XIX wiekKit Carson - (nie)zapomniany bohater Dzikiego Zachodu

Kit Carson - (nie)zapomniany bohater Dzikiego Zachodu

Kit Carson podczas wizyty w Waszyngtonie w 1868 r.
Kit Carson podczas wizyty w Waszyngtonie w 1868 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Olbrzymie przestrzenie dzisiejszych środkowych i zachodnich Stanów Zjednoczonych zostały zasiedlone przez białych dopiero w XIX w. Nie przyszło to łatwo, chociaż na urodzajne ziemie, kryjące sporo naturalnych bogactw, było wielu chętnych. Zanim jednak Indianie zostali zapędzeni do rezerwatów, ich ziemie pocięte liniami kolejowymi, a prawie wszystkie bizony wybite, Dziki Zachód penetrowany był przez traperów i myśliwych, którzy wytyczali szlaki, polowali na zwierzęta futerkowe, walczyli i pertraktowali z Indianami, tworzyli legendy i sami się nimi stawali. Jednym z nich był Christopher "Kit" Carson.

Urodził się we Wigilię 1809 r. jako jedenaste z piętnastu dzieci trapera z Kentucky o szkocko-irlandzkich korzeniach. Kiedy miał rok, jego rodzina przeniosła się do Missouri, gdzie dzierżawiła ziemię od potomków jednego z pierwszych amerykańskich pionierów Zachodu, Daniela Boone'a. Amerykańscy osadnicy w tamtych czasach dopiero schodzili na zachodnią stronę Appalachów, karczując gęste lasy pod uprawę. Nie było to bezpieczne zajęcie. Nowe osady nieustannie atakowane były przez Indian. Uzbrojeni w długie strzelby rolnicy pracowali w polu na zmianę, wzajemnie się osłaniając. Kit od dziecka wyrastał w atmosferze pogranicza, nieustających walk i wzajemnych podchodów osadników i Indian.

Szybko stracił ojca, który zginął przy karczowaniu lasu, kiedy Kit miał osiem lat. Żeby utrzymać rodzinę, jak sam wspominał, "złapał za strzelbę i wyrzucił elementarz". Potem zaczął praktykę, aby wyuczyć się zawodu rymarza. Wkrótce jednak całodzienne siedzenie na zydlu, reperowanie uprzęży i przycinanie kawałków skóry zaczęło go nużyć. Franklin, gdzie terminował, leżało na szlaku na Zachód. Przejeżdżało przez nie wielu traperów i poszukiwaczy przygód. Karson był zafascynowany ich opowieściami. Postanowił porzucić naukę zawodu i zostać jednym z nich. Przez następnych kilkanaście lat żył na pograniczu amerykańsko-indiańskim, zapuszczając się w poszukiwaniu bobrowych skór daleko w Góry Skaliste. Miał dwie żony Indianki - z plemienia Arapaho, a później Czejenów, i jakiś czas żył wśród ich współplemieńców. Nauczył się wówczas mówić po hiszpańsku i w kilku indiańskich narzeczach. Był w tym czasie również kucharzem, tłumaczem, górnikiem i woźnicą na indiańsko-meksykańsko-amerykańskim pograniczu. Nieustannie też brał udział w potyczkach z Indianami.

Przy końcu lat 30. zmieniła się moda. Bogaci mieszczanie ze Wschodniego Wybrzeża i Europy nie chcieli już chodzić w kapeluszach z futer bobra. Populacja tych zwierząt została też znacząco przetrzebiona. Skończyło się podstawowe źródło utrzymania traperów. Ostatnie rendez-vous - doroczne handlowe spotkanie myśliwych, Indian i kupców skór - odbyło się w 1840 r. Carson zdał sobie sprawę, że powinien zmienić zajęcie.

Czytaj także:
Tecumseh - ostatni wódz, który zjednoczył Indian

W 1842 r. już jako znawca pogranicza i słynny traper, podróżując parowcem po Mississipi, poznał Johna C. Frémonta. Frémont planował wyprawę na Zachód i wynajął Carsona jako przewodnika, za niebagatelną sumę 100 dolarów miesięcznie. Usługi Kita były warte tej ceny. Ekspedycja ruszyła do Oregonu - przedmiotu sporu między Stanami Zjednoczonymi, a Wielką Brytanią. Carson poprowadził przez Góry Skaliste, tzw. Przełęczą Południową, na terenie dzisiejszego stanu Wyoming. Raporty i mapy z wyprawy, wydrukowane wkrótce przez rząd federalny sprawiły, że tym samym szlakiem ruszyły tysiące osadników, poszukujących w Oregonie lepszego życia. W kolejnych latach Frémont podjął jeszcze dwie wyprawy, zapuszczając się na Pustynię Mojave i do meksykańskiej wówczas Kaliforni. Przygotowały one grunt pod przyszłą wojnę z Meksykiem i realizację ekspansjonistycznych planów prezydenta USA Jamesa K. Polka. W obu wyprawach towarzyszył mu Carson. Zyskał on wówczas sławę pogromcy Indian, z którymi nieustannie ścierał się na szlaku.

