XIX wiek„Mamy się bardzo dobrze”. „William Cobbet” Gilberta Keitha Chestertona

„Mamy się bardzo dobrze”. „William Cobbet” Gilberta Keitha Chestertona

William Cobbet
William Cobbet / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Historię piszą zwycięzcy – stwierdzenie niniejsze to obecnie truizm. Niemal zawsze ostatecznie dominuje w spojrzeniu na dzieje jedna perspektywa. I całe pokolenia patrzą na przeszłość, a przez przeszłość i na własną teraźniejszość, z perspektywy tych, którym „się udało”. Wielką zaletę książki Gilberta Keitha Chestertona stanowi dokładnie to, że jest pisana z perspektywy przegranego.

William Cobbett (1763-1835) był oczywiście postacią historyczną, angielskim pisarzem, dziennikarzem i politykiem, a także – ogólnie mówiąc – osobistością publiczną, który w swoim czasie wywierał na angielskie życie publiczne przeogromny wpływ. Był właścicielem i redaktorem jednej z najbardziej poczytnych ówcześnie gazet, „Rejestru politycznego Williama Cobbetta” (a także, jak tytuł wskazuje, człowiekiem bardzo skromnym). Krótko po śmierci w kompletne zapomnienie i otrzymał w historii literatury angielskiej status rodzimej egzotyki.

W swojej najbardziej wierzchniej warstwie, dziełko Chestertona jest niczym innym, jak jego biografią. Autor „Ortodoksji” śledzi zatem po prostu burzliwe życie tego pisarza od lat chłopięcych, przybliżając czytelnikowi wszystkie jego zasadnicze momenty: chłopskie wychowanie w Surrey, ucieczkę na morze, wyjazd do Londynu, służbę wojskową i związane z nią perturbacje, małżeństwo, dwie podróże do Stanów Zjednoczonych, działalność polityczno-publicystyczną w jej różnych fazach, przedziwny epizod z ekshumacją kości Tomasza Paine’a, aż wreszcie klęskę polityczną w Izbie Gmin i śmierć; właściwie w zapomnieniu. Oczywiście, jest to biografia chestertonowska, więc specyficzna; czytelnik nie znajdzie w niej, na przykład, ani jednej daty (GKC traktował to, zdaje się, w kategoriach „znaku firmowego”), ani jednego (prawdopodobnie) dokładnego cytatu (miał zwyczaj cytować z pamięci; zresztą i tak relatywna dokładność tych odwołań zawsze wprawiała jego krytyków w konsternację), natomiast mnóstwo subtelnych obserwacji psychologicznych, mających na celu przybliżyć nieco motywacje tego człowieka, przedstawić jego różnorakie wybory – nie zawsze oczywiste, i nie zawsze konsekwentne, przynajmniej na pierwszy rzut oka – niejako „od wewnątrz”. I trzeba powiedzieć, że jak zwykle Chesterton realizuje swój zamiar bardzo udanie. „Jego” Cobbett jest człowiekiem nie tyle z krwi i kości, co właśnie z duszy i ciała, trudnym, zagubionym, popełniającym błędy, ale jednak zawsze jednym, obecnym w pełni – mimo wszystko – w każdym swoim działaniu.

Oczywiście, można domniemywać, ile w tym prawdy, a ile kreacji literackiej; w każdym razie – tak to wygląda.

Zapomniane dzieło

Wszystko to jednak, z pewnością nie wystarczy, aby przekonać kogokolwiek do lektury, być może poza grupką pasjonatów epoki (i niszowej literatury angielskiej). Jak wspomniałem, warstwa biograficzna jest tylko „wierzchnia” i również w typowo chestertonowskim stylu, stanowi swego rodzaju „symbol” (nie jestem przekonany, czy to precyzyjne określenie), pozwalający dotrzeć do głębszych treści. Treści te są, jak można się domyśleć, natury politycznej. „William Cobbett” istotnie jest pod tym względem dziełem w dorobku Chestertona jak rzadko ważnym i udanym. Tym dziwniejszy wydaje się zatem fakt, że niezmiernie rzadko (nomen omen) się o nim wspomina, nawet w najlepszych i najrzetelniejszych biografiach.

Znawcy tematu zgodnie uznają „Williama Cobbetta” za prekursora dystrybucjonizmu, filozofii społecznej, w opracowaniu której GKC grał pierwsze skrzypce; i jeśli popatrzeć na sprawę z tej perspektywy, książka okaże się po prostu spójnym wykładem tej filozofii – na pewno dorównującym spójnością i szczegółowością słynnemu „The Outline of Sanity”, napisanemu rok później (1926). Niestety, lecz świadomość, że Chesterton był przede wszystkim myślicielem politycznym (a przecież tym segmentem myśli zajmował się, jako dziennikarz i publicysta, nawet „zawodowo”) wciąż nie może z jakichś powodów znaleźć należnego sobie miejsca w chestertonologii.

