Solidarność„Chwyciłem za toporek do rąbania mięsa”. Dramatyczne starcie działacza „S” z bezpieką

„Chwyciłem za toporek do rąbania mięsa”. Dramatyczne starcie działacza „S” z bezpieką

Bernard Bujwicki. Fot. Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej
Bernard Bujwicki. Fot. Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej
Dodano
Miałem wrażenie, że sąsiedzi mieli do mnie potem ukryty żal za tę próbę w nocy 13 grudnia, której wszyscy zostaliśmy poddani...

PIOTR WŁOCZYK: 13 grudnia był dla pana wielkim zaskoczeniem?

BERNARD BUJWICKI: Kiedy zaczęli wyłamywać drzwi do mojego mieszkania, to oczywiście było to mocno zaskakujące, ale sama reakcja władz nie była dla mnie szokiem. Od początku wiedziałem, że trzeba będzie za to wszystko zapłacić.

Za karnawał „Solidarności”?

Ja nie lubię tej zbitki słów. Dla wielu osób lata 1980-81 mogły być karnawałem, ale nie dla wszystkich. To niewłaściwy termin. Ja nie miałem wtedy w Białymstoku karnawału. Pamiętam ten czas głównie z ogromu pracy, jaki trzeba było wykonać. Udało nam się uchylić drzwi do wolności, ale wiadomo było, że komuniści będą je musieli zamknąć. Inaczej ich system by upadł, a oni jeszcze wówczas nie chcieli się na to zgodzić.

Po mojej własnej rodzinie widziałem, że za opór stawiany komunistom płaci się wysoką cenę. Matka od małego opowiadała mi o gehennie, którą jej rodzina przeżyła na Syberii. Dlatego od początku „Solidarności” rozumiałem, że to nie może trwać wiecznie.

Jak to się u pana zaczęło?

We wrześniu 1980 roku, na podstawie konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy, zorganizowałem w Przedsiębiorstwie Zaopatrzenia Rolnictwa w Wodę Wodrol w Białymstoku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy, który potem stał się NSZZ Solidarność. Pracy było mnóstwo - następnie założyłem pierwszy MKZ, którego byłem wice przewodniczącym, oraz byłem przedstawicielem Regionu Białystok w Krajowej Komisji Porozumiewawczej i reprezentowałem Region w Krajowym Komitecie Założycielskim Związku.

Czytaj także:
Prześlij nam swoje wspomnienia ze stanu wojennego!

W KKP byłem do zarejestrowania „S” przez Sąd Najwyższy. Potem, po reorganizacji MKZ, byłem członkiem jego prezydium i szefem interwencji. Praca na rzecz „S” pochłaniała mnie coraz bardziej, aż doszedłem do sytuacji, którą najlepiej chyba opisują słowa klasyka: „Nie chcem, ale muszem”. Startowałem na przewodniczącego Regionu Białystok NSZZ „Solidarność”, ale tak naprawdę nie chciałem wygrać. Marzyłem, żeby zamiast mnie wygrał jakiś sensowny konkurent. I faktycznie – wybory wygrał kto inny, a ja zostałem wiceprzewodniczącym.

Dlaczego nie do końca była pan zainteresowany stanowiskiem szefa „S” całego regionu?

Miałem wtedy rodzinę – to jednak zawsze jest pewien balast, który ogranicza swobodę działania. Szczególnie, jeżeli przeciwnikiem są komuniści... Najwidoczniej nie byłem jak płk. Kukliński.

Ale i tak 13. grudnia przyszli po pana. Zazwyczaj zatrzymania osób przeznaczonych do internowania przebiegały dosyć spokojnie. W pańskim przypadku było chyba wszystko poza spokojem.

Faktycznie, moje zatrzymanie nie było typowe. Wróciliśmy akurat z imienin, to był przyjemny wieczór. Byłem trochę wstawiony, w drodze powrotnej spokojnie ciągnąłem pięcioletniego synka na sankach. Chwilę po wejściu do mieszkania - łomotanie do drzwi. Od razu wiedziałem, że to oni. Z tego, co potem do mnie doszło, esbecy po drugiej stronie drzwi byli mocno spięci, bo przełożeni opowiadali im, że my z „Solidarności” mamy broń, gromadzimy amunicję i robimy listy proskrypcyjne, żeby ich likwidować jeden po drugim.

Przyszli po ekstremistę.

Oczywiście – tak myśleli. Podobno jeden z tych esbeków, który miał zabezpieczać niższe piętro, nie wytrzymał napięcia i uciekł. Wygląda na to, że jedna i druga strona miały stracha.

Wyłamują drzwi, a pan przecież ma obok siebie żonę i dzieci.

Synek akurat usypiał, kiedy oni łomotali. Córka – niewiele starsza – krzyczała wtedy na nich: „bandyci!” Potem przy okazji każdej rewizji tak samo na nich krzyczała, szczególnie jak dobierali się do jej tornistra, szukając tam jakichś „antysocjalistycznych” materiałów.

Pewnie większość ludzi, po kolejnej turze walenia w drzwi, po prostu ustąpiłaby bezpiece. Po co był panu ten opór?

To był odruch – nie dać tanio sprzedać skóry. Poza tym, jak już wspomniałem, byłem po imprezie, na której trochę wypiliśmy... Dlatego chwyciłem za toporek do rąbania mięsa i szykowałem się do odparcia napastników. Esbecy byli dosyć zdeterminowani i w końcu wyłamali nasze – swoją drogą bardzo mocne – drzwi.

Czytaj także:
„Stracili dziecko, bo nie mogli zadzwonić na pogotowie”. Cicha ofiara stanu wojennego

Nie rzucił się pan na nich z toporkiem, bo w takim przypadku chyba nie mielibyśmy okazji do rozmowy.

Ostatecznie to nie esbecy mnie spacyfikowali, tylko prośby żony i córki, żebym zostawił ten toporek. Myślę, że dzięki nim to wszystko skończyło się względnym happy endem, bo gdyby nie one, to ta cała historia mogłoby mieć trochę inny finał...

A tak finał był taki, że pana wyprowadzili.

Raczej znieśli. Potem w internowaniu musiałem całą zimę trzymać kożuch rękoma, bo nie miałem guzików – straciłem je na klatce schodowej, kiedy mnie wynosili w kożuchu.

Esbecy narobili pewnie rumoru na cały blok.

Wtedy myślałem, że mogę liczyć na moich sąsiadów, ale w chwili próby okazało się, że byłem zupełnie sam.

To powtarza się w innych opowieściach osób internowanych tamtej nocy – wyglądało na to, że nikt nic nie słyszy. Tylko czy to powinno nas dziwić? Czy nie jest tak, że większość społeczeństwa zachowuje się biernie, bo po prostu nie chce kłopotów?

Pewnie tak, ale jednak takie rzeczy zapadają w pamięć. Miałem wrażenie, że sąsiedzi mieli do mnie potem, jak się mijaliśmy na klatce, ukryty żal za tę próbę w nocy 13 grudnia, której wszyscy zostaliśmy poddani...

Jak wyglądały pierwsze dni za kratkami?

W moim domu nie przelewało się, zawsze czegoś brakowało. Kiedy w wieku 16 lat uczęszczałem do szkoły górniczej w kopalni Wujek, co było zarówno nauką, jak i pracą na dole, to generalnie nie był to dla mnie większy problem – byłem przyzwyczajony do zagryzania zębów.

 0

Więcej historii