Solidarność„Spisek medyczny”. Tak przyjaciele wyciągnęli mnie z internowania

„Spisek medyczny”. Tak przyjaciele wyciągnęli mnie z internowania

Elżbieta Chlebowska. Fot: Happa111
Elżbieta Chlebowska. Fot: Happa111 / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 6
- W trakcie badania do gabinetu wpadł w końcu „mój” lekarz, który z miejsca krzyknął: „Ja wiem, co jej jest! Ona jest w bardzo ciężkim stanie! Natychmiast jedzie do Kliniki Chorób Płuc!” - mówi Elżbieta Chlebowska, działaczka opozycji w PRL.

PIOTR WŁOCZYK: Wiele osób internowanych wspomina, że w początkowym okresie stanu wojennego towarzyszył im strach przed wywózką do Sowietów. Pani również ma takie wspomnienia?

ELŻBIETA CHLEBOWSKA: Na przełomie 1980/81 roku wisiała nad nami groźba interwencji sowieckiej. Odbierałam to jako autentyczne niebezpieczeństwo. Wszyscy pamiętali Węgry w 1956 roku, Czechosłowację w 1968 roku. Władze PRL grały tym strachem. Cały czas się mówiło, że Moskwa przygotowuje swoje wojska do interwencji. Każdy miał w tyle głowy to zagrożenie i nie był to irracjonalny strach. Sowieci stacjonowali w Polsce, a poza tym nasz kraj był wówczas otoczony przez armię radziecką, której oddziały rozmieszczone były w każdym sąsiednim kraju.

U mnie rolę odgrywała też historia. Rodzina mojej mamy pochodziła z terenów, które zostały zajęte w 1939 roku przez Sowietów. Dziadek był leśniczym i uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej, dlatego cała jego rodzina została wywieziona na wschód. Pamiętałam traumatyczne opowieści mamy i babci, więc miałam zakodowane w głowie, że trzeba się liczyć z powtórką z historii. Nawiasem mówiąc, kiedy nas wieźli do Ośrodka Odosobnienia dla Internowanych Kobiet w Gołdapi, to strażnicy mówili nam: „Jak będziecie po tamtej stronie granicy, to zobaczycie”....

Kiedy po panią przyszli?

Myślę, że to było około północy z 12 na13 grudnia. Między 23 a 6 rano nie wolno było żadnym służbom robić rewizji. Kiedy więc zaczęli walić w moje drzwi, to od razu wiedziałam, że to nie przelewki.

Jak rozumiem, całkiem dobrze znała pani swoje prawa?

Tak. Byłam współpracowniczką KOR-u od 1977 roku, więc znałam swoje prawa. Jednak wtedy – w 1981 roku – nie byłam tak aktywna, jak wcześniej. Należałam do „Solidarności”, ale bardziej zajmowałam się swoim życiem zawodowym niż życiem politycznym. Uważałam wówczas, że przy tak potężnym ruchu społecznym jak „Solidarność”, władzom PRL nie uda się zatrzymać procesu przemian. Dlatego pomyślałam, że skoro dobijają się do mnie o północy, to sytuacja musi być bardzo poważna. I rzeczywiście, pierwsza myśl, która mi wtedy przyszła do głowy, brzmiała: „To się chyba skończy wywózką”.

Przygotowała się pani jakoś na internowanie?

Do pewnego stopnia tak, ponieważ mam bardzo solidne drzwi do mieszkania. Nie zamierzam ich wymieniać – to dla mnie pamiątka z tamtych czasów. Wyłamanie ich zajęło patrolowi mniej więcej godzinę. Może to trochę idiotyczne, ale pomyślałam, że pewnie tam, dokąd mnie wywiozą, nie będę miała jak umyć głowy, więc od razu to zrobię (śmiech). Miałam wtedy 26 lat i myślę, że miałam prawo do takiego irracjonalnego zachowania. Po umyciu głowy ubrałam się bardzo ciepło, więc jak w końcu wyłamali drzwi, to byłam gotowa na „wywózkę”.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Samo zatrzymanie przebiegało nie najgorzej. Traktowali mnie dobrze, bo wiedzieli, że osoby ze środowisk inteligenckich wiedzą jak przekazać informacje na Zachód i jak nakręcić opinię publiczną przeciw komunistom. Zupełnie inaczej było z robotnicami, które były działaczkami „Solidarności”. Ich zatrzymania były nierzadko bardzo brutalne – bezpieka wiedziała niestety, że może sobie pozwolić na więcej.