Sprawą wszakże chyba jeszcze istotniejszą od filozofii politycznej jako takiej, jest kwestia historii; i to właśnie zagadnienia historyczne zdają się zajmować w „Cobbecie” pierwsze miejsce. To zresztą dosyć naturalne – życie Cobbetta przypadło bowiem dokładnie na ten moment historii Anglii, który historiozofia wiktoriańska (Chesterton nasiąknął nią w czasach młodości), ze swoim pojęciem naturalnego i niepowstrzymanego postępu ludzkości, wybrała sobie – by tak rzec – za punkt wyjścia; a dyskusje historyczne zawsze stanowiły przecież ważny element dyskusji politycznych. Jak przedstawiała się wiktoriańska wizja historii, nie trzeba polskiemu czytelnikowi specjalnie przybliżać; wygrała ona bowiem swoje dziejowe starcie i – jak już zwróciłem uwagę – dominuje przestrzeń intelektualną aż do czasów współczesnych. W największym skrócie można powiedzieć tak: najpierw było źle, a potem (według słów Ludwika von Misesa z „Wolności i własności”) „przyszedł kapitalizm” i zrobiło się dobrze lub bardzo dobrze, względnie: wspaniale (w zależności na ile historyk systemu rynkowego da się ponieść swoim religijnym niemal uniesieniom). Produkcję rękodzielniczą zastąpiła produkcja masowa ukierunkowana na zaspokojenie potrzeb mas, zniknął głód, ludzie, którzy nie mogli znaleźć zatrudnienia w warsztatach, znaleźli je w potrzebujących mniej pracowników fabrykach, ci, którzy stracili domy na wsi znaleźli je w miastach, a biedota – po prostu „zniknęła”. Postęp zatryumfował, a wszyscy, którzy się mu sprzeciwiali, zasługują najwyżej na zapomnienie.

Były tam oczywiście po drodze różne perturbacje; zdarzały niepokoje społeczne, tzw. „tramping”, na północy Anglii jedzono trochę mniej, a bandy ciemnoty (alias luddyści) reagowały na owo oświecenie nieraz cokolwiek brutalnie, ale generalnie były to szczegóły i rzeczy małej wagi.

Korzystając zatem, jak się powiedziało, z poręcznego zbiegu okoliczności, że William Cobbett żył współcześnie do nakreślonych wyżej zmian, a także sam „zawodowo” (jako dziennikarz przecież) i obszernie ją komentował, Chesterton przypuszcza na tę wersję wydarzeń zmasowany atak; w tym wypadku również nie mamy do czynienia z klasyczną książką historyczną. GKC – jako wytrawny eseista – rzadko mówi coś wprost i nieustannie splata różne wątki, raz cytując samego Cobbetta, raz komentując rzeczy cytowane, raz mówiąc coś od siebie, raz bardziej wyczerpująco, raz zupełnie niemal mimochodem; nie ma dat, nie ma przypisów, rzadko pojawiają się tytuły konkretnych dzieł. Operuje się raczej metodą aluzyjną, jukstapozycją; różni wielcy ludzie kultury angielskiej wspominani są szybko, jakby mimochodem, bez specjalnych wyjaśnień (co świadczy skądinąd o dużej ufności w wiedzę ogólną czytelnika). Istotnie, Chesterton sypie ich nazwiskami jak z rękawa: Cartwright, Burdett, Spence, Carlyle, Macaulay, Ruskin, Morris, Arkwright…

Dla polskiego czytelnika, dla którego w większości są to postaci nieznane bądź słabo znane (oczywiście, w polskim przekładzie pojawiają się przypisy wyjaśniające), ale chyba również po prostu ogólnie, wszystko to może sprawiać wrażenie pewnego chaosu. A jednak, jak to zwykle w wypadku tego pisarza bywa, z upływem czasu z chaosu coś się zaczyna wyłaniać – jakiś ład, jakiś plan, jakiś istotnie spójny obraz rzeczy, kompletnie różny od konwencjonalnie przyjętego. W mozaice nazwisk i postaci, osobistych konfliktów, przedziwnych anegdot, niby nieistotnych nieporozumień i niezrozumiałych katastrof, czytelnik odnajduje w pewnym momencie uporządkowany obraz psychologii epoki; psychologii przedziwnej, osobliwej, którą dzisiaj trudno zrozumieć, szczególnie czytelnikowi innej tradycji i narodowości. I którą najlepiej chyba przybliży nam dłuższy cytat z samego dzieła.

