SolidarnośćObcym śpiewał o Tej, co nie zginie

Obcym śpiewał o Tej, co nie zginie

Jacek Kaczmarski. Fot. Paweł Plenzner
Jacek Kaczmarski. Fot. Paweł Plenzner / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 3
Jacek Kaczmarski uosabiał to wszystko, co przebijało się przez zastygłą skorupę podłości, co było piękne, prawdziwe i polskie.

13 grudnia generał Wojciech Jaruzelski ogłosił w Polsce stan wojenny. Dziewięć dni później Jacek Kaczmarski, czasowo przebywający w Paryżu, napisze utwór zatytułowany „Prośba”. Taki oto:

Mów mi to co dzień: oni górą

Jakbyś w twarz raz po raz mi pluł.

Chrzest dadzą bezimiennym murom

Seriami kul tłum tnąc na pół.

Postawią miasta sierocińców,

Nabierze mocy życia smak.

Nim wyjrzy ludzka twarz zza sińców:

Mów mi, ach mów, że będzie tak!


Przy podpalonych bibliotekach

Lud sine ręce będzie grzał

I odnotuje to bezpieka

Kto przy tym płakał, kto się śmiał.

Dawnych znajomych nazwiskami

Mignie rubryka – zawód: kat

A nas obwoła ktoś zdrajcami,

Mów mi, ach mów, że będzie tak!


Nasi najbliżsi w łapach hycli.

Cośmy robili – śledztwo trwa.

W przedszkolach gwiazdka dla milicji,

Wojsko na placach i we snach.

Starcy mrą niepotrzebni światu,

Co dotąd przecież krążył wspak.

Zamiast „Jak się masz!” – „Dać go katu!”

Mów mi, ach mów, że będzie tak!


Bo kiedyś może się przydarzyć

Że z którymś z nich powtórzę błąd,

Szukając uczuć w jego twarzy

Zamiast go zabić z zimną krwią.

Zamiast zacisnąć drut na szyi

I krtań w ostatni skręcić krwiak

Chcę słyszeć, jak przed śmiercią wyje - 

Mów mi, ach mów, że będzie tak!

W Polsce wyłączono telefony, w Paryżu działały. – Wiedzieliśmy od razu, co się dzieje w kraju – opowiadał aktor Andrzej Seweryn. – I telefonami zwoływaliśmy się na manifestację, Około dziesiątej, jedenastej pod pomnikiem Mickiewicza.

Stamtąd rozwścieczony tłum przeniósł się pod polską ambasadę na plac Inwalidów. Kaczmarski, wraz z innymi, wdzierał się na ogrodzenie i wykrzykiwał obraźliwe dla komunistów słowa. Wkrótce poprosi o azyl polityczny i bez reszty zaangażuje się w działania prosolidarnościowe. Na okrągło występować będzie – na rzecz Solidarności – w mieszczącym się w piwnicy niedaleko placu Bastylii klubie „Nasza Wiosna”. Nazwa wzięła się z popularnego wtedy hasła: „Zima wasza, wiosna nasza”; prześmiewcy dodawali „a lato Muminków”.