Pierwszy przystanek?

Olszynka Grochowska. Ten areszt śledczy był kompletnie nieprzystosowany do przyjęcia tylu kobiet. To trochę zaskakujące, bo generalnie można odnieść wrażenie, że stan wojenny był świetnie przygotowaną operacją. Tymczasem momentami wychodziła kompletna prowizorka. Wtedy też okazało się, jak świetnym pomysłem było zabranie ze sobą kożucha. Ani na moment nie rozstałam się z nim w tym areszcie. W celi było tyle stopni, ile na zewnątrz. Kiedy nam przynieśli śnieg do toalety, to się nie roztopił (śmiech).

Jak się pani w tym wszystkim odnalazła?

Po pierwsze poczułam wielką bezsilność. Kiedy człowiek zostaje aresztowany, to ma poczucie – trochę absurdalne – że tam na zewnątrz ludzie strajkują, że trwa wielkie ogólnonarodowe powstanie, a ja tu za kratami nie mogę nic zrobić.

Oczywiście nic takiego się nie działo. Władzom udało się dość skutecznie sterroryzować społeczeństwo.. Naturalnie były zakłady, które strajkowały, a następnie były pacyfikowane, ale generalnie ludzie są bezsilni wobec państwowego aparatu przemocy. Zresztą „Solidarność” była ruchem pokojowych przemian. I w podziemiu też walczyła pokojowymi metodami. Każdy ma prawo się bać, odsuwać decyzję o przystąpieniu do akcji, tłumacząc sobie to na różne sposoby: „Mam małe dziecko”, „Mam chorą matkę”, „Co to zmieni, skoro inni nie protestują?”. W społeczeństwie zawsze jest taka grupa ludzi, wówczas przez władze nazywana „ekstremą”, która się angażuje. Reszta przygląda się biernie. Tak było, jest i będzie. Nie da się zmobilizować do działania większości.

Udawało się przełamywać narzuconą izolację?

To były naprawdę cudowne chwile, kiedy okazało się, że jest kontakt ze światem zewnętrznym. Do więzień mieli prawo wejść księża. Kościół z zaangażowaniem mediował w sprawie internowanych. Księża byli łącznikami z rodzinami na zewnątrz. To było szalenie ważne wsparcie psychologiczne dla kobiet, które miały małe dzieci czy chorych rodziców. Łączniczkami były też panie z Polskiego Czerwonego Krzyża i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Pojawiły się u nas z bardzo konkretną pomocą materialną, której było aż za dużo. W ciągu pierwszych kilku tygodni do przesady „obrosłyśmy” we wszelkiego rodzaju ciuchy i jedzenie.

Chociaż nie obyło się wówczas bez sytuacji, które z dzisiejszej perspektywy mogą wyglądać dziwacznie... Gdy podeszła do mnie pani z MCK i spytała o moją rodzinę w Kanadzie, to spojrzałam na nią wrogo i powiedziałam: „Nie utrzymuję z nimi kontaktu”.

Dlaczego?

Uznałam, że esbecja będzie próbowała mnie wrobić w proces pod zarzutem szpiegostwa na zasadzie: „Skoro ma rodzinę za granicą – jest szpiegiem”. To były wzorce zachowań, które ludzie wychowani w PRL mieli wdrukowane w głowach – kontakty z zagranicą mogą być zagrożeniem. Oczywiście zareagowałam idiotycznie i kilka lat później musiałam się tłumaczyć z tego ciotce z Kanady (śmiech).

Odwiedziny w areszcie były dla wielu internowanych bardzo smutnymi momentami. Robotnice, których rodziny pozbawione zostały środków do życia, wracały do cel przybite, słysząc, jak ciężko – również pod względem materialnym – jest ich bliskim.

Ja natomiast przeżyłam bardzo zabawne spotkanie. Odwiedził mnie w Olszynce mój przyjaciel Tomek (mój obecny mąż), który się... ukrywał. To pokazuje, jaki musieli mieć rozgardiasz w papierach. Tomek został współpracownikiem KOR-u jeszcze wcześniej niż ja i powinien być na wszystkich listach osób wytypowanych do zatrzymania. W 1980 roku był jednak na stypendium w USA i bezpieka uznała najwyraźniej, że Tomek wciąż zajmuje się astronomią na Harvardzie.

