XIX wiekOstatni strzał powstańca - zamach na cara Aleksandra II

Ostatni strzał powstańca - zamach na cara Aleksandra II

Uroczysta procesja podczas koronacji Aleksandra II. Autor obrazu: Mihály Zichy
Uroczysta procesja podczas koronacji Aleksandra II. Autor obrazu: Mihály Zichy / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Zamachowiec Antoni Berezowski został zesłany przez Francuzów w tropiki. Trzymali go tam przez pół wieku, aż do śmierci.

Aleksander II, który zniósł poddaństwo chłopów i wprowadził liczne reformy w Rosji, w Polsce znany jest z bezwzględnego stłumienia powstania styczniowego i likwidacji resztek autonomii Królestwa Polskiego. Zginął w zamachu dokonanym przez rosyjską organizację rewolucyjną Narodnaja Wola w dniu, w którym podpisał projekt zmian prowadzących do nadania Rosji konstytucji. Traf chciał, że bombę, która go zabiła, rzucił Polak – Ignacy Hryniewiecki. Służył on jednak rewolucji rosyjskiej, nie sprawie niepodległości Polski. Tej poświęcił się Antoni Berezowski, który niespełna trzy lata po styczniowym zrywie dokonał zamachu na Aleksandra II w Paryżu. Może więc nie będą nadużyciem słowa, że ostatni strzał powstania styczniowego został wymierzony w cara Rosji.

Jeździec wołyński

Berezowski pochodził z Wołynia, ze zubożałej szlachty wyznania greckokatolickiego. Kiedy miał pięć lat, zmarła jego matka, a niedługo potem ojciec utracił rodzinny majątek Awratyn. Wtedy Antoni z czwórką rodzeństwa zamieszkał pod opieką babki Józefy Hryniewiczowej w Kustyczach, ojciec zaś znalazł posadę nauczyciela muzyki.

To gorąca miłość do ojczyzny, wpojona przez babkę, przywiodła Antoniego w dniu 16. urodzin – 9 maja 1863 r. – na uroczysko Pustocha pod Lubarem, gdzie formował się Pułk Jazdy Wołyńskiej płk. Edmunda Różyckiego. Przybył z własnoręcznie wykutą lancą, prosząc o przyjęcie do polskiego wojska. Kręcili nosem oficerowie na niewysokiego, drobnej budowy chłopaka, lecz jego zapał był tak szczery, że nie odmówiono mu i wcielono go do drugiego szwadronu kawalerii.

Decyzję Berezowskiego poprzedziła dramatyczna rozmowa z ojcem, który po wybuchu powstania wrócił do Kustycz. Antoni „odkrył się nagle w ojcowskich oczach, z dziecka stał się człowiekiem-obywatelem, obywatelem-patriotą. Nie chciał być posłusznym, nie chciał rzucać Wołynia. Czemu? Słyszał w dali huk grzmiącego powstania narodowego, nienawidził jarzma obcego, czuł zbliżającą się godzinę świętych bojów wojny prawowitej, postanowił iść wszędzie w Polsce za sztandarem niepodległości” – mówił cztery lata później, podczas procesu Berezowskiego w Paryżu, jego adwokat. Starszy od Antoniego o dwa lata brat Stanisław także wziął udział w powstaniu, za co został uwięziony w twierdzy kijowskiej i zesłany w 1864 r. na katorgę syberyjską. Rosyjskiego więzienia nie uniknął i sam ojciec.

Wołyńscy kawalerzyści, wśród których walczył Berezowski, zajęli Lubar, Połonne i Miropol, gdzie pokonali liczniejszy oddział rosyjski. Następnie przez Chmielnik, Ulanów i Starokonstantynów skierowali się ku granicy austriackiej, licząc na nadejście oddziałów powstańczych, sformowanych w Galicji. Dnia 26 maja pod Małą Salichą w powiecie zasławskim zastąpili im drogę Rosjanie w sile trzech kompanii piechoty i sotni kozackiej. Byli nie tylko ponaddwukrotnie liczniejsi, lecz także znacznie lepiej uzbrojeni niż Polacy, którzy posiadali przede wszystkim lance i szable, a karabinów i pistoletów mieli niewiele. Mimo to szarża polska, w której Berezowski odznaczył się męstwem i zyskał pochwałę dowódców „jako żołnierz odważny i pełen poświęcenia”, rozbiła błyskawicznie piechotę i odrzuciła kozaków. Tylko bagnista rzeczka oraz nadciągające posiłki uniemożliwiły pościg i całkowity pogrom przeciwnika.

Następnego dnia pułk Różyckiego stanął na granicy. Oczekiwane wsparcie nie nadchodziło. Wołyńscy powstańcy, by uniknąć zniszczenia przez otaczające ich siły rosyjskie, musieli przejść do zaboru austriackiego. Tam, zachowując pełną gotowość bojową, czekali na możliwość ponownego przekroczenia granicy i podniesienia powstańczego sztandaru na Wołyniu. Okazało się to niemożliwe. W lutym 1864 r. władze austriackie przestały bowiem pobłażliwie spoglądać na działania wspierające powstanie. Rozpoczęły się represje, uczestnikom powstania zaczęto grozić wydaniem w ręce carskie. Pułk Jazdy Wołyńskiej rozwiązano, a jego liczni żołnierze udali się na emigrację. Był wśród nich Antoni Berezowski.