Wejdźmy głębiej w wodę, kochani

Zaczyna jeździć z koncertami po Francji, ale i po innych krajach; jedzie do Anglii, do Norwegii. Zostaje też korespondentem Radia Wolna Europa, jeszcze nie etatowo. Występuje z innymi sławnymi bardami z państw komunistycznych: Wolfem Biermanem i Karelem Krylem. Gra i śpiewa na jednej scenie z Paco Ibanezem i Lluisem Llachem. Spotkanie z tym ostatnim, twórcą „Murów”, będzie dla niego dużym wydarzeniem. Katalończyk nie zwróci na niego uwagi. Jedzie do domu Mariny Vlady i gra dla niej, wdowy po swoim idolu, Włodzimierzu Wysockim.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Gdy po latach, około roku 2000 wizerunek, Jacka Kaczmarskiego podpisującego się pod wątpliwymi inicjatywami w rodzaju Ruchu Świadomej Tolerancji Piotra Tymochowicza czy tłumaczącego się z przyjęcia wysokiego odznaczenia z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego, zacznie przysłaniać Kaczmara – antykomunistę, poetę wolności, barda „Solidarności” – to można powiedzieć, że z jednej strony sam będzie temu winien, z drugiej wielu z nas wykaże wtedy krótką pamięć. Bo to tego „szczawika” w końcu lat 70. komuna bała się bardziej niż kogokolwiek innego. Mało kto wie, że sławny „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego zaniepokoił PRL-owskie władze przede wszystkim ze względu na 15-sekundowy(!) udział w tym filmie Jacka właśnie. Po 13 grudnia 1981 r. wycięcie sceny z poetą śpiewającym czy raczej krzyczącym „Nie lubię” już nie pomogło. Film został na parę lat „zapuszkowany”.

Jak mógł najlepiej wykorzystał za to Kaczmarski okres karnawału „Solidarności”. To wtedy przedostał się do szerszej niż studencka publiczności, chwycił Polaków za gardło „Murami”, podbił opolski amfiteatr kongenialnym „Epitafium dla Wysockiego”, wzruszył do łez słuchaczy Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Wigilią na Syberii”. Uosabiał to wszystko, co przebijało się przez zastygłą skorupę podłości, co było piękne, prawdziwe i polskie.

Był niecierpliwy. Sławnych „Świadków” („Bracie, braciszku! Wojnę przeżyłem a z lasu wyszedłem za wcześnie”...) napisał w roku 1978. Jeszcze „Solidarność” nikomu się nie marzyła, a antysowieckość tego, znakomitego i nowatorskiego literacko, utworu biła po oczach. Artysta namawiał też w tym wierszu do postawienia następnego kroku, pójścia jeszcze dalej: „Wejdźmy głębiej w wodę kochani/ Dosyć tego brodzenia przy brzegu”....

Mój chleb powszedni

Po tym, gdy stan wojenny zastał go w Paryżu, zradykalizował się maksymalnie. To wówczas wychodzić zaczęły spod jego ręki takie wiersze jak cytowana „Prośba” czy „Zbroja”, powstała w kwietniu 1982 roku. Będzie później Kaczmar miał wątpliwości, czy nie za mocno nacisnął antykomunistyczny pedał. Bez sensu obiekcje. Już miesiąc wcześniej napisał „Koncert fortepianowy”, w którym, parafrazując Norwida, niejako przy okazji nazwie Jaruzelskiego chamem. W tych samych dniach, w „Marszu intelektualistów” podsumuje też alfę i omegę dzisiejszego, pożal się Boże, środowiska dziennikarskiego – Daniela Passenta:

Nie będzie pisał oszczerczych bredni

Drań, co Helsinki bierze za Jałtę.

Bój o pryncypia – mój chleb powszedni,

Bez wahań zmienię pióro na pałkę!

Dostanie się też Wajdzie, w „Artystach”, za konformizm. Pierwszą strofę utworu śpiewał wtedy Jacek tak:

Zaszczytami zaszczuci, obarczeni sławą

Nie poznaliśmy strachu o skórę,

Na paryskich parkietach salonowy gawot

Jeszcze jedną ma dla nas figurę.

Niewidoczny fortepian gra z taktem Szopena

A narody współczują do wtóru

Ustawiając na biurku, w requiemach i trenach,

Statuetki z „Człowieka z marmuru”.

Aż przyszła pora na „Zbroję”, najmocniejszą i najpiękniejszą literacko, prawdziwy hymn Polski wolnej, Polski walczącej:

Wrzasnęli hasło – wojna!

Zbudzili hufce hord,

Zgwałcona noc spokojna

Ogląda pierwszy mord.