Zapomniani ludzie

Tyrania przyjmuje różne warianty, zależnie od temperamentu – szczególnie temperamentu narodowego. Niektóre tyranie opodatkowywały ubogich, niektóre ich zniewalały, a kilka ich masakrowało; angielscy rządzący po prostu o nich zapomnieli. Mówili takie rzeczy, jakby ubodzy nigdy nie istnieli; generalizowali w taki sposób, jakby nie trzeba było ich uwzględniać przy żadnych generalizacjach. Sporządzali raporty o powszechnym postępie i prosperity, w których nie znalazłaby się o nich ani jedna wzmianka. Nie wyciszali tego tematu; po prostu o nim nie myśleli – tak jak myśliwy strzelający do bażantów nie chwali się tym, że zabił muchę czy wędkarz nie liczy małych rybek. Ktoś powiedział, że Anglicy zbudowali swoje imperium na roztargnieniu. Trzeba by dodać, poniekąd ze smutkiem, że z tym samym roztargnieniem zapomnieli o własnym narodzie. Oligarchie znacznie bardziej opresyjne i konwencjonalne w swoim ustroju prawnym prawdopodobnie zachowałyby się tutaj z większą odpowiedzialnością – jeżeli pamięć jest formą odpowiedzialności.

Rzymski urzędnik mógł pisać w czasie głodu: „wciąż mamy dosyć jedzenia dla obywateli, a nawet dla niewolników”. Wiktoriański gentleman wszakże, w „głodnych” latach 40., siadał sobie po prostu w swym skrzypiącym, mahoniowym fotelu, i pisał: „mamy dosyć jedzenia”. Plantator z Karoliny Południowej mógł mówić: „przez blokadę morską głodujemy zarówno my, jak i nasi niewolnicy”. Lecz kupiec z Manchesteru mówił tylko: „możemy być w lekkiej recesji; ale przy następnym boomie staniemy na nogi”. Oto właśnie owa pustka umysłowa, jakże typowa dla tamtego okresu. Nie zadali sobie nawet trudu, by patrzeć na to wszystko z góry i z pogardą powtarzać: „mamy się bardzo dobrze, a te włóczęgi żebrzą przez własną niegodziwość”. Spoglądali wokół z pełną satysfakcją i powtarzali tylko: „mamy się bardzo dobrze” (ss. 151-152).

Co istotne, Chesterton (mimo surowego krytycyzmu) nie „wojuje”; nie zacietrzewia się; nie potępia w czambuł. Stara się raczej opisać i zrozumieć; i rzeczywiście, takie postawienie sprawy pozwala zrozumieć bardzo wiele, zarówno z tamtych czasów, jak i trochę późniejszych. Jak i naszych własnych.

Oczywiście, próżno szukać w „Williamie Cobbecie” linearnej, klasycznej narracji historycznej. Chesterton, stosując metodę wypróbowaną w innych dziełach (np. „Dickensie”, „Krótkiej historii Anglii” czy „Zbrodniach Anglii”) patrzy na historię przez pryzmat kilku wydarzeń, powiedzielibyśmy „egzemplarzy” historycznych, które jemu samemu (oczywiście nie tylko na podstawie własnych przemyśleń; był legendarnie oczytany) wydawały się najważniejsze.

W „Cobbecie” rolę tę odgrywają często wypadki przeciętnemu polskiemu czytelnikowi prawie w ogólnie nieznane, np. niepokoje społeczne kulminujące się w „masakrze pod Peterloo”. W akcji pacyfikacyjnej angielskiej policji konnej, przeprowadzonej 16 sierpnia 1819 r. w stosunku do gigantycznych protestów robotniczych w Manchesterze (ilość uczestników szacuje się na 50–100 tysięcy ludzi), pod kopytami kawalerii zginęło 15 osób, wiele zostało rannych. Ważne jest właściwie wszystko, co się z tymi wypadkami wiąże: represje, nadzór policyjny, słynne Sześć Ustaw, infiltracja ruchów reformistycznych przez agentów wywiadu i – co już bardzo wymowne – powszechnie zapomniany incydent zwany „powstaniem w Derbyshire”, będący istotnie dobrą „egzemplifikacją” stanu ówczesnej polityki angielskiej. Powstanie to wybuchło w nocy z 9 na 10 czerwca 1817 roku, bez żadnych szans na powodzenie. Zdławiono je bardzo szybko, powieszono trzy osoby. Po fakcie okazało się, że wywołał je agent specjalny William J. Olivier.