Strzał w Paryżu

Najpierw trafił do Leodium w Belgii. Uczył się rusznikarstwa, lecz po roku, na życzenie ambasady rosyjskiej, wraz z innymi Polakami został stamtąd wydalony. Udał się do Paryża, gdzie pracował jako składacz maszyn parowych w fabryce braci Gouin. Francuscy koledzy Berezowskiego z fabryki, którzy później zeznawali w jego procesie, wystawili mu znakomitą opinię, mówiąc, iż był człowiekiem „nienagannych obyczajów i sumienności w pracy”.

Wiosną 1867 r. rozeszła się wiadomość, że na zaproszenie cesarza Francuzów Napoleona III Bonaparte do Francji przyjedzie car Aleksander II, by obejrzeć wystawę powszechną. Berezowski postanowił działać. Natychmiast opuścił pracę w fabryce i przez następne tygodnie rozważał możliwość dokonania zamachu. Ze swoich planów nie zwierzył się żadnemu z polskich emigrantów. Dnia 1 czerwca, w chwili przyjazdu pociągu cara do Paryża, pojawił się na Gare du Nord (Dworzec Północny), był też i później na Polach Elizejskich wśród witających go paryżan. 5 czerwca kupił pistolet i pięć kul, wieczorem proch za pieniądze z zastawionego w lombardzie surduta.

Dnia 6 czerwca 1867 r. Aleksander w towarzystwie Napoleona przejeżdżał przez Lasek Buloński. Berezowskiemu udało się zbliżyć do wolno jadącego powozu i strzelić. Na linii strzału znalazł się koniuszy cesarza Francuzów, towarzyszący carowi, i zasłonił sylwetkę monarchy – trudno rozstrzygnąć, czy rzeczywiście – jak twierdził – zobaczył wzniesioną rękę z pistoletem. Pocisk trafił w konia, krew bryznęła na mundur Romanowa i towarzyszących mu synów. Berezowski strzelił jeszcze raz, tym razem jednak kula rozerwała lufę pistoletu, raniąc go w rękę. Powóz z carem i cesarzem nie zatrzymał się. Zgromadzeni gapie chwycili zamachowca, jeden z nich zatkał mu usta, tłumiąc okrzyk: „Vive la Pologne”. Tłum, przekonany, że Polak strzelał do Napoleona, omal go nie zlinczował. Dwóch oficerów gwardii paryskiej wyrwało Berezowskiego z rąk rozwścieczonych ludzi i oddało w ręce policji. W akcie oskarżenia zapisano później, że strzał wymierzono celnie i tylko okoliczności sprawiły, iż żaden z monarchów nie został ranny lub zabity.

Tymczasem Berezowski jeszcze w powozie policyjnym wyjawił, kim jest, a zapytany o wspólników odpowiedział: „Jestem sam z ojczyzną moją”. Wkrótce został poddany przesłuchaniu, w którym uczestniczył, niezgodnie z prawem, hrabia Szuwałow – namiestnik kancelarii carskiej. Pytania zadawał oczywiście po rosyjsku. Raz jeden Berezowski uniósł się gniewem w czasie śledztwa, odpowiadając ostro, że strzałem w Lasku Bulońskim dopełniał przysięgi złożonej w chwili przystąpienia do powstania, a swój czyn uzasadniał trwającym stanem wojny między Polską a Rosją. Jan Józef Szczepański w poświęconej Berezowskiemu powieści „Ikar”pytanie o wspólników włożył w usta Szuwałowa. Berezowski odpowiedział na nie: „Mój kraj”.

Kłopot emigracji

Emigracja polska przyjęła wieść o zamachu z zaskoczeniem, a wielu znaczących jej przedstawicieli nie kryło oburzenia. Do Napoleona III skierowano adres potępiający Berezowskiego. Ułożyli go i podpisali m.in. Teodor Morawski – ostatni żyjący członek Rządu Narodowego z czasów powstania listopadowego, Agaton Giller – członek Rządu Narodowego z 1863 r. – i gen. Władysław Zamoyski, który określił zamach jako czyn niegodny Polaka. Można zrozumieć ich intencje, wywołane obawą, że zamach zaszkodzi emigracji polskiej, jednak trudno pojąć służalczą formę adresu: „Cała Polska protestuje przed Waszą Cesarską Mością przeciwko zamachowi i jego sprawcy, wyznając radość, iż strzał nie ugodził w monarchę, będącego gościem Francji. Wśród wszystkich podnoszących się głosów oburzenia nasz winien być najgłębszy, najenergiczniejszy, gdyż przemawiamy w imię moralności chrześcijańskiej, w imię ludzkości, w imię naszego honoru narodowego”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 9/2013
Artykuł został opublikowany w 9/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0