Goreją świeże rany,

Hańbiona płonie twarz – 

Lecz nam do obrony dany

Pamięci pancerz nasz!

Wchodzi w skład Komitetu Koordynacyjnego NSZZ Solidarność we Francji. Bez sensu, jego zdolności organizacyjne są żadne, zaraz też zostaje „oddelegowany” do – jak pisze Krzysztof Gajda w książce „To moja droga” – „niesienia wśród Polonii na całym świecie prawdy o polskim losie, zawartej w piosenkach”. Wyrusza w niekończącą się trasę koncertową, docierając do Ameryki Północnej, Australii, Izraela, Południowej Afryki. Jest wszędzie tam, gdzie są skupiska Polaków. Nagrywa kasety i płyty, uporczywie starając się o ściągnięcie z kraju Inki, od 1 marca 1980 roku jego żony, której władze odmawiają paszportu. W końcu jego szwedzcy przyjaciele knują spisek, posługując się zaświadczeniami lekarskimi o śmiertelnej chorobie Jacka (jest mowa, nomen omen, o raku) i w czerwcu 1982 roku małżonkowie są razem.

Idylla trwa do czasu. Inka studiuje sztuki plastyczne i uczy się francuskiego, ale nie da się tego pogodzić z koncertami Jacka i wyjazdami, to do Wenecji, to do Jerozolimy, to znów do Los Angeles i San Diego. W końcu Zdzisław Najder oferuje Kaczmarskiemu stałą pracę w rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa i Jacek z Inką przeprowadzają się do Monachium. Wiosną 1984 świeżo upieczony redaktor pojawia się w radiu. Inka zajmuje się maleńkim Kosmą. O rodzinnej stabilizacji nie ma jednak mowy, naprawdę zadowoleni mogą być jedynie fani barda, którego słuchają nie tylko w „Kwadransach Jacka Kaczmarskiego, ale i w innych audycjach RWE zagłuszanych, ale jakoś docierających do kraju.

Miejsce na świat i na Stwórcę

Piórem i głosem reagował gniewnie na zło, które utożsamiał z 13 grudnia. Ale przede wszystkim był artystą, nie wojującym bardem, nie śpiewającym dziennikarzem Radia Wolna Europa, ale artystą. I nieprzypadkowo za jeden ze swoich najważniejszych utworów, rangą dorównującemu „Epitafium dla Wysockiego” uważał „Rublowa”. Charakterystyczny był ten wschodni kierunek twórczości Jacka, Ewidentnie był rusofilem, Jego „Rublow” powstał w 1984 roku pod wpływem znanego filmu Andrieja Tarkowskiego; był fanem kina, a w tamtych czasach to kino bywało jeszcze wielkie. A w „Rublowie” pisał między innymi:

Znów ciała spychaliśmy do wspólnych dołów,

Znów drogi krzyżowe bez krzyża i chusty – 

Po burzy, o zmroku, nad rzeką popiołów

Pogańskie odpusty;

Śmiech krwi i ciał gra.

Płomyki się łączą po dwa.

Z tej ziemi, co żywym nie skąpi pogardy

Najlepsza jest glina do formy na dzwony.

W ich dźwięku z tej ziemi ucieram dziś farby

Do mojej ikony

Na suchej deszczułce

Jest miejsce na świat i na Stwórcę.

Przemokły, jak drzewo stojące na deszczu

Koń schyla się, woda po sierści mu spływa.

Zbutwiałe zielenie i złoto na desce,

Co płacze jak żywa – 

To Stwórcy Korona.

Czekają nań

Koń i Ikona.

Problem alkoholowy Jacka rzutujący na jego dwa małżeństwa, sprawił, że część bliskich mu nawet osób zachowywała wobec niego dystans. W końcu niełatwo było znaleźć usprawiedliwienie dla np. jego zachowania po śmierci, wkrótce po urodzeniu, jego córki Dominiki, młodszej siostry Kosmy. Wtedy, gdy był żonie najbardziej potrzebny, nie było obok niej. Czas, który odtąd spędzili jeszcze razem był już tylko obustronnym zadawaniem sobie ran.

