpieczną dla komunistycznego porządku. Oprócz polskiej Służby Bezpieczeństwa, operacje przeciw Solidarności Walczącej prowadziła również enerdowska Stasi.

Po wprowadzeniu stanu wojennego publikowanie w drugim obiegu stało się dla antykomunistycznej opozycji podstawową działalnością. Wiązało się to jednak z dużym ryzykiem. W ciągu pierwszego półrocza stanu wojennego w ręce SB wpadły 193 urządzenia poligraficzne, aresztowano również wielu redaktorów. To największy sukces komunistycznych władz w walce z podziemnymi publikacjami.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Dekret o stanie wojennym wskazywał: "Kto w celu osłabienia gotowości obronnej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej rozpowszechnia wiadomości mogące gotowość tę osłabić, podlega karze pozbawienia wolności do 8 lat". Za wiadomości, które mogą wywołać "niepokój publiczny lub rozruchy" groziło od 6 miesięcy do 5 lat.

Mimo zagrożenia, od pierwszych dni stanu wojennego podziemne pisma pojawiły się najpierw we Wrocławiu i Krakowie, a następnie w Trójmieście i Warszawie. Do końca grudnia 1981 r. w całej Polsce ukazało się kilkadziesiąt nowych tytułów. Ruch wydawniczy powstawał spontanicznie w różnych miejscach w Polsce i szybko odrabiał straty. Nie był sterowany centralnie, więc aresztowanie jednej grupy opozycjonistów nie powodowało zwykle strat dla pozostałych. Rozproszona sieć wydawnictw była niemożliwa do rozbicia. W porównaniu z drukowaną w ponadmilionowych nakładach "Trybuną Ludu" i innymi państwowymi gazetami zasięg pojedynczych periodyków nie był wielki, ale wspólnie mogły wpływać na opinię publiczną w całym kraju.

W ten sposób znów udało się przełamać monopol PZPR na korzystanie ze środków masowego przekazu, kontrolę informacji i kultury. Po ciosie, jakim było wprowadzenie stanu wojennego i internowanie większości najważniejszych działaczy "Solidarności", opozycja przyjęła strategię "długiego marszu". Zamiast nagłych zrywów i masowych strajków, w których nieuzbrojeni ludzie musieliby stawiać czoła milicji i wojsku, postawiono na powolną zmianę społeczną. Nowa praca u podstaw i stopniowe zmienianie świadomości społeczeństwa musiało trwać przez całe lata. Wydawnictwa z drugiego obiegu były kluczowym elementem tego procesu. Przyjęcie takiej strategii pozwoliło też na zdobycie wsparcia finansowego dla podziemia od USA.

Pod kontrolą bezpieki

Przed wprowadzeniem stanu wojennego kierownictwo partii zdawało sobie sprawę z porażki, jaką ponosi w walce z drugim obiegiem. "Zatrzymywanie [...] publikacji niedobrych nie ma większego znaczenia, ponieważ jeśli autorom i inspiratorom zależy na ich publikowaniu, ukazują się w formie druków nielegalnych bądź są nadawane przez radiowęzły zakładowe" - mówił na posiedzeniu KC PZPR 31 sierpnia 1981 r. gen. Mirosław Milewski, bliski współpracownik Wojciecha Jaruzelskiego. Gdy ruch wydawniczy odrodził się po masowych aresztowaniach z 13 grudnia 1981 r., komuniści przyjęli inną strategię - zamiast zwalczać niezależnych wydawców, próbowano przejąć nad nimi kontrolę.

Policja polityczna miała rozpracować wydawnictwa przy pomocy agentury, następnie przejmować drukarnie, punkty kolportażu i aresztować kluczowe osoby. Ich miejsce mieli następnie zająć tajni współpracownicy bezpieki. W kilku przypadkach udało się to całkowicie.

Oficyna Literacka - największe wydawnictwo w Krakowie - specjalizowało się w publikowaniu literatury pięknej. Wprowadzało do drugiego obiegu m.in. dzieła emigracyjnych pisarzy i poetów. Kierował nim tajny współpracownik SB Henryk Karkosza. Dzięki wsparciu od bezpieki wydał m.in. "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella!

Utworzone w czasie stanu wojennego wydawnictwo Rytm prowadził Marian Kotarski - było to fałszywe nazwisko kadrowego oficera kontrwywiadu. Rytm wprowadzał do drugiego obiegu książki historyczne i patriotyczne. Pierwsza publikacja opowiadała o ukrywanej przez władze PRL prawdzie o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Druga była zbiorem wierszy zamordowanego przez milicję Grzegorza Przemyka. Dzięki temu wydawnictwo nie wzbudzało podejrzeń opozycji.