Dla Chestertona podobne wypadki odgrywają rolę „dziurki od klucza”, przez którą możemy zajrzeć niejako „do wnętrza” przeszłości, nie poprzestając na jej powierzchownym opisie. Zasada jest tutaj zatem podobna, jak w wypadku charakterystyki psychologicznej typów ludzkich.

Zapomniana rewolucja

Interesującą sprawą jest wszakże to, że najważniejszym wydarzeniem, wokół którego skupia się cała chestertonowska narracja dziejowa, jest coś, co nigdy się nie wydarzyło; mianowicie: Rewolucja Angielska. Autor, poświęciwszy sporo miejsca opisom buntów ludowych lat 1816-19, i roli Cobbetta jako ich intelektualnego patrona i sojusznika, kończy opisem jego powrotu z drugiego pobytu w Stanach Zjednoczonych, który – traf chciał – nastąpił właśnie w roku 1819. W Anglii wrzało; Cobbetta zaś, powszechnie uważano wtedy – a czynił to zarówno lud, jak i warstwy wykształcone – za kogoś, kto jest w stanie coś z tym wrzeniem zrobić – i zamienić je w zorganizowaną rebelię. Według słów Chestertona, jeśli w Anglii wybiła kiedykolwiek godzina prawdziwej rewolucji, i jeśli żył w niej kiedyś prawdziwy rewolucjonista, to urzeczywistniło się to wszystko dokładnie w momencie, w którym William Cobbett postawił stopę w porcie Liverpoolu.

A jednak – nic podobnego się nie stało. Rewolucja Angielska nigdy nie wybuchła.

Co bardzo wymowne, czytelnik pozostaje w tym wypadku, w tym zasadniczym, kluczowym momencie książki, z niedopowiedzeniem. Chesterton właściwie tego nie komentuje; nie osądza; nie analizuje; nie mówi ani słowa hipotezy, żadnego „co by było gdyby”; on, który przez całe życie uważał, że brak własnej Wielkiej Rewolucji to niemalże hańba na angielskim sumieniu. Czyżby się zatem wahał? A może z jakichś powodów obawiał się napisać coś podobnego? A może, zwyczajnie, zabrakło mu czasu do namysłu i nie miał pewności, że zdoła wyrazić swoje myśli z należytą precyzją?

Być może jest jeszcze trzecia opcja. Bo ten jakże wymowny gest, to zawieszenie sądu, to nagłe milczenie, z jakim zderzamy się po najbardziej chyba emocjonalnym fragmencie książki, może być po prostu wyrazem pewnej egzystencjalnej trwogi (a przynajmniej obawy); trwogi, która bez wątpienia musi ogarniać człowieka wobec choćby strzępu prawdziwej myśli – prawdziwej, realnej intuicji, a nie tylko przygodnych i powierzchownych fantazji – o całym ogromie niewiadomych, całym tym innym, kolosalnym wszechświecie, którego możemy się wyłącznie domyślać, i który czekał tylko tamtego dnia – tuż-tuż, niemalże za progiem – by William Cobbett wziął na swoje barki tę straszną odpowiedzialność i wezwał swoich rodaków do krwawego oporu. Istotnie, trudno nawet znaleźć słowa na opisanie tak olbrzymiej perspektywy; szczególnie, że Chesterton nie patrzył na to tak jak my, z boku; ale z samego serca swojego płomiennego patriotyzmu.

I być może coś takiego właśnie, taki sposób obcowania z dziejami, intensywność i głębia przeżycia tak wielka, że w literaturze mogąca wyrazić się najwyżej milczeniem, stanowi najlepszy powód, dla którego „Williama Cobbetta” naprawdę warto przeczytać; w każdym razie – byłby to paradoks o iście chestertonowskim rozmachu; i kolejny dowód na to, że pisarz ten wciąż może jeszcze polskiemu czytelnikowi bardzo dużo powiedzieć – o ile będzie się go czytać w odpowiedni sposób, czyli – po prostu – poważnie, mając w pamięci, że nawet ludzie tak różni od niego co do poglądów, jak Bernard Shaw, nie odmawiali mu znamion geniuszu.

Maciej Wąs


Gilbert Keith Chesterton
„William Cobbett”
przeł. Maciej Wąs
Chesterton Polska, 2017 

 1
  • marek IP
    Perspektywa przegranego od dawna widoczna jest u nas nigdy nie świętujemy zwycięstw tylko porażki i to zamiast pokazywać je jako błędy to je wychwalamy jak powstanie warszawskie
    Dodaj odpowiedź 0 1
      Odpowiedzi: 0

    Więcej historii