Że Kaczmar uprawiał życiopisanie, to oczywiste. Że jednak od jego śmierci mijają kolejne lata, jego „portret pamięciowy” zmienia się. I bardzo dobrze, bo historie o artyście, który – jak w Ameryce – pozostawiał po sobie „zgliszcza”, muszą wreszcie dobiec końca. I nie obciążać twórczości, z której wszystko, co okazjonalne i dojutrkowe daje się bardzo łatwo odcedzić od tego, co wartościowe i, kto wie, nieprzemijające.

Mądry nie śmieje się z klęski

Każdy z nas ma swoich przewodników, ludzi, na których się wzorował, których podziwiał. O takich osobach z kręgu sztuki czy literatury mówimy często: „wychowałem się na nich”. Niekiedy bywa to nadużywane; Lech Wałęsa, na przykład, powtarzał, że wychował się na Miłoszu, a przecież pozostał niewychowany. Z Kaczmarskim sprawa jest jednak poważniejsza. Na jego „Obławie”, „Krajobrazie po bitwie”, „Lekcji historii klasycznej”, „Zbroi”, „Naszej klasie” i wielu innych utworach wychowało się naprawdę przynajmniej kilkanaście roczników Polaków. Nie na Szymborskiej, a na Kaczmarskim właśnie.

Nie mogę tego powiedzieć o sobie, także i dlatego, że byłem starszy od niego, a poznałem go stosunkowo wcześnie. Na jego magnetyzm pozostałem więc odporny, ale to, co pisał, jego wiersze wciąż są dla mnie tak samo ważne, jak wtedy, gdy usłyszałem je po raz pierwszy. Dlaczego tak się dzieje? Sedna problemu dotknęła, moim zdaniem, Rosjanka – Natalia Gorbaniewska, która – cytuję za Krzysztofem Gajdą – zapytana, dlaczego w wydanym przez nią w 2006 roku tomie przekładów z polskiej poezji, zamieściła tylko dwa – „Zmartwychwstanie Mandelsztama” i „Epitafium dla Brunona Jasieńskiego” – wiersze Jacka, którego znała osobiście i ceniła: „Dlaczego tak mało? Bo nie da się Kaczmarskiego przełożyć bez komentarza. On nawet dla mnie jest zbyt polski. Nikogo innego tak bardzo polskiego nie ma”.

W maju 1987 roku napisze „Rozbite oddziały”, utwór rzadkiej piękności:

Po klęsce – nie pierwszej, ponosząc przyłbice

Przechodzą, jak we śnie, ostatnie granice.


Przez cło przemycają swój okrzyk bojowy

I kulę ostatnią, co w ustach się schowa.


Przy stołach współczucia nurzają się w winie

I obcym śpiewają o Tej, co nie zginie.


Swą krew ocaloną oddają za darmo

Każdemu, kto zechce połączyć ich z armią.


Farbują mundury, wędrują przez kraje

I czasem strzelają do siebie nawzajem.


Pod każdym sztandarem byle nie białym

Szukają zwycięstwa – rozbite oddziały.


Przychodzą po zmierzchu do kobiet im obcych,

A tam, kędy przejdą – urodzą się chłopcy.


Gdy wrócą, przygnani kolejną zawieją

Zobaczą, że synów swych nie rozumieją.


Spisują więc dla nich noc w noc pamiętniki

Nieprzetłumaczalne na obce języki.


I cierpią, gdy śmieje się z nich świat zwycięski,

Niepomni, że mądry

Nie śmieje się z klęski.