Czytaj także:
Zakazane bestsellery PRL

Marian Pękalski - tak naprawdę nazywał się funkcjonariusz - zarabiał na ukazujących się w drugim obiegu książkach nie dzieląc się zyskami z przełożonymi. Sytuacja ta była dla niego na tyle komfortowa, że nie przerwał jej nawet upadek komuny. Pokłócił się z Teodorem Klincewiczem - drugim z założycieli wydawnictwa - i przejął kontrolę nad Rytmem. Podczas transformacji ustrojowej odszedł ze służby (w stopniu majora!), zachowując prawdziwą tożsamość w tajemnicy. Pod fałszywym nazwiskiem prowadził interes jeszcze długo w III RP. Prawda wyszła na jaw dopiero w czerwcu 2012 r. po publikacji Włodzimierza Domagalskiego w "Uważam Rze". Wcześniej wydawnictwo Rytm publikowało książki wspólnie z IPN-em, który po ujawnieniu prawdziwej tożsamości Kotarskiego zerwał z nim współpracę.

Niekiedy opozycjonistom udawało zorientować się, że mają do czynienia z operacją SB. Tak było w przypadku Międzyregionalnej Komisji Obrony NSZZ "Solidarność", wydającej podziemne pismo "Bez Dyktatu". Organizacja od początku dysponowała poważnymi środkami, a sama gazeta miała wyjątkowo dobrą szatę graficzną. Wątpliwości budziła też wymowa publikowanych tekstów. "Bez Dyktatu" było wydawane przez SB, a do obiegu pomogła wprowadzić je agentura. Początkowo do udziału w organizacji udało się przekonać niektórych mniej znanych działaczy opozycji, ostatecznie jednak operacja SB zakończyła się niepowodzeniem.

Większość wydawców działających w drugim obiegu pozostała jednak niezależna. W połowie lat 80. PZPR ostatecznie zaakceptowała ten stan rzeczy. Kontrola załamała się bezpowrotnie. SB nie było w stanie upilnować nawet centrali partii.

Marek Kamiński - obecnie politolog na Uniwersytecie Kalifornijskim - drukował książki w siedzibie Komitetu Centralnego PZPR. "W partyjnej drukarni miałem człowieka, który za pewną opłatą drukował po godzinach na PZPR-owskich maszynach nasze książki - wspomina w rozmowie z Piotrem Włoczykiem ("Do Rzeczy nr 33/2016). -Nasze antykomunistyczne książki wyjeżdżały z siedziby KC PZPR razem ze... śmieciami. Oczywiście nasz produkt był odpowiednio zabezpieczony, więc docierały do nas w stanie idealnym mimo towarzystwa śmierdzących odpadków."

SB przyznaje się do porażki

Sporządzona w 1987 r. "Analiza drugiego obiegu w okresie od 13 grudnia 1981 r. do 30 czerwca 1987 r. opracowana w Wydziale I Departamentu III MSW" wskazuje, że policja polityczna miała szeroką wiedzę na temat prasowego i literackiego podziemia. Statystyki pokazywały wydawnictwa z podziałem na formaty, zasięg, tematykę, technikę druku, profil czytelników i wiele innych zmiennych. Precyzyjnie określono nawet średnią marżę kolporterów (10-25 proc. w zależności od wydawnictwa i liczby egzemplarzy). Oceniono, że od wprowadzenia stanu wojennego do połowy 1987 r. w w całej Polsce wydawano 1759 tytułów czasopism. Najwięcej w Warszawie (367 tytułów), Wrocławiu (165), Krakowie (154), Gdańsku (131) i Katowicach (106). A to tylko tytuły znane bezpiece.

Za tymi liczbami kryła się jednak niemoc aparatu bezpieczeństwa.Autorzy raportu tak opisują ludzi tworzących drugi obieg: "w większości są to osoby o znacznym stopniu determinacji, o poglądach zdecydowanie antysocjalistycznych, mało podatne na argumentację, przeszkolone i przestrzegające zasad konspiracji, traktujące orzeczenia kolegiów ds. wykroczeń czy wyroki sądowe jako nobilitację polityczną".

W analizie trafnie oceniono też rolę całego ruchu wydawniczego: "realizuje mniej lub więcej konsekwentnie zadania destrukcji politycznej, dążąc do kształtowania postaw i poglądów antysocjalistycznych, podważania socjalistycznego systemu wartości przy jednoczesnym propagowaniu różnych, pozasocjalistycznych wartości."

Drugi obieg zadania te zrealizował znakomicie, a SB poniosła porażkę. Została pokonana przez nieznających się wzajemnie redaktorów, drukarzy i kolporterów z różnych stron Polski. Często zwykłych amatorów.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 2
  • Drukarz IP
    Niezły biznes. "Wsparcie finansowe" od USA i kasa za każdy opylony egzemplarz broszurki od polskiego klienta. Do tego laury bojownika o Wolność. Nic dziwnego, że niektórzy tak się podorabiali. Też bym tak chciał.
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 0
    • Waldemar IP
      Teraz okazuje się, że wolność wywalczyli redaktorzy, drukarze i kolporterzy. Dziwnym zbiegiem okoliczności, członkowie aktualnej elity władzy, czytaj pisu, jeśli w ogóle mogą się pochwalić jakimiś zasługami w zwalczaniu komuny, to ewentualnym kolportażem gazetek, nierzadko drukowanych przez SB. To mi wygląda na tworzenie nowej legendy i nowych bohaterów.
      Dodaj odpowiedź 1 2
        Odpowiedzi: 0

      Więcej historii