Zdobywca Kalifornii

Podczas wojny amerykańsko-meksykańskiej w latach 1846-1848 Carson służył jako przewodnik wyprawy generała Stephena W. Kearnego. Kearny prowadził kolumnę ochotników z Mississipi z Nowego Meksyku w morderczym marszu przez Góry Skaliste do Kalifornii. Zdziesiątkowani przez meksykańską kawalerię, choroby i trudy marszu amerykańscy dragoni zostali w końcu otoczeni w obozie pod San Pasqual. Kiedy sytuacja zdawała się beznadziejna, Carson wraz z dwoma towarzyszami wymknęli się z obozu, aby sprowadzić posiłki z odległego o 40 kilometrów San Diego. Carson całą drogę po skałach usianych kolczastymi owocami opuncji i kamieniach przeszedł boso, bo zgubił gdzieś zdjęte dla zachowania ciszy buty. Wysiłek się opłacił. Sprowadzona przez niego odsiecz nadeszła w ostatniej chwili, kiedy gen. Kearny szykował się do rozpaczliwej próby wydostania się z okrążenia. Wkrótce californios, jak nazywali siebie tamtejsi potomkowie Hiszpanów, zostali pokonani, a Kalifornia włączona do USA.

Wraz z wybuchem wojny secesyjnej Carson, mimo że prawie całe życie spędził na Południu, wstąpił do armii Unii. Sformował odział z ochotników, w większości latynoskich, z którymi w lutym 1862 r. wziął udział w bitwie pod Valverde w Nowym Meksyku. Bitwa, mimo że przegrana, nie przyniosła ujmy jego żołnierzom. Carson, mimo że nigdy nie dowodził regularnym wojskiem, poprowadził swój oddział do ataku i wywalczył przewagę na prawym skrzydle. Lewe skrzydło załamało się jednak pod naciskiem Konfederatów, a Jankesi w popłochu uciekali z pola bitwy.

W tym czasie poznał też człowieka, który odcisnął niezatarte piętno na jego życiu, tudzież życiu Indian na środkowym zachodzie. Generał James Henry Carleton pojawił się w Nowym Meksyku w połowie 1862 r. na czele tak zwanej Kolumny Kalifornijskiej, która przez Arizonę i Nowy Meksyk zmierzała do Teksasu, żeby odeprzeć zagrożenie ze strony Konfederatów. Ci jednak po klęsce w bitwie pod Glorieta Pass - przełęczy położonej miedzy Santa Fe a Las Vegas - porzucili myśli o marszu na zachód. Carleton zajął się wówczas sprawą, która z czasem stała się jego obsesją - rozwiązaniem kwestii indiańskiej.

Ówcześni Navahowie czy Apacze różnili się nieco od obrazu, który utrwalił na kartach swoich powieści Karol May. Nieustannie napadali na meksykańskie i amerykańskie osady, porywając ludzi, bydło i owce. Odwetowe wyprawy z obu stron były często bardzo krwawe, a Indianie nie dawali się w żaden sposób "cywilizować" na europejską modłę. Amerykańscy koloniści, w coraz większej liczbie osiedlający się na tych terenach, żądali od władz zdecydowanej rozprawy z "dzikusami". Carleton uznał, że najlepszą metodą poskromienia Indian będzie zamknięcie ich w rezerwatach, gdzie wojownicy pod kontrolą wojska zmienią się w rolników uprawiających kukurydzę. Wybrał nawet specjalne miejsce, gdzie mieliby się osiedlić - Bosque Redondo w odludnej, południowo-wschodniej części Nowego Meksyku. Rezerwat o powierzchni ponad 4 tys. kilometrów kwadratowych, położony w zakolu rzeki Pecos, z pozoru idealnie nadawał się na nowe miejsce pobytu Indian. W 1862 r. za sprawą Caletona i Carsona został tam przesiedlony niewielki szczep Apaczów Mescalero.

 0

Więcej historii