Oniemiałam, kiedy go zobaczyłam. Równocześnie poczułam wielką ulgę, bo dowiedziałam się, że mama Tomka zaopiekowała się moim niepełnosprawnych bratem. Kamień spadł mi z serca!

Ciekawym tematem z internowania były bunty wszelakiego rodzaju. Jak wspomina pani te momenty?

Poczucie bezsilności może być trudne do zniesienia. Mózg zaczyna wtedy pracować na przyspieszonych obrotach. W każdy możliwy sposób chce się walczyć z tą paskudną władzą, jaką były dla nas klawiszki czy też naczelniczka więzienia. Domagałyśmy się otwartych cel. Z ich punktu widzenia było to absurdem – nie po to trzyma się człowieka za kratami, żeby otwierać cele. Władze używały tego jednak jako „marchewki” w negocjacjach z internowanymi.

Bunty przybierały przeróżne postaci. Przykładowo jedna cela zaczynała walić miskami. Straszny harmider się robił i inne cele szybko się do tego dołączały. Patrząc z dystansu, jest to śmieszne zachowanie. Natomiast w więzieniu człowiek próbuje wykorzystywać każdą okazję do zamanifestowania swojego sprzeciwu. Władze więzienia chciały mieć święty spokój, więc takie akcje przynosiło pewne rezultaty Były też śpiewy. Podczas spacerów wydzierałyśmy się wniebogłosy. Jak nie wiedziałyśmy, co śpiewać, to śpiewałyśmy... Międzynarodówkę. Tekst „Wyklęty powstań ludu ziemi” świetnie pasował wtedy do więzienia (śmiech). Strażnicy wpadali w furię, słysząc takie nuty. Może to wszystko brzmi nie do końca spektakularnie, ale jednak dawało nam to poczucie jakiejś siły sprawczej.

Z Olszynki Grochowskiej trafiła pani do Ośrodka Odosobnienia dla Internowanych Kobiet w Gołdapi.

Tak jak wspomniałam, byłyśmy przekonane, że wywiozą nas za granicę. Tymczasem docieramy na miejsce, a strażnicy wprowadzają nas do ośrodka wypoczynkowego pracowników Radiokomitetu. Wpadłyśmy w furię! Nasi przyjaciele konspirują, walczą, narażają się na wieloletnie więzienie, a tymczasem nas wprowadzają w jakieś luksusy… To był naprawdę dobry gierkowski standard. Wiele dziewczyn bało się, że będą nas pokazywać w TV, aby udowodnić, że ludziom opozycji nie dzieje się nic złego. Byłyśmy gotowe głodować, protestować, żeby tylko odwieźli nas z powrotem do aresztu (śmiech). Na szczęście szybko nam przeszło, zajęłyśmy się dużo sensowniejszymi działaniami, na przykład samokształceniem.

Pani jednak nie spędziła tam zbyt wiele czasu, bo znajomi wymyślili filmowy wręcz plan wyciągnięcia pani na wolność...

Zaczęło się od śmierci mojej babci. Myślę, że gdyby nie ostry reżim stanu wojennego, który bardzo negatywnie wpływał na dostęp do opieki medycznej, to babcia pożyłaby dłużej.

Dostałam przepustkę na pogrzeb, który miał się odbyć w Stargardzie Szczecińskim. Zbyt późno otrzymałam jednak pozwolenie i nie miałam szans zdążyć na czas. Moi przyjaciele stwierdzili więc: „Nie ma mowy, żebyś wróciła do Gołdapi, wyciągniemy cię z internowania”. Z Gołdapi dojechałam tylko do Warszawy i tam już zostałam – znajomi zorganizowali spisek medyczny pt. „ciężka zapaść Elżbiety”. Wszystko miało być zapięte na ostatni guzik, ale kiedy trafiłam na pogotowie, to okazało się, że nie ma na dyżurze „właściwego” lekarza. Ten „niewłaściwy”, zachodził w głowę, co mi jest, skoro wyglądam na zdrową jak ryba. Na szczęście w trakcie badania do gabinetu wpadł w końcu „mój” lekarz, który z miejsca krzyknął: „Ja wiem, co jej jest! Ona jest w bardzo ciężkim stanie! Natychmiast jedzie do Kliniki Chorób Płuc!”

