SolidarnośćSołżenicyn w wannie Wujców. Tak KOR podkopywał PRL

Sołżenicyn w wannie Wujców. Tak KOR podkopywał PRL

Ludwika i Henryk Wujcowie w 2016 r. Fot. Tomasz Gzell / PAP
Ludwika i Henryk Wujcowie w 2016 r. Fot. Tomasz Gzell / PAP
Dodano
Działalnością w KOR Ludwika i Henryk Wujec „zapracowali” sobie na internowanie w stanie wojennym. W ich mieszkaniu na Stegnach nie raz nad pismami drugiego obiegu siedziały zespoły redakcyjne. Były spotkania opozycjonistów i wykłady Uniwersytetu Latającego. Jeśli o 6 rano na ich klatce było słychać tupot buciorów, można było się spodziewać, że to kolejna rewizja.

Neseberska 3 na warszawskich Stegnach, to jeden z ważniejszych adresów dla działaczy Komitetu Obrony Robotników. Ludwika i Henryk Wujec przeprowadzili się tam w 1974 r. i było to wówczas największe z mieszkań wśród grupy opozycjonistów związanych z KOR. Nic więc dziwnego, że to u nich – niekiedy we wszystkich pokojach na raz – toczyła się walka z PRL-owskim ustrojem. W jednym pokoju Ludwika Wujec z Heleną Łuczywo redagowały „Robotnika”, w drugim „Biuletyn Informacyjny” przygotowywała ze swoim zespołem Joanna Szczęsna – zameldowana zresztą u Wujców jako pomoc domowa.

Bywało, że w salonie w tym czasie trwał wykład Uniwersytetu Latającego. Nawet wanna Wujców służyła opozycji.

– Kąpał się w niej Sołżenicyn – śmieje się Ludwika Wujec. – Jeden z kolegów – zresztą mój były uczeń – wpadł na pomysł, żeby egzemplarz „Archipelagu GUŁag” wydany przez paryską „Kulturę” sfotografować strona po stronie. Gdzieś musiał to wywołać, zmyć z odbitek chemikalia i przydała się do tego nasza wanna – opowiada SuperHistoria.pl.

Podkreśla jednak, że choć w ich mieszkaniu wiele się działo, to toczyło się w nim ich normalne życie rodzinne. – Pracowaliśmy, wychowywaliśmy dziecko. Ja nie miałam wrażenie, że nie mamy życia prywatnego. Spotkania, prace nad kolejnymi numerami nie odbywały się przecież codziennie – opowiada.

Mieszkanie na Neseberska 3 miało tę zaletę, że w okolicy Stegien i Sadyby mieszkało wielu działaczy, współpracowników czy sympatyków KOR. SB zaczęło nawet nazywać te okolice „korówkiem”.

Bibuła wieziona składakiem

Choć na większą skalę Ludwika i Henryk Wujec zaangażowali się w działalność opozycyjną w 1976 r. po wydarzeniach w Ursusie i Radomiu, to już dużo wcześniej znaleźli się w opozycyjnym środowisku. Henryk Wujec od 1962 r. należał do Klubu Inteligencji Katolickiej. Jeszcze jako student był jednym z pomysłodawców stworzenia legalnego klubu dyskusyjnego w ramach Zrzeszenia Studentów Polskich. Tyle że na spotkania inicjatorzy klubu zapraszali nie tylko marksistów, ale i księży. Plakaty informujące o spotkaniach wisiały na uniwersytecie, więc dyskusja z udziałem księdza nie mogła zostać niezauważona. To wtedy Henryk Wujec po raz pierwszy miał do czynienia z SB. Jeden z oficerów groził mu nawet nawiązując do jego pochodzenia z biłgorajskiej wsi: „Jak się nie uspokoisz, to wrócisz do pasania krów”.

Klub dyskusyjny nie wrócił w tej samej formie, ale w bardziej umiarkowanej pod okiem socjologa, prof. Juliana Hochfelda. Na jedno spotkań przyszedł Jacek Kuroń i tak zaczęła się znajomość Wujca z Kuroniem. W 1968 r. Henryk Wujec brał udział w protestach po zdjęciu Dziadów w reż. Kazimierza Dejmka. Zarówno Henryk jak i Ludwika Wujec chodzili na procesy bohaterów marca ’68 a później „taterników” – oskarżonych o przerzut nielegalnej prasy przez granicę. Henryk podpisał się także pod listem przeciwko wpisaniu do konstytucji „kierowniczej roli partii”. W styczniu 1976 r. oboje zbierali także podpisy pod Listem 101 nazywanym także listem Jerzego Andrzejewskiego.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

W kręgach opozycyjnych wiadomo było, że można na nich liczyć. Ze Szwecji w pierwszej połowie l. 70 przemycali bibułę. W 1975 r. Henryk Wujec przywiózł ją w większych ilościach – składakiem w plecaku ze stelażem.

