ŚredniowieczeZgładzony przez Kazimierza Wielkiego. 40 dni koszmarnej śmierci na raty

Zgładzony przez Kazimierza Wielkiego. 40 dni koszmarnej śmierci na raty

Fragment obrazu Jan Matejki „Maćko Borkowic”(1873), olej/deska; 39 x 31 cm, kopia nieznanego malarza, Muzeum Narodowe w Warszawie (oryginał własność prywatna)
Fragment obrazu Jan Matejki „Maćko Borkowic”(1873), olej/deska; 39 x 31 cm, kopia nieznanego malarza, Muzeum Narodowe w Warszawie (oryginał własność prywatna) / Źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie
Dodano 8
Historia ukryta w obrazie || Maćko Borkowic przez 40 dni umierał w niewyobrażalnych męczarniach. Dlaczego król w tak okrutny sposób ukarał wielkopolskiego możnego?

Za czasów rządów Władysława Łokietka i później Kazimierza Wielkiego Wielkopolska nie była zbyt przez tych władców rozpieszczana. Różnice cywilizacyjne między dwiema najważniejszymi ziemiami, a więc Wielkopolską i Małopolską, były znaczące, oczywiście na korzyść tej drugiej. Król urzędował w Krakowie, więc nie dziwi taka sytuacja. Niemniej Kazimierz podejmował już pewne działania, by zniwelować owe różnice. Czy były one pozytywnie przyjmowane przez możnych Wielkopolski – to już inna sprawa.

W tej opowieści musimy wspomnieć o urzędzie starosty. Instytucję tę wprowadził w Polsce król Wacław II. Zadaniem tego urzędu było reprezentowanie władzy królewskiej w danej dzielnicy. W przypadku Wielkopolski nie bardzo funkcja ta odpowiadała możnym tej ziemi. Kazimierz z początku spełnił ich oczekiwania i w 1348 r. powołał dwóch starostów, którzy byli z urodzenia Wielkopolanami. I tak starostą kaliskim został Przecław z Gułtowa, a poznańskim Maciej Borkowic. Jednak ich działania nie spełniły oczekiwań króla. W Wielkopolsce szerzyły się rozboje i inne zamieszki. Monarcha uznał zatem, że ten system prawny się nie sprawdza i odsunął ich od władzy. Ustanowił wówczas jeden urząd starosty generalnego, czyli namiestnika króla dla całej Wielkopolski. Problemem nie było jednak to, że miał być jeden urząd, tylko stanowiła go osoba, która miała go sprawować. Kazimierz bowiem mianował na to stanowisko pochodzącego ze Śląska Wierzbiętę z Paniewic. Nie dość, że starostą został „obcy”, to jeszcze miał możliwość stosowania „prawa ciążenia”. Wówczas czara goryczy się przelała.

Owo „ciążenie” polegało na zajmowaniu dóbr ziemskich przez starostę osobom postawionym w stan oskarżenia, a nawet tylko podejrzanym o popełnienie czynu zabronionego. W praktyce wyglądało to tak, że zanim winę delikwentowi udowodniono, jego majątek był spustoszony, a dochody monarchy tym samym się powiększyły. Nie trzeba być znawcą nawet obecnego prawa, żeby wiedzieć, że była to wielka niesprawiedliwość. Wszystko to razem musiało doprowadzić do konfliktu na terenie Wielkopolski. 2 września 1352 r. najważniejsi możni tej dzielnicy zawiązują konfederację. Jest to pierwszy tego typu akt na ziemiach polskich. Podpisują go 84 osoby z 17 rodów szlacheckich, w tym tak znaczących jak Awdańcowie, Grzymalici, Zarębowie i Nałęczowie. Na czele konfederacji staje będący wówczas wojewodą poznańskim Maćko Borkowic herbu Napiwon.

Jak pisze prof. Andrzej Nowak: „Nie był to bunt przeciw królowi, ale próba zorganizowania samoobrony obywatelskiej wobec przemocy aparatu starościńskiego, tym bardziej wtedy w Wielkopolsce niepopularnego, że na jego czele król postawił nie miejscowego, ale Ślązaka”. I dalej: „Oni, pierwsi konfederaci, zasługują na pomnik w sercu każdego, kto ceni ducha polskiej wolności”. I wydaje się, że tak mógł to zrozumieć także król.

Rok po zawiązaniu konfederacji przybył do Wielkopolski i próbował się z konfederatami porozumieć. Nikogo nie ukarał, odciągnął kilka rodów od protestu, a nawet wiele lat później, po śmierci Wierzbięty, mianował na stanowisko starosty wielkopolskiego jednego z przywódców konfederacji, Przecława z Gułtowa. Przez kolejne dwa lata po zawiązaniu konfederacji trwa względny spokój, a możnych wielkopolskich widzimy u boku Kazimierza. Można powiedzieć, że jednak sukces.

Maćko zbój

Takie powodzenie często doprowadza jednak do „zawrotów głowy”. Rozzuchwalenie tym, jakkolwiek by patrzeć, sukcesem, widzimy przede wszystkim u Maćka Borkowica. Reszta towarzystwa, obawiając się siły króla i nie chcąc mocno z nim zadzierać, nie angażowała się zbyt w działania przywódcy konfederacji. Temu jednak dwa lata po jej zawiązaniu „przytrafia” się zbrodnia zabójstwa. Jej ofiarą jest kasztelan gnieźnieński, prywatnie szwagier Maćka, niebędący członkiem konfederacji. Do końca nie wiadomo, co było przyczyną tej zbrodni. Borkowic – czy to wygnany, czy sam ze strachu – opuszcza Królestwo Polskie. Przebywa na Śląsku, ale już w roku 1357 powraca, a w roku następnym składa królowi w Sieradzu przysięgę wierności. Dusza rogata daje jednak dalej znać o sobie. Posłuchajmy zatem Jana Długosza:

„Chociaż bowiem zaręczeniem piśmiennym i pieczęcią swoją opatrzonym przyrzekał królowi Kazimierzowi, że mu będzie posłuszny i onych spraw niecnych zaprzestanie, ufny wszelako w zacność swego rodu i wysoką godność wojewody, wracał ciągle do swych nadużyć, których się był zarzekł, a nawet uroczyście wyprzysiągł”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2020
Artykuł został opublikowany w 2/2020 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 8