Ludzie rozumieli się wtedy bez słów. W klinice powtórzyło się jednak to samo. „Niewłaściwy” pulmonolog, zastanawiał się nawet, czy mi nie zrobić inwazyjnego badania płuc, żeby zorientować się, co mi dolega. Umierałam ze strachu. Ostatecznie wszystko się szczęśliwie złożyło, bo szybko pojawili się lekarze, którzy wiedzieli, o co w tym wszystkim chodzi.

Cieszył panią taki obrót spraw?

Nie do końca. Leżąc w szpitalu, strasznie narzekałam. Wyjechałam przecież z miejsca, gdzie bardzo aktywne kobiety bez przerwy coś robiły. Uczyły się języków, robiły wykłady, przedstawienia teatralne, haftowały, śpiewały, gimnastykowały się i politykowały. Tymczasem trafiłam do szpitala pełnego chorych osób, które głównie zajmowały się omawianiem swoich schorzeń.

Chce pani powiedzieć, że zaczęła pani tęsknić za internowaniem?

Tak, tym bardziej, że lekarze z kliniki nie chcieli mnie zwolnić - przeleżałam tam jakieś dwa miesiące. Szczęśliwie niczym się nie zaraziłam. Odwiedzali mnie znajomi, miałam dostawy książek, więc nie powinnam narzekać, ale jednak to było trudne do zniesienia dla aktywnej, młodej kobiety.

Ostatecznie w kwietniu 1982 roku uzyskałam zwolnienie z internowania jako osoba ciężko chora. Lekarze wymyślili mi 150 chorób trudnych do zdiagnozowania i leczenia.

Ale oczywiście skupienie się tylko własnym życiu nie wchodziło już w grę?

Po tym wszystkim nie dało się siedzieć „cicho”. Bardzo szybko przyjaciółki wciągnęły mnie do pracy w redakcji podziemnego „Tygodnika Mazowsze”. Ale to już jest zupełnie inna historia.

Elżbieta Chlebowska (ur. 1955 r.) jest etnografką i redaktorką. W czasach PRL działała m.in. w KOR i w „Solidarności”. Internowana 13 grudnia 1981 r., zwolniona w kwietniu 1982 r. W l. 1982-84 pracowała w redakcji podziemnego „Tygodnika Mazowsze”.

Zapraszamy do przesyłania wspomnień ze stanu wojennego. Najciekawsze teksty i zdjęcia opublikujemy w naszym portalu. Wspomnienia można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl.

 6
  • Jajcarz IP
    a w tm samym czasie Donald Tusk malował na kominach hasła " PZPR Przewodnią Siłą Narodu"
    Dodaj odpowiedź 6 2
      Odpowiedzi: 0
    • PiS is bad IP
      Dziś przedstawiciele partii rządzącej PiS nazwaliby ją sodomitką, koderastką, lewaczką, ubeczką po czym spalowaliby ją i ukarali mandatem. Za próbę obalenia legalnego ustroju oczywiście
      Dodaj odpowiedź 3 6
        Odpowiedzi: 0
      • JAROSŁAW KACZYŃSKI IP
        Hłe, hłe , hłe z  tego co  wiem , to  na  znak protestu mój brat srał pod  zwyżkę , inaczej wieżyczkę , ambonę strażników .
        Dodaj odpowiedź 6 5
          Odpowiedzi: 0
        • Patriota i PIs IP
          Po tytule myślałem że to chodzi o Jarosława Kaczyńskiego, bo ta tablica dziś miała być .wreszcie kłamliwe media przestaną mówić że JK nie był internowany tylko spał do południa.
          Dodaj odpowiedź 2 4
            Odpowiedzi: 0
          • Homo1979 IP
            Niestety Rafał Zakrzewski związał się z GW.
            Dodaj odpowiedź 3 4
              Odpowiedzi: 0
            • Homo1979 IP
              Ciekawy tekst. Brawo.
              Dodaj odpowiedź 10 1
                Odpowiedzi: 0

              Więcej historii