„Heniek cały ten plecak wypchał książkami, a ubrania służyły tylko temu, żeby przykryć kanty tych książek. Jak pierwszy raz wsiadł z tym plecakiem na swój składaczek, to się wywrócił, bo środek ciężkości był za wysoko” – wspominała Ludwika Wujec w wywiadzie-rzece „Wujec. Związki przyjacielski”, dodając że jej mąż na wierzchu plecaka położył rogi renifera, a ponieważ był na rowerze, to z promu wyjeżdżał wyjściem dla pojazdów. „Tam byli zupełnie inni celnicy, ci nastawieni na bibułę sprawdzali pieszych. Popatrzyli na Heńka i powiedzieli: – Przejeżdżaj pan szybko”. Po 1976 r. żadne z małżeństwa Wujców nie dostało już paszportu.

– Dziś mówi się, że w 1976 r. przystąpiliśmy do opozycji, ale w rzeczywistości to się zaczęło od seminarium. Przez trzy lata od 1973 r. w grupie 20-30 osób – wśród nich była młodzież z Klubu Inteligencji Katolickiej, drużyny harcerskiej Czarna Jedynka oraz tak zwani komandosi, którzy byli wcześniej więzieni po wydarzeniach marca’68 r. – dyskutowaliśmy o PRL, o ustroju, w którym żyjemy – mówi SuperHistoria.pl Henryk Wujec. – Nawiązaliśmy tam wzajemne przyjaźnie i zastanawialiśmy się nad tym, czy jest jakiś sposób na to, żeby pozbyć się tego ustroju. Nie mieliśmy żadnego gotowego pomysłu, ale jedna rzecz była dla nas oczywista i wynikała z wcześniejszych doświadczeń – z wydarzeń marca’68 i grudnia’70. Doszliśmy do wniosku, że porażki, jakie wcześniej ponieśli występujący przeciwko ustrojowi – zarówno studenci jak i robotnicy – wynikały z tego, że działali oddzielnie. Władzy łatwo było pacyfikować takie ruchy. Nasz wniosek był taki, że tylko działając razem, we wspólnocie, można będzie się skutecznie sprzeciwić. Uznaliśmy, że nie wolno się dać podzielić, trzeba przełamywać bariery, jakie dzieliły młodych ludzi, inteligencję i robotników. Dlatego po wydarzeniach w Ursusie i Radomiu w czerwcu 1976 r., które skończyły się pobiciem ludzi, wsadzaniem ich do więzień, było dla nas oczywiste, że trzeba im pomóc, że jest to ludzki i chrześcijański obowiązek pomocy bliźniemu, który jest prześladowany. Ci robotnicy byli przecież bezradni, czuli się zaszczuci. Dla nas był to moment, w którym mogliśmy także zrealizować obowiązek wynikający z naszego myślenia – mieliśmy okazję pokazać, że musimy być razem, pomagać sobie – tłumaczy Wujec.

Podkreśla, że razem z żoną Ludwiką, choć byli rodzicami kilkuletniego dziec, nie zastanawiali się, czy oboje powinni stanąć po stronie robotników.

– To było tak spontaniczne, że myśmy o tym nie myśleli. To tak, jakby na drodze leżał ranny. Niezależnie od tego czy idę sam czy z żoną, czy z dzieckiem to mam obowiązek pomóc – mówi Henryk Wujec. – 17 lipca 1976 r. poszliśmy – uczestnicy tego seminarium – na ten pierwszy proces robotników. Ja wziąłem sobie przepustkę z pracy i byłem tam wcześniej, Ludka dołączyła później po zajęciach w szkole. Chcieliśmy wyrazić solidarność z tymi prześladowanymi robotnikami. Byliśmy bardzo stremowani, nieśmiali, ale w ten sposób chcieliśmy wyrazić naszą sympatię dla tych ludzi i oni to zauważyli. To tam na korytarzach sądu – bo na salę nas przecież nie wpuszczono – pojawiła się iskra, która uruchomiła tę cała akcje pomocy i w konsekwencji doprowadziła do powstania KOR. Inicjatorem rozszerzenia akcji pomocy był Antek Macierewicz – opowiada.

– Myśmy na miejscu zaczęli zbierać pieniądze na pomoc dla rodzin – wspominał Jacek Kuroń w filmie dokumentalnym „KOR” prod. Video Kontakt. – Niesłychaną rolę w kontaktowaniu się z nimi odegrał Heniek Wujec i Gajka (Grażyna Borucka-Kuroń – pierwsza żona Kuronia – przyp. red.). – Oni mieli taki łatwy kontakt, momentalnie żeśmy się z nimi (robotnikami – przyp. red.) zbratali.

 0

Więcej historii