Gdański gotyk

Z pracy w Radiu Wolna Europa zrezygnuje 1 stycznia 1994 r. Specjalnej łaski nie zrobi, bo i tak zostałby zwolniony. Sekcja polska RWE sypała się, nadawanie z kraju nie miało większego sensu, a z zagranicy było jeszcze głupsze. Źle wspominał pracę dziennikarską, ta bowiem, choć dawała mu więcej niż niezłe utrzymanie, wyjaławiała, a przebywanie w redakcyjnym getcie pracowników monachijskiej rozgłośni prostą drogą zaprowadziło go do alkoholizmu. Wprawdzie predylekcje ku temu miał wcześniej, ale niewątpliwie w okolicach Englischer Garten rozpił się straszliwie.

Będzie próbował rozliczyć się z emigracyjnym okresem swojego życia. Ale i z „Solidarnością”, a zacznie chyba w powieści „Autoportret z kanalią” (1994). Przeprowadziłem z nim wtedy wywiad dla „Rzeczpospolitej”, w którym m.in. powiedział: „Bardzo długo znajdowałem się w niewygodnej sytuacji człowieka w przedziwny sposób umieszczonego w najróżniejszych szufladkach. Za akt emigracji byłem atakowany i potępiany nawet przez swoich sympatyków, znowu przez innych wynoszony na piedestał. Za te same piosenki, za moje wypowiedzi jedni się obrażali, a drudzy oddawali mi honory. W środku tego wszystkiego byłem ja sam, człowiek kontaktujący się z innymi ludźmi, mający swoje prywatne dramaty i słabości, pomijane przez tych, którzy wykorzystywali moją twórczość do celów doraźnych. Było to dla mnie nie do zniesienia. Czułem się okłamywany i sam czułem się kłamcą”.

Nie brakowało czytelników oburzonych na „Autoportret…”, którym nie podobały się nie tylko wspomnienia paryskie, ale i np. nazwanie Jacka Kuronia Chrypiącą Paszczą czy Adama Michnika Jąkającym się Libertynem. A odnośnie do Solidarności, Kaczmarski akcentował, że „dla mnie to nie jest nazwa związku pisanego gdańskim gotykiem, tylko solidarność z ludźmi zagubionymi, nieszczęśliwymi, pokrzywdzonymi. I to nie pokrzywdzonymi przez komunizm czy jakikolwiek inny system, ale przez to przede wszystkim, że są ludźmi”.

Do Polski, po raz pierwszy po wybraniu przymusowej emigracji, przyjedzie w maju 1990 roku. Odbędzie wielką trasę po kraju, występując w wielkich salach i halach, wszędzie spotykając się z euforycznym przyjęciem. Odtąd, stopniowo, zacznie się przeprowadzać, długo jednak w Polsce nie wytrzyma. Wraz z druga żoną, matką Patrycji, usiłować będą ratować związek w Australii. Bez skutku. Rozejdzie się z nią w 1998 roku. Ostatnią jego partnerką będzie Alicja Deglas, która towarzyszyć mu będzie do ostatnich chwil.

W styczniu 2002 roku zagra w Paryżu swój ostatni koncert. Dwa miesiące później usłyszy ostateczną diagnozę: rak płaskonabłonkowy przełyku. Umrze w Gdańsku 10 kwietnia 2004 r. w wieku 47 lat.

 3
  • no pasaran IP
    utwór

    youtube
    Dodaj odpowiedź 1 1
      Odpowiedzi: 0
    • no pasaran IP
      Hymn antyfrankistowskiej lewicy katalońskiej napisany w 1968 autor Lluís Llach związany z partią Republikańska Lewica Katalonii
      Dodaj odpowiedź 0 1
        Odpowiedzi: 0
      • cesia IP
        Kaczmarski był (jest !) fantastycznym głosem, niezłym tekściarzem, wielkim Artystą ! Pięknie było na Jego koncertach !
        Dodaj odpowiedź 3 0
          Odpowiedzi: 0

